- Szybko, schowaj się!- szepnęłam stanowczo do Darrena, spychając go z siebie.
- Że co? Chyba żartujesz!- zaprotestował półgłosem.
- Nie marudź, tylko właź!- fuknęłam, wpychając go do szafy. Usłyszałam jeszcze jak narzeka, po czym zatrzasnęłam drzwi. Podbiegłam do drzwi, zakładając przy tym koszulkę i poprawiając włosy.
- Tak?- odezwałam się do mamy, otwierając drzwi. Musiałam brzmieć dziwnie, z przyspieszonym oddechem i potarganymi włosami. Mam nadzieję, że mama nie wyniesie z tego pochopnych wniosków.
- Nie obudziłam cię?- spytała zatroskana mama, wchodząc do pokoju i przyglądając mi się.
- Nie, tak sobie tylko leżałam i odpoczywałam.- skłamałam, a kiedy przed oczami pojawiły mi się obrazy tego „odpoczynku”, zakręciło mi się z wrażenia w głowie.
- Chciałam z tobą poważnie porozmawiać.- powiedziała mama, choć ton jej głosu na to nie wskazywał. Była uśmiechnięta i pogodna.
- No dobrze...tylko narzucę coś na siebie.- zgodziłam się niechętnie, nie okazując tego jednak.
- To ja już zrobię nam coś dobrego do picia.- ucieszyła się mama, wychodząc z pokoju i podążając w kierunku schodów.
- Niech to szlag!- zaklęłam pod nosem, uderzając kilka razy głową w framugę. Byłam rozczarowana tym, że po raz kolejny ktoś nam przeszkadza. Chwilę jeszcze odprowadzałam mamę wzrokiem, po czym weszłam do pokoju, gdzie Darren czekał na mnie, oparty o ścianę.
- Jeszcze raz wrzucisz mnie do szafy, to następnym razem zwiąże cię i będę torturował całymi godzinami.- zagroził, uśmiechając się łobuzersko. Ze smutkiem zauważyłam, że znowu ma na sobie swoją koszulkę.
- Zależy jakie byłyby te tortury.- szepnęłam mu tajemniczo do ucha, lekko je przygryzając. Darren zamruczał i znowu wziął mnie w ramiona. Niestety musiałam sprowadzić go na ziemię. Brutalnie.- Muszę iść, sam słyszałeś.
- Jeszcze pięć minut.- szepnął rozpalony.
- Wrócę niebawem.- obiecałam, powstrzymując jego ręce, które znowu mnie rozbierały.
- To dla mnie wieczność.- marudził.
- Idź do Jasona, na pewno się ucieszy.- zaproponowałam, wyswobadzając się z jego objęć, by poszukać czegoś do ubrania. W końcu wybrałam czarną bluzę z kapturem, gdyż mamę na pewno zdziwiłby widok koszuli z powyrywanymi guzikami.
- No dobrze.- mruknął z obrażoną miną. To zabawne, jak z dojrzałego, momentami zbyt poważnego mężczyzny, potrafił przeistoczyć się w rozkapryszonego dzieciaka. Pocałowałam go i wyszłam z pokoju.
Gdy weszłam do kuchni, mama zdążyła już przygotować gorącą czekoladę, której słodki zapach unosił się w powietrzu.
- Pamiętasz, robiłam ci taką, gdy byłaś mała.- powiedziała radośnie Helen, kładąc dwa kubki na stole.
- Tak, pamiętam.- odparłam, odwzajemniając uśmiech. Usiadłyśmy obie przy stole. Wzięłam łyk czekolady, której rozkoszny smak wprawił mnie w euforię. Zaśmiałam się w duchu, myśląc o tym, że Darren ma podobne działanie.
- Tata kazał ci przekazać, że niestety nie mógł się wyrwać dziś z pracy.- odezwała się mama z nutą pogardy w głosie.
- Trudno, porozmawiamy innym razem.- wzruszyłam ramionami, odkładając kubek na stół.
- Jeśli będziesz miała szczęście.- prychnęła mama.- On nie ma czasu dla swojej rodziny. Nie wspominając już o kompletnym braku szacunku do nas.
- Mamo...
- Przepraszam, nie chciałam tak mówić o twoim ojcu.- tłumaczyła się.
- Musisz spróbować go zrozumieć.- rzekłam niepewnie. To niecodzienna sytuacja, kiedy daję rady własnej matce.
- Już dawno przestałam, nie mogę wiecznie wymyślać za niego wymówek, to żenujące.- mruknęła gniewnie.
- Nie rozumiem...dlaczego tak mówisz?- zdziwiłam się.
- Jessie, rozwodzimy się.- powiedziała mama martwym głosem. Zamrugałam kilka razy. To co powiedziała nie dotarło do mnie od razu, musiałam to sobie poukładać w głowie.
- Przecież się kochacie.- stwierdziłam.
- Nie jesteś głupia, musiałaś zauważyć, że coś jest nie tak.- rzekła patrząc na mnie.
- Szczerze mówiąc tak, dostrzegłam to, ale myślałam, że to tylko przejściowy kryzys.- wymamrotałam, nie mogąc w to wszystko uwierzyć.
- Też tak myślałam, długo się łudziłam. Ale to koniec.- dodała dobitnie mama.- Jason już wie. Nie chciałam ci mówić tego od razu, ale stwierdziłam, ze należy ci się prawda. Nie mam zamiaru znowu popełniać tych samych błędów i cię okłamywać.
- Cieszę się, że jesteś ze mną szczera.- powiedziałam smutnie.
- Wiem, że trudno ci to zrozumieć. Dzieci zawsze myślą, że rodzice zawsze będą się kochać. Że powinni być szczęśliwi.- westchnęła Helen.- Niestety życie wielokrotnie pokazuje nam, że nie zawsze jest tak, jak byśmy chcieli żeby było.
- Kiedy to się stało?- spytałam znienacka.- Kiedy to się skończyło?
- Dawno. Byliśmy ze sobą raczej z obowiązku, niż z miłości.- odpowiedziała.
- Co to znaczy?- dopytywałam się.
- Oboje pochodzimy z bogatych rodzin i to nasi rodzice chcieli, żebyśmy byli razem.- wyjaśniła mama.- Ciągle organizowali spotkania rodzinne, które były tylko pretekstem do tego, byśmy mogli się spotkać i lepiej poznać. Richard był na swój sposób interesujący i może mogłabym go pokochać, gdyby nie pewna przeszkoda...
- Inny mężczyzna.- odpowiedziałam za nią.
- Zgadza się. Byłam zakochana w kimś innym. Niestety moi rodzice tego nie rozumieli, Tom był dla nich kimś gorszym, nie godnym ich uwagi.- powiedziała ze smutkiem.- Dlatego prawie siłą zaciągnęli mnie do ołtarza, do Richarda, wymarzonego zięcia.
- Ale to jest bez sensu! Jak mogli zrobić ci coś takiego?- powiedziałam oburzona.
- To były inne czasy kochanie. A dla naszych rodziców ważne było tylko to, by połączyć dwie duże rodziny. Tylko pieniądze się dla nich liczyły.- odrzekła Helen.
- Więc, to dlatego ty, babcia i dziadek nie dogadujecie się najlepiej.- odkryłam.
- Tak, zawsze będę miała im to za złe.- mruknęła chłodno.
- A tata? Nie protestował?- dopytywałam się.
- Pewnie tak. Zresztą nie wiem. On był taki sam jak cała reszta jego rodziny.- prychnęła Helen.- Wątpię, by twój ojciec tak naprawdę mnie kochał. Zrobił po prostu to, co kazali mu rodzice, dzięki czemu zapewnił sobie życie w dostatku do końca życia. Myślisz, że jest rozchwytywanym, znanym chirurgiem z powodu umiejętności? To jego tatuś mu wszystko załatwił. A teraz ucieka, od rodziny, ode mnie. Szuka tego czego nie dostał w tym małżeństwie, które jest sztuczne i bez miłości.
- Nie mogę w to uwierzyć.- jęknęłam. Czy to nie za dużo złych wiadomości jak na jeden dzień? - Przecież musiał cię kochać, w końcu spędziliście ze sobą tyle lat.
- Na początku może było między nami jakieś uczucie. Albo po prostu staraliśmy się udawać, że tak jest.- stwierdziła.
- To smutne.- westchnęła. Nigdy nie patrzyłam na ich małżeństwo z tej perspektywy. Myślałam, ze po prostu się kłócą, bo tata zbyt często przesiaduje w pracy. Teraz widziałam, że problem leży głębiej.
- Zapamiętaj moje słowa Jessie. Nie wychodź za bogatego mężczyznę.- rzekła Helen, a ja poczułam się tak, jakby wielka cegła spadła mi na samo dno żołądka. Mama nic nie zauważyła, tylko ciągnęła dalej:- Po czasie zacznie kochać swoje pieniądze bardziej od ciebie i będzie przekonany, że kupi za nie wszystko. Ale nie można kupić miłości i szacunku.
- Na pewno nie zawsze tak jest.- wydusiłam w końcu z siebie. Przypomniało mi się jak Darren opowiadał mi o swoim bogatym ojcu i od razu zrobiło mi się słabo.
- Jesteś jeszcze młoda i nie znasz życia tak dobrze jak ja.- powiedziała mama, kręcąc z dezaprobatą głową.
- Masz jeszcze kontakt z Tomem?- zapytałam, zmieniając temat.
- Teraz już nie. Słyszałam jedynie, że się ożenił, ustatkował.- mruknęła Helen martwym głosem.
- Nie jesteś ciekawa...no wiesz...czy może nadal coś do ciebie czuje?- spytałam niepewnie.
- Może trochę...ale to było dawno.- rzekła wymijająco.
- A może jest tak samo nieszczęśliwy w małżeństwie jak ty, może...- zastanawiałam się.
- Jessie, nie ma sensu rozgrzebywać przeszłości.- mama przerwała mi stanowczo.- Tak czy inaczej, mam nadzieję, że wybierzesz lepiej niż ja.
- Ja też.- rzuciłam cierpko, biorąc łyk czekolady.
- Ten Darren wygląda na świetnego faceta.- zachichotała. Prawie się zakrztusiłam i popatrzyłam na nią zszokowana.
- To...tylko...przyjaciel.- wyjąkałam oddychając ciężko.
- Och...no dobrze.- mama pokiwała ze zrozumieniem głową, choć nie wiedząc czemu oczy dziwnie jej błyszczały.
- Jednego nie mogę zrozumieć.- zaczęłam nieśmiało, żałując, że znowu muszę zaczynać jakiś ciężki temat. Po prostu musiałam.
- Pytaj skarbie.- zachęciła mnie mama.
- Dlaczego adoptowaliście mnie aż z Nowego Jorku?- spytałam szybko. Twarz Helen skamieniała.
- Wiedziałam, że będziesz chciała coś takiego wiedzieć.- rzekła sucho.
- Tego nie możemy uniknąć, miałyśmy od tej pory być ze sobą szczere.- nie dawałam za wygraną.- Domyślałaś się pewnie, że przyjechałam tu też po pewne odpowiedzi.
- Tak, tak wiem. To było tak...- urwała niezdecydowanie Helen, jakby szukała odpowiednich słów.- Po urodzeniu Jasona ciężko zachorowałam. Nie mogę mieć już własnych dzieci, a bardzo pragnęłam mieć córkę. Przez pewien czas mieszkaliśmy z Richardem niedaleko Nowego Jorku, z powodu jego pracy. Tak się złożyło, że w domu dziecka Greendale pracowała moja siostra. Wiedziała ona o naszych problemach, więc pewnego dnia zadzwoniła do mnie i powiedział nam o tobie. Nawet się nie zastanawialiśmy. Byłaś takim ślicznym dzieckiem, od razu zakochaliśmy się w tobie.
- A nie wspominała wam o żadnym chłopcu?- dopytywałam się. Helen spojrzała na mnie dużymi oczami.
- Skąd ty...
- Byłam tam mamo, wiem wszystko.- przerwałam jej.- Wiem, że mam starszego brata, a moi rodzice zginęli w wypadku.
- Twoi rodzice nie żyją?- szepnęła mama, zakrywając sobie usta dłonią.- Powiedziano nam, że was porzucono.
- Dlaczego ktoś miałby tak powiedzieć?- zdziwiłam się, nie bardzo jej wierząc.
- Nie mam pojęcia, ale to wszystko prawda.- zapewniała mnie Helen.
- Spokojnie, wierzę ci. Ale powiedz mi więcej o nim, o moim bracie.- nalegałam.- Widziałaś go wtedy?
- Tak, byliście tam razem.- potwierdziła.- Nawet myślałam o tym, by wziąć i jego, ale Richard się nie zgodził. Uważał, że nie damy rady wychować trójkę dzieci.
- Kiepska wymówka, zważając na to, że całkiem nieźle wam się powodziło.- prychnęłam. A więc to wszystko przez mojego tatę! Przez niego, nie wiem nic o Haydenie.
- Przykro mi kochanie.- jęknęła mama.
- Mówili ci coś o nim? Wiesz kto go adoptował?- dopytywałam się.
- Parę tygodni po tym jak cię wzięliśmy do siebie, dzwoniłam do siostry, by dowiedzieć się co z chłopcem. Ale już go tam nie było.- wyjaśniła.- Nie wiem czemu, ale wasze dane były bardzo pilnie strzeżone. Siostra nie mogła mi nic powiedzieć, wspomniała tylko, że jego rodzice mieszkają gdzieś w pobliżu Nashville.
- Nashville...to niedaleko stąd!- ożywiłam się.
- Jessie, co zamierzasz?- zaciekawiła się mama.
- Muszę go odnaleźć.- odparłam stanowczo.
- Jak chcesz to zrobić? Minęło tyle lat, może już tam nie mieszka.- rzekła, wątpiąc w powodzenie mojej misji.
- Coś wymyślę. Zrozum, że muszę to zrobić.- próbowałam jej wyjaśnić.- Skoro już się dowiedziałam, że jestem adoptowana chce się dowiedzieć czegoś o swoim pochodzeniu. Nie mogę tak siedzieć bezczynnie!
- Rozumiem, rozumiem.- uspokajała mnie mama.- Mam nadzieję, że ci się uda. Jeśli będziesz potrzebowała jakiejś pomocy, cokolwiek, to proś bez wahania.
- Dziękuje.- mruknęłam, uśmiechając się do niej.
- Pamiętaj, że zawsze będziesz naszą córką, choćby nie wiem co się działo.- powiedziała, przytulając mnie.- Przykro mi, że musisz przez to wszystko przechodzić.
- Wytrzymam, muszę.- zapewniłam ją.
- Właśnie, mam coś dla ciebie.- rzekła, wskazując na czerwone pudełko, leżące obok na stole. Jak mogłam go wcześniej nie zauważyć.
- Co to?- spytałam.
- Miałam dać ci to w dniu twoich 22 urodzin, ale w tej sytuacji zrobię wyjątek. Otwórz.- Helen podsunęła mi pudełko. Sięgnęłam po nie zaciekawiona i uchyliłam wieczko. W środku, na białej tkaninie leżał niewielki naszyjnik. Był on w kształcie anioła z połamanymi skrzydłami, zawieszony na delikatnym srebrnym łańcuszku. W rękach trzymał harfę, której maleńkie struny były poprzerywane, a na jego twarzy malował się smutek. Zdałam sobie sprawę, że już go widziałam. W moim odbiciu w lustrze, kiedy miałam wizję siebie samej, ale kilka lat starszej. Wtedy nie zwróciłam na to uwagi, ale miałam ten naszyjnik na sobie. Zaczerpnęłam głośno powietrza, patrząc na niego. Był taki piękny i smutny zarazem.
- Nie wiem co powiedzieć, jest piękny.- wyjąkałam.
- Należał do twojej matki.- szepnęła Helen. Spojrzałam na nią zaskoczona.- Moja siostra przemyciła go dla mnie, bo jak mówiłam, informacje o was i wasze rzeczy były tajne. Podobno, jest w waszej rodzinie od pokoleń. Wiem, że twoja matka chciałaby byś go miała.
- Och. Dziękuje ci za to. To wiele dla mnie znaczy.- wymamrotałam zszokowana. Od razu założyłam naszyjnik, dzięki temu poczułam się w jakiś sposób połączona z moją biologiczną matką. Może to głupie, ale mimo iż jej nie znałam, wiedziałam, że jest gdzieś blisko mnie i czuwa nade mną.
- Dobrze, dość tego smucenia się.- odezwała się Helen.
- Zgadzam się.- uśmiechnęłam się, dalej wzruszona.
- Powiedz mi jeszcze jedno.- rzekła patrząc na mnie zdziwiona.- Co się dzisiaj stało u nas na podjeździe? Sąsiadki o niczym innym nie mówią.
- O nie!- złapałam się za głowę. Jeszcze tego mi brakowało!
- Co się stało?- dopytywała się Helen.
- Eee...w zasadzie to nic takiego. Takie tam męskie rozrywki.- rzekłam wymijająco.
- Podobno doszło do bójki.- dodała, nie dowierzając mi.
- No dobrze...Darren uderzył Sama. Chyba nie przypadli sobie do gustu.- wyjaśniłam.
- Że co? Biedny Sam...o co im poszło?- zaniepokoiła się mama.
- Nie wiem.- wykręcałam się. Jeszcze tego brakowało, żeby mama poznała szczegóły.
- Może po prostu Sam jest o Ciebie zazdrosny?- zachichotała mama.
- Na pewno nie!- zaprotestowałam.- Poza tym ma swoją Odrey.
- Tak, widziałam ją.- rzekła kwaśno.
- Nie mam pojęcia co on w niej widzi.- fuknęłam.
- Wyczuwam nutkę zazdrości?- spytała z przekąsem mama.
- Nie...oczywiście, że nie...- pokręciłam głową, nie patrząc w stronę mamy.- Martwię się o niego, to wszystko.
- Dałaś plamę Jessie.- stwierdziła mama, jakby nie zwracając uwagi na moją poprzednią wypowiedz.
- Co proszę?- zdziwiłam się.
- Trzeba było zabiegać o jego względy, póki był wolny.- Helen pokręciła głową z dezaprobatą.
- Mamo! Tyle razy ci tłumaczyłam, że z Samem jesteśmy tylko przyjaciółmi!- powiedziałam zniecierpliwiona.
- Ale bylibyście taką ładną parą!- westchnęła mama.
- Nie chcę niszczyć naszej przyjaźni. To dla mnie najważniejsze pod słońcem.- zapewniłam ją.
- Skoro jesteś pewna.- powiedziała Helen, z nutką rozczarowania w głosie.
- Jestem.- rzekłam z uśmiechem.
- Dobrze, to opowiedz mi co nieco o tym twoim życiu w wielkim mieście.- mama zmieniła temat.
Rozmawiałyśmy o wszystkim. O Nowym Jorku, o mojej nowej pracy, mieszkaniu. Nawet opowiedziałam jej o Vincencie i Kyle'u. Powspominałyśmy też stare czasy. Nigdy nie rozmawiało się nam tak dobrze jak teraz. Zupełnie jakby wiadomość o mojej adopcji spowodowała poprawę moich relacji z mamą. Nie mogłam prosić o nic więcej! Nie spodziewałam się takiej odmiany. Beztroska pogawędka, zamieniła się w kilkugodzinną debatę na wszystkie możliwe tematy.
Kiedy zerknęłam na zegar kuchenny, z przerażeniem stwierdziłam, że jest po 2.
- To już jest tak późno?! Zupełnie straciłam poczucie czasu!- jęknęłam, przypominając sobie, że obiecałam Darrenowi ze szybko wrócę. Miałam nadzieję, że nie będzie się na mnie gniewał.- Chyba pójdę się położyć.
- Oczywiście, dziękuję za miły wieczór, dobrze jest z kimś porozmawiać.- odparła ze smutkiem w oczach. Mimo wszystko starała się dalej uśmiechać.
- Dobranoc.- szepnęłam, po czym wyszłam z kuchni.
Wróciłam do swojego pokoju, gdzie ku memu wielkiemu rozczarowaniu nie było Darrena. Było to dla mnie nie do zniesienia, nie chciałam być sama w tym momencie, nie po tym co usłyszałam. Mimo że spędziłam z mamą miły wieczór, wciąż nie mogłam wymazać z pamięci rozwodu rodziców i tego, czego dowiedziałam się o Haydenie. Zanim jednak się położyłam, wskoczyłam pod szybki prysznic i już mogłam iść szukać Darrena. Weszłam, więc do jego pokoju, gdzie zobaczyłam go śpiącego. Wślizgnęłam się do jego łóżka, które może nie było tak duże i wygodne jak moje, ale przynajmniej on tam był. Moje wtargnięcie niemal od razu go obudziło.
- Jessie, aleś mnie przestraszyła!- szepnął zaskoczony. Nie odpowiedziałam, tylko wtuliłam się w niego.- Coś nie tak?
- Po prostu mnie przytul.- szepnęłam, a Darren przyciągnął mnie do siebie, nic nie mówiąc. Poczułam ciepło rozchodzące się po moim ciele i bicie jego serca. Zamknęłam oczy, dotykając opuszkami maleńkiego anioła na mojej szyi. W tej chwili czułam się jak on. Wystraszony, zagubiony, upadły anioł w tym strasznym świecie.
- Czy mógłbyś mi pomóc w jednej sprawie?- mruknęłam do Sama, który stał nieopodal, grzebiąc w silniku swojego Camaro. Siedziałam na ziemi, oparta o samochód, z przymkniętymi oczami wsłuchiwałam się w deszcz, uderzający miękko w asfalt i Hoobastank, sączący się z głośników starego radia. Podniosłam leniwie powieki, rozglądałam się po garażu. Nic się nie zmienił od mojego wyjazdu, panował w nim jeszcze większy rozgardiasz. Penie dlatego, że póki sama w nim pracowałam, pilnowałam porządku, co dla Sama zdawało się być obojętne. Spędziliśmy tu wiele wieczorów, dlatego ten garaż miał swój urok. Przepełniały go wspomnienia, wszystkie wypowiedziane słowa, zagrane piosenki, obejrzane filmy. Tych niepowtarzalnych chwil nikt nam nie wytnie z życiorysu. Są tylko nasze.
- Zależy jaka to sprawa.- odezwał się Sam, wyłaniając się zza maski. Zachichotałam, patrząc na niego. Uwielbiałam jego potarganą czuprynę i twarz ubrudzoną smarem.
- Jesteś facetem, więc będziesz potrafił trzeźwo spojrzeć na tę sytuację.- zaczęłam niepewnie.
- Dzięki, że zauważyłaś.- burknął Sam. Puściłam tę uwagę mimo uszu.
- Pamiętasz, jak wspominałam ci o Vincencie i Kyle'u?- spytałam, wstając i podchodząc do Sama.
- Tych dwóch pacanach, którzy ciągle wtrącają się w twoje sprawy?- mruknął Sam.
- Nie mów tak o nich...po prostu chcieli trzymać mnie z dala od Darrena.- broniłam ich. Choć właściwie nie wiedziałam czemu to robię.
- A to zmienia postać rzeczy. Już ich lubię.- zachichotał Sam, za co trzepnęłam go mocno w ramię.
- Dobrze się bawisz?- warknęłam.
- Nie bardzo.- rzekł kwaśno, rozcierając obolałe ramię.- Nie rozumiem, w czym miałbym ci pomóc. Vince i Kyle nie wiedzą, że ty i Twardziel kręcicie ze sobą za ich plecami, więc o co chodzi?
- W tym rzecz, że Vince się dowiedział.- odpowiedziałam kwaśno. Nie podobało mi się jego podejście do tej całej sytuacji.
- Wygadałaś się?- spytał Sam, przyglądając mi się.
- To nie tak...- zaczęłam.
- Czyli się wygadałaś.- stwierdził. Cholera! Czy on musi aż tak dobrze mnie znać?
- Nie chciałam, ale to wyszło samo z siebie.- jęknęłam.
- Czy to taki straszny problem? Ok, podobałaś mu się, a teraz dowiedział się, że jego kumpel cię poderwał. Było to chamskie, ale chyba nie będzie się o to rzucał w nieskończoność. Przejdzie mu.- skwitował to Sam wzruszając ramionami.
- Właśnie o to chodzi, że to jest problem, bo Kyle nie może się dowiedzieć.- powiedziałam sucho.
- Zaraz, zaraz...czegoś tu nie rozumiem. To który z nich był w tobie zakochany?- spytał skołowany Sam.
- Vince, ale to Kyle robił wszystko żeby nas zeswatać i nie dopuścić do mojego romansu z Darrenem.- starałam się to wyjaśnić, choć sama wiedziałam, że to skomplikowana sprawa.
- A co mu do tego?- zdziwił się Sam, unosząc brwi.
- No wiesz, oni w trójkę założyli zespół i kiedyś przez związek Vince'a z jakąś laską prawie się rozpadł. Myślę, że Kyle obawia się, że teraz też tak będzie, z tym, że spowoduje to kłótnia pomiędzy Darrenem i Vincem.- powiedziałam.
- Ok, już zaczynam mniej więcej rozumieć o co chodzi.- rzekł Sam, odkładając klucz francuski na półkę z narzędziami.- Czyli, Kyle niczego się nie domyśla, za to Vince się dowiedział i zastanawiasz się jak wybrnąć z tej sytuacji?
- Dokładnie!- ucieszyłam się, że w końcu mnie zrozumiał.
- Zdajesz sobie sprawę, że brzmi to jak scenariusz tandetnej telenoweli?- zadrwił Sam.
- Bardzo zabawne.- prychnęłam, dając mu sójkę w bok.- Jeszcze jakieś błyskotliwe komentarze mądralo, czy w końcu mi pomożesz?
- Zastanawiam się ile jeszcze serc złamiesz w tym Nowym Jorku.- zachichotał Sam. Po chwili spoważniał i dodał:- Szczerze mówiąc to nie trudno się dziwić Vince'owi. Jego męska duma została złamana i teraz będzie potrzebował czasu, żeby się pozbierać. Najlepiej by było, jakbyś go poprosiła, by wstrzymał się z wypaplaniem tego Kyle'owi, przynajmniej do czasu kiedy wrócicie.
- Tak, masz rację. Darren mówił mi to samo.- westchnęłam.
- Ja i Darren w czymś się zgadzamy, jakie to słodkie.- prychnął Sam.
- Ucieszyłabym się, gdyby to się zdarzało częściej.- mruknęłam.
- Tego nie mogę obiecać.- rzekł stanowczo.
- Szkoda. Zależy mi na was obydwu i miło by było, gdybyście zakopali topór wojenny.- wytknęłam mu.
- Prędzej przeczeszę mu toporkiem te jego cudną fryzurkę.- warknął Sam.
- Przestań! Jeśli nie przez wzgląd na mnie, moglibyście to zrobić, by pokazać, że posiadacie jeszcze odrobinę zdrowego rozsądku.- powiedziałam, potrząsając nim.- Jesteście już dorośli, więc zróbcie coś z tym! Minęło kilka dni od waszej kłótni, powinniście już ochłonąć i pogadać.
- Chciałaś raczej powiedzieć dopiero kilka dni.- poprawił mnie, krzywiąc się.
- Przez to wszystko czuję się jakbym robiła coś złego rozmawiając z tobą za jego plecami.- jęknęłam, wbijając wzrok w swoje stare trampki.
- A co, jest zazdrosny?- Sam zachichotał złowieszczo.
- Nie! A zresztą nie wiem…- zastanawiałam się.- Tak czy siak mam dosyć tkwienia miedzy młotem a kowadłem!
- Ok, ok spokojnie. Postaram się, zrobię to dla ciebie.- powiedział niepocieszony, podchodząc do lodówki z której wyciągnął dwa piwa.
- Napijesz się?- zaproponował.
- Nie mogę, chcę dzisiaj pojechać do taty, muszę z nim pomówić.- odmówiłam.
- No tak. Poznałaś wersję mamy, teraz czas na jego.- skomentował to Sam, otwierając swoje piwo.
- Może jestem zbyt dociekliwa, ale chcę to po prostu zrozumieć. To wszystko.- wyjaśniłam, na co Sam kiwnął głową.- Dawno nie rozmawiałam z tatą. Tak normalnie.
- To życzę powodzenia, choć na twoim miejscu na cud bym nie liczył. Pamiętam jak dawniej nie raz próbowałaś się z nim spotkać w szpitalu, ale zawsze miał ważniejsze sprawy.- rzekł chłodno. Cały Sam, wie jak mnie do czegoś zniechęcić.
- Mimo wszystko chcę spróbować.- upierałam się.
- Uparciuch.- zakpił.
- Maruda.- odparowałam, śmiejąc się.
- Może przyjdziesz dziś wieczorem na imprezę? To znaczy – razem z Darrenem.- poprawił się, choć przyszło mu to z trudem.
- Jaką imprezę? Coś organizujesz?- dopytywałam się.
- Co, ja? Nie, to Eric robi kolejną domówkę w swoim pałacu na wybrzeżu.- oznajmił Sam z błyskiem w oku.
- Nie sądzę, żeby był zachwycony moim widokiem.- mruknęłam obojętnie.
- Wręcz przeciwnie, wczoraj mu powiedziałem, że przyjechałaś i od razu powiedział żeby cię zaprosić.- oznajmił.
- Naprawdę? To miłe z jego strony. I trochę dziwne.- stwierdziłam.- Myślałam, że skoro w czasach liceum nie zwracał na mnie uwagi, to teraz nie będzie mnie pamiętał.
- A tu niespodzianka.- skwitował to krótko Sam, opierając się o bok samochodu.- Eric to spoko gość, tylko trochę zbyt narwany.
- Od kiedy się kumplujecie?- spytałam unosząc brwi.
- Czy ja wiem...zawsze go lubiłem.- wykręcał się.
- Zawsze? Kiedyś gardziłeś nim, tak samo jak całą resztą napuszonych bogaczy z naszego liceum.- wytknęłam mu rozżalona.
- Ale chyba na dobre mi to nie wyszło prawda? Teraz widzę jakie imprezy mnie omijały.- rzekł Sam robiąc wielkie oczy.- A jego też znajomi nie są tacy źli.
- Nie wierzę w to co słyszę. Teraz nie dziwię się, że lecisz na Odrey.- powiedziałam zanim zdążyłam ugryźć się w język.
- Co to miało znaczyć?- spytał groźnie.
- Nie, nic nie ważne.- powiedziałam pospiesznie.
- Jak już zaczęłaś to dokończ, miejmy to już za sobą.- westchnął.
- Nie mam zamiaru.- mruknęłam złośliwie.
- Ok, jak wolisz.- rzekł wzruszając ramionami. To dziwne, ale kiedyś zrobiłby wszystko by wyciągnąć ze mnie jakąkolwiek tajemnice. A tymczasem jest mu to kompletnie obojętne. Zabolało mnie to, choć oczywiście nie mogłam dać tego po sobie poznać.
- Po prostu myślę, że zmieniłeś się pod jej wpływem.- odezwałam się w końcu. Sam spojrzał na mnie i uniósł brwi.
- O nie, jesteś w błędzie.- rzekł tylko.
- Doprawdy? Sam, ja wiem jakie dziewczyny ci się podobają. Dlatego musze spytać, co ty tak właściwie z nią robisz?- rzuciłam prostu z mostu. Nie obchodziło mnie to, że wtrącam się w nie swoje sprawy. Chciałam, żeby choć raz wyłożył karty na stół i znów zaczął być ze mną szczery.
- Aha tak? To jakie dziewczyny mi się podobają?- spytał gniewnie, ignorując moje pytanie.
- Noo..takie jak…
- Takie jak ty?- dokończył za mnie, choć wcale nie miałam zamiaru czegoś takiego powiedzieć. Popatrzyłam na niego zaskoczona, a on zmieszał się i odwrócił wzrok. Po chwili dodał:- Widocznie zmieniły mi się upodobania.
- Nie odpowiedziałeś na pytanie.- zwróciłam mu uwagę, czując jak zasycha mi w gardle.
- To moja dziewczyna, spotykamy się od miesiąca, może chcesz poznać szczegóły?- warknął, jakby tłumaczył cos oczywistego.
- Nie, obejdzie się.- powiedziałam krzywiąc się. To mogłoby trwale uszkodzić moją psychikę.
- To czego jeszcze chcesz?- złościł się dalej.
- Żebyś się opamiętał.- westchnęłam, patrząc na niego, ale on wciąż odwracał wzrok.
- Mógłbym powiedzieć to samo o tobie.- wygarnął mi.- To nie ja się zmieniłem tylko ty. Nowe życie uderzyło ci do głowy.
- Nie wiem, o czym ty mówisz.- rzekłam lekceważąco.
- Ale ja wiem. Liczysz na to, że zacznę ci gratulować? Że pochwalę to co się dzieję wokół ciebie?- prychnął Sam.
- Tak, właśnie na to liczyłam, że spośród wszystkich bliskich mi osób to właśnie ty mnie zrozumiesz i poprzesz!- fuknęłam gniewnie, podchodząc do drzwi garażu. Przymknęłam oczy ze złości, starając się opanować, choć wszystko we mnie wrzało. Rozczarowanie piekło mnie od środka. Poczułam, że Sam podszedł do mnie, mimo iż nawet nie popatrzyłam w jego stronę. Chyba sam nie wiedział co ma powiedzieć i jak się zachować.
W końcu chwycił mnie za ramię i odwrócił w swoją stronę.
- Co to za życie, kiedy ciągle musisz się z czymś zmagać , z czym walczyć, męczyć się.- powiedział opanowanym głosem.
- Niestety takie jest życie, nikt cię jeszcze nie uświadomił?- prychnęłam oschle, wyrywając mu się i patrząc na niego jak na obcą osobę. Czy jest jeszcze w nich choćby maleńka cząstka starego Sama? Mojego Sama.
- Wiem o życiu więcej niż ci się zdaje.- rzekł pewny siebie.
- To dlaczego marnujesz je z kimś kto nie jest dla ciebie odpowiedni?- zapytałam patrząc na niego wyzywająco. Nie odpowiedział tylko pokręcił głową i odwrócił się w stronę samochodu.
- Może po prostu to dla mnie jedyny sposób na przetrwanie tego wszystkiego.- mruknął, opierając się jedną ręka o maskę, a druga mierzwiąc sobie włosy.
- A jest aż tak źle?- dopytywałam się.
- Może.- rzucił krótko.
- Nigdy mi o tym nie mówiłeś.- zauważyłam.
- Bo nie pytałaś. Za każdym razem chodziło o ciebie, o twoje problemy, twoje życie.- wyrzucił z siebie.- A jeśli rozmowa schodziła na mnie, to tylko wypominałaś mi mój związek z Odrey. Zresztą dalej to robisz.
- Przepraszam.- powiedziałam szczerze, stając obok niego.- Chcesz o tym pogadać?
- Nie teraz, chcę to sobie poukładać w głowie.- rzekł wzruszając ramionami.- Poza tym miałaś jechać do swojego taty, pamiętasz?
- Mogę zostać.- nalegałam.
- Nie musisz, nic mi nie jest.- zapewnił mnie, patrząc mi w oczy. W tym spojrzeniu zauważyłam coś nowego, coś czego wcześnie nie dostrzegłam, nie potrafiłam jednak określić co to jest. Zupełnie jakbym patrzyła na niego po raz pierwszy. Sam zachowywał się jakby bardzo chciał coś powiedzieć, ale się zawahał. Szybko się otrząsnęłam i przytuliłam go, by mu dodać otuchy.
- Jeszcze do tego wrócimy.- szepnęłam mu do ucha.
- Jasne, skoro nalegasz.- burknął, choć wiedziałam, że to tylko taka gra i tak naprawdę chce mi się wyżalić. Nic dziwnego, skoro w Odrey nie może znaleźć oparcia.
- I nie kłóćmy się już, ok?- poprosiłam.
- Nie mam zamiaru.- powiedział z ulga w głosie. Uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek, po czym wyszłam z garażu. Strugi deszczu bezlitośnie spadały na ulicę, przez którą szybko przebiegłam, zasłaniając się rękami, by nie zmoknąć. Niewiele to pomogło, gdyż przez te kilka sekund zdążyłam zmoknąć, choć na szczęście nie do ostatniej nitki.
Weszłam do domu, skierowując się do kuchni. Zastałam tam Darrena i mamę, rozmawiających ze sobą wesoło. Gdy tylko weszłam do pomieszczenia, podnieśli wzrok i uśmiechnęli się na mój widok.
- Ooo Jessie, już jesteś! Nie jesteś głodna? Darren przyrządził wspaniałego kurczaka z warzywami w czerwonym winie, palce lizać!- powiedziała z przejęciem mama.
- To świetnie, ale nie jestem głodna.- mruknęłam, uśmiechając się blado. Nie wiem czemu, ale żałowałam, że nie mogłam spędzić z Samem całego popołudnia. Mój ukochany i mama wymienili zdziwione spojrzenia. Darren podszedł do mnie i cmoknął mnie w czoło na oczach mojej matki. Spojrzałam na niego z wyrzutem i szturchnęłam go w bok, na co moja mama zachichotała. Już nic z tego nie rozumiałam.
- Daj spokój Jess, twoja mama i tak już wszystko wie.- rzekł Darren, przytulając mnie.
- Ale jak to? Powiedziałeś jej?- spytałam przyciszonym głosem.
- Nie musiał, sama się domyśliłam.- odpowiedziała za niego Helen.- Jesteście tu od tygodnia, myślisz że nie widziałam jak wychodzicie razem, jak znikacie na całe godziny. Poza tym zauważyłam jak na siebie patrzycie, wystarczyło spytać wprost.
- Och. No tak, trudno coś przed tobą ukryć mamo.- powiedziałam rozżalona. Jeśli już mama miałaby poznać prawdę, to wolałabym, by dowiedziała się ode mnie.
- Dokładnie.- odparła, uśmiechając się triumfalnie. W końcu która matka nie ucieszyłaby się, poznając idealnego zięcia. O czym ja myślę? Zięć to chyba za dużo powiedziane...
- Pójdziemy do mnie?- zwróciłam się do Darrena. Wolałam szybko się ulotnić, bo jeszcze tego brakowało, żeby mama zaczęła wypytywać o naszą wspólną przyszłość. A znając ją, była do tego skłonna.
- Jasne.- zgodził się, chwytając mnie za rękę i pociągając mnie z stronę przedpokoju, wcześniej uśmiechając się do mojej mamy.
- Było tak jak mówiła, czy przypadkiem coś chlapnąłeś?- rzuciłam cierpko, gdy już znaleźliśmy się w moim pokoju. Usiadłam na łóżku i wpatrywałam się w niego ze złością.
- Niby czemu miałbym coś chlapnąć? Przecież uzgodniliśmy, że nic nie powiemy twojej mamie.- rzekł zdziwiony, siadając obok mnie.
- Nie lubię jak coś się omawia za moimi plecami. Szczególnie, jeśli ma to związek ze mną.- warknęłam, może odrobinę za ostro.
- A co miałem zrobić? Zrozum, twoja mama mnie zaskoczyła.- próbował się tłumaczyć.
- Trzeba było kłamać!- zdenerwowałam się, nie wiedząc właściwie czemu.
- Jess, co się dzieje?- spytał poważnym tonem.
- Nic takiego.- powiedziałam szybko, oddychając głęboko, by się uspokoić. Uśmiechnęłam się do niego przepraszająco.- Naprawdę wszystko gra.
- Ostatnio jesteś jakaś spięta.- stwierdził Darren.
- Stresuje się rozmową z tatą.- wyznałam.
- To twój tata, a nie prezydent. Nie masz się czym stresować.- zaśmiał się Darren.
- No tak, ale dawno nie rozmawialiśmy.- upierałam się przy swoim.
- A co złego może się stać? W najgorszym przypadku będzie trochę niezręcznie, ale nic poza tym.- zapewnił mnie.- Przestań wreszcie się tym zadręczać.
- Ok, już przestałam.- zapewniłam go. Usiedliśmy razem na łóżku, a Darren objął mnie czule ramieniem. Czułam, że powoli opuszcza mnie stres i rozdrażnienie, a zastępuje ją gorące uczucie, którym darzę Darrena. W tej chwili nic nie jest ważniejsze od niego.
- Chciałaś o czymś pogadać?- spytał, odgarniając mi kosmyk włosów za ucho.
- Tak. Chodzi o to, że jak sam widzisz to wszystko nie jest takie proste.- powiedziałam cicho.
- O czym ty mówisz?- zdziwił się.
- Miałeś teraz próbkę tego jaka potrafię być. Do tego te wszystkie dziwne sytuacje, z moim bratem, rodzicami, Vincem i Kylem, a teraz jeszcze z Samem.- ciągnęłam dalej.- Musisz się poważnie zastanowić, czy chcesz się pakować w związek ze mną. To nie przelewki. Jeśli nie, to ja to zrozumiem, dlatego od razu cię ostrzegam.
- Masz rację, to nie jest proste.- odezwał się po chwili, a ja poczułam się jakby cegła spadła mi na dno żołądka.- Ale już jest za późno.
- Za późno?- zdziwiłam się.
- Już się w to wpakowałem, czy tego chcę czy nie. Siebie nie oszukam, swoich uczuć tym bardziej- wyznał, patrząc mi w oczy.- Teraz już się mnie nie pozbędziesz.
- Ja...nie tego się spodziewałam.- mruknęłam zaskoczona.
- A czego?- spytał Darren, lekko urażony.
- Byłam pewna, że mnie rzucisz.- wyjaśniłam. Darren zaśmiał się perliście.
- Głuptas.- rzekł całując mnie w czoło.
- A właśnie...jest jeszcze jedna sprawa.- zaczęłam zupełnie z innej beczki.
- Litości!- jęknął Darren, śmiejąc się.
- Nie dałam ci jeszcze prezentu urodzinowego.- mruknęłam mu do ucha.
- I całe szczęście.- mruknął cierpko.- Nie chcę prezentów.
- Musisz coś ode mnie dostać, nawet nie ma dyskusji!- upierałam się.
- Ten wyjazd razem z tobą jest dla mnie najlepszym prezentem.- zapewnił, gładząc mnie po policzku.
- Mimo to, musisz coś ode mnie dostać.- powiedziałam stanowczo, wstając i podchodząc do biurka. Za plecami słyszałam jak Darren wzdycha z dezaprobatą. Nie rozumiałam jak można nie lubić swoich urodzin.
Z jednej z szuflad wyciągnęłam woreczek z którego wyjęłam niewielki kamyk, zawieszony na czarnym rzemyku. Podeszłam do Darrena niepewnie.
- To nic takiego, zwykły drobiazg.- mruknęłam, podając mu go. Darren wziął go ode mnie, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Był ciemnobrązowy, podłużny, w kilku miejscach złożony jakby z kilku mniejszych połyskujących diamencików. Wyszlifowany był tak, że kształtem przypominał wahadełko. Choć na pewno nie takie było jego przeznaczenie.- Sama go zrobiłam.
- Dziękuje, jest piękny.- powiedział z uśmiechem. Usiadłam obok niego i spojrzałam mu w oczy.
- Czekaj, to nie wszystko.- ciągnęłam dalej.- Znalazłam go, gdy miałam 10 lat, podczas deszczu meteorytów. Pewnego dnia zabrałam go do szkoły, by pokazać go mojej nauczycielce, która interesuje się astronomią. Wzięła go wtedy, by pokazać go swojemu przyjacielowi, który jest astronomem. Myślałam, że to zwykły kamień, ale wyprowadzili mnie z błędu. Okazało się, ze to skała księżycowa. Powiedzieli, że to bardzo rzadkie znalezisko i że jest wiele warte. Na pewno bez problemu bym ją sprzedała, ale ja tego nie zrobiłam. Zatrzymałam ją i traktowałam jak swój amulet, jak coś wyjątkowego. Może to głupie, ale wtedy naprawdę tak myślałam. Gdy byłam starsza, przerobiłam ją i właśnie tak teraz wygląda.
- Jess...- zaczął Darren, ale mu przerwałam.
- Tak wiem, że to głupie...po prostu po tym co mi kiedyś powiedziałeś, że twoim marzeniem jest mieć coś takiego, pomyślałam, że to dobry pomysł i...- nie zdołałam dokończyć, gdyż Darren przyciągnął mnie do siebie i pocałował czule. Wystarczył sam dotyk jego ust, bym odpłynęła. Kochałam to uczucie. W tej chwili zapominałam o wszystkim co mnie dręczyło. Usiadłam mu na kolanach, dalej nie odrywając się od jego ust.
- Jesteś wspaniała.- powiedział po kilku chwilach Darren, całując mnie pieszczotliwie w policzek.
- Bo dałam ci jakiś głupi kamyk?- zaśmiałam się.
- Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy.- rzekł z uśmiechem, od razu go zakładając na szyję.- Razem z babcią uwielbialiśmy astronomię. Nie było wieczoru, kiedy nie spoglądaliśmy w niego, przez teleskop, który zbudowała razem z dziadkiem. To stąd to moje głupie marzenie.
- Wcale nie jest głupie.- zaprotestowałam.
- W każdym razie, spełniło się dzięki tobie.- zamruczał mi do ucha, przez co dostałam gęsiej skórki.
- Wiem, że chciałeś sam przywieźć ją z księżyca, ale sam rozumiesz. Miałam za mało czasu.- zakpiłam.
- Nie ważne i tak to cudowny prezent.- rzekł radośnie.- Babci też by się podobał.
- Pewnie bardzo za nimi tęsknisz.- stwierdziłam, przytulając go.
- Tak.- mruknął.- Ale teraz mam ciebie.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że teraz już nie musimy się ukrywać?- mruknęłam, uśmiechając się do niego.- No, a przynajmniej jeśli chodzi o Los Angeles.
- Niby tak, ale dobrze wiesz, że twoja mama teraz będzie bardziej czujna.- Darren ostudził mój entuzjazm.- Więc nie będziemy mogli robić tego co nam się żywnie podoba.
- Dlatego musimy wykorzystywać wszystkie okazje jakie nam się trafia, by pobyć sam na sam.- zachichotałam, próbując go pocałować.
- Uwodzisz mnie?- spytał, patrząc na mnie kpiąco.
- Jakbyś nie wiedział.- rzekłam, zbliżając swoje usta do jego.
- A nie miałaś przypadkiem jechać do swojego taty?- przypomniał mi.
- Mam jeszcze trochę czasu.- powiedziałam, rzucając się na niego, zdejmując przy tym swoją bluzę. Wpiłam się gwałtownie w jego usta, nie pozwalając mu tym razem uciec. Zajęłam się guzikami jego koszuli, podczas gdy Darren zaczął podnosić coraz wyżej moją bluzkę.
Nagle dobiegło nas pukanie do drzwi.
- Jessie, masz może jakieś brudne rzeczy?- usłyszałam głos mojej matki. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię!
- Eee…nie mamo.- powiedziałam stłumionym głosem. Darren zaczął coraz namiętniej całować mnie w szyję, przygryzając ją lekko, co całkowicie wytrącało mnie z równowagi.
- Jesteś pewna, może mam sama sprawdzić? Bo akurat robię pranie.- moja mama pierze o 5 po południu? O ile mnie pamięć nie myli robiła to zawsze rano.
- Nie, nie trzeba!- jęknęłam coraz bardziej zażenowana. Nie wiedziałam tylko czy bardziej tym, że mama robi mi obciach czy tym, że Darren nic sobie z tego nie robił. Kompletnie nie przejął się tym, że mama może w każdej chwili wparować do mojego pokoju. Uśmiechnął się do mnie swoim rozbrajającym uśmiechem i wrócił do tego, co robił zanim mama brutalnie nam nie przerwała.
- A co chcecie na kolację?- kontynuowała Helen. Zaklęłam pod nosem i już miałam warknąć cos niemiłego, kiedy Darren znowu mnie pocałował, uniemożliwiając mi piśnięcie choćby małego słóweczka. Wiedział jak mnie zdekoncentrować i było to bardzo, ale to bardzo skuteczne. O przyjemnym już nie wspominając.
Jednak nawoływanie i pukanie mamy, poskutkowało tym, że cały romantyczny nastrój wyparował. Przynajmniej w moim przypadku, bo Darrenowi zdawało się to nie przeszkadzać. Jednak po kolejnym pytaniu o to co byśmy sobie zjedli nie wytrzymałam. Odepchnęłam Darrena i podeszłam do drzwi, które otworzyłam z hukiem. Mama stanęła jak wryta, nie spodziewając się, że ktoś jej w końcu odpowie. Niewątpliwie miała sporo uciechy z przeszkadzania nam.
- Po pierwsze, nie, nie mam brudnych rzeczy! Po drugie, dobrze wiesz, że Darren coś ugotuje na kolację, więc po co pytasz?!- fuknęłam gniewnie, zakładając kurtkę. Darren rzucił mamie przepraszające spojrzenie, zupełnie jakby był odpowiedzialny za moją niepoczytalność umysłową.- A po trzecie, tak, przeszkadzasz nam! Akurat byliśmy bardzo zajęci robieniem wam wnuków!
Mama zbladła, a Darren parsknął śmiechem. Ale ja się tym nie przejęłam, tylko zbiegłam na do garażu, do samochodu Jasona, który o dziwo pozwolił mi zabrać. Teraz z kolei mnie chciało się śmiać. Mina mojej mamy: bezcenna!
Przejeżdżając przez miasto mijałam znajome miejsca, przez co nawiedziły mnie wspomnienia. Wszystkie kafejki w których przesiadywałam po zajęciach na uczelni, sklepy, parki. Czyli wszystko miejsca, w których spędzałam czas z Samem. Ale nie tylko, bo z Kate też. Starałam się nie myśleć za dużo o Samie, przy którym czułam się teraz nieswojo. Nie był już tym samym Samem, którego znałam miesiąc temu. Nawet patrzył na mnie inaczej niż kiedyś. Stał mi się obcy, a im bardziej zbliżałam się do Darrena, a on do Odrey, tym bardziej oddalaliśmy się od siebie.
Wystarczył miesiąc rozłąki i nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi co kiedyś. Nie chciałam dopuszczać do siebie tej myśli, że nasza przyjaźń niestety nie wytrzymała próby czasu. Może tak po prostu musi być.
Pokręciłam głową, skupiając myśli na rozmowie, która miałam przeprowadzić z tata. Mam od razu wygarnąć mu to, że przez niego nie mam kontaktu z bratem, czy najpierw zacząć luźna pogawędkę o pogodzie?
Zaparkowałam na parkingu przed szpitalem, wychodząc z samochodu na drżących nogach. Choć tata zabierał mnie tu, kiedy byłam mała, nie pamiętałam jak wyglądało wnętrze szpitala i gdzie właściwie powinnam się udać.
Postanowiłam dowiedzieć się jak dojść do gabinetu taty w izbie przyjęć. Podeszłam do pulchnej jasnowłosej kobiety, który ze znudzeniem wpisywała coś na klawiaturze.
- Eee…czy zastałam Richarda Willysa?- spytałam niepewnie. Kobieta zmierzyła mnie lekceważącym spojrzeniem.
- Jest pani umówiona?- spytała.
- Ja tylko na chwilę, nie zajmę mu dużo czasu.- zapewniłam beztrosko.
- Ordynator jest zajęty, akurat operuje.- prychnęła kobieta.
- Pani nie rozumie, jestem jego córką.- wyjaśniłam.
- Och. No dobrze, niech pani zaczeka.- westchnęła kobieta, przewracając oczami i sięgając po telefon. Wyglądała na bardzo niezadowoloną, że ktoś jej przeszkadza, choć nie zauważyłam by wcześniej wykonywała jakąś ważną czynność. Wymieniła z kimś kilka zdań, po czym odłożyła słuchawkę.- Jak mówiłam, ordynator jeszcze operuje, więc musi pani poczekać.
- Nie mogłabym poczekać w jego gabinecie? Tak byłoby szybciej.- rzekłam zniecierpliwiona.
- No dobrze.- westchnęła.- Trzecie piętro, piąte drzwi po lewej stronie.
- Dziękuje.- odpowiedziałam, po czym udałam się do windy. Gdy w końcu znalazłam się na trzecim piętrze, najpierw trochę pobłądziłam, zanim doszłam do właściwych drzwi. Ale to normalne w przypadku mojego braku orientacji w terenie. Nacisnęłam na klamkę i weszłam do gabinetu, który okazał się być otwarty. Zdziwiło mnie to, gdyż na pewno znajdowało się tu wiele poufnych, prywatnych rzeczy mojego taty i na pewno nie chciałby, by ktokolwiek miał tu wstęp. Pomieszczenie składało się z dwóch części, z biura asystenta lub asystentki mojego taty, do którego weszłam i z biura taty. Nigdy nie interesowałam się jego pracą, ale widząc to biuro stwierdziłam, że tacie musiało się nieźle powodzić.
Nagle usłyszałam stłumione głosy dobiegające z biura taty. Zdziwiło mnie to, gdyż podobno miał teraz być na sali operacyjnej. Ucieszyłam się, że wrócił szybciej, przynajmniej nie musiałam już dłużej czekać. Ostrożnie otworzyłam drzwi i zerknęłam do środka. Od razu tego pożałowałam.
Za biurkiem, na fotelu siedział mój tata, ale nie był sam. Towarzyszyła mu jego asystentka, która siedziała mu na kolanach w samej bieliźnie i wpijała się w jego usta. Zaczęła rozpinać jego koszulę, a on obejmował ją czule. Byli tak zajęci sobą, że nawet nie zauważyli mojej obecności. Tym zajmuje się mój tata, wielki neurochirurg, ordynator szpitala, wielokrotnie nagradzany człowiek sukcesu? Okazało się, że jest dokładnie taki za jakiego go brałam ja i moja mama. Jest zwykłym kłamcą i oszustem!
Szybko wycofałam się z gabinetu, wpadając przy tym na półkę z dokumentami, przewracając ją i samą siebie na ziemię. Klnąc pod nosem zaczęłam zbierać się z podłogi, by jak najszybciej uciec z tego strasznego miejsca.
- Jessie?!- usłyszałam ponad swoją głową. W drzwiach gabinetu stał mój tata, a zza jego pleców wychylała się jego asystentka, ubierająca się pospiesznie. Tata szybko podszedł do mnie, by pomóc mi wstać, ale odtrąciłam jego rękę, nawet na niego nie patrząc. Wybiegłam z gabinetu, ze łzami w oczach, słysząc jeszcze za placami:- Pozwól, że ci wyjaśnię, to nie jest tak jak myślisz!