Koniec czerwca, prócz upałów, przywiódł także całą zgraję turystów oblegających Nowy Jork. Oblegali oni ze wszystkich stron pobliskie plaże, szczególnie Coney Island, która znajdowała się najbliżej. Taka pogoda tylko zachęcała do takich wypadów.
A co ja robiłam w tym czasie? Siedziałam na 12 piętrze wieżowca, na którym mieściła się siedziba New York Times i próbowałam sklecić coś na temat zamieszek w okolicach metra, które miały miejsce kilka dni temu. Temat nudny, materiałów mało, mogłam jedynie posłużyć się relacjami naocznych światków, kilkoma fotografiami i informacjami zawartymi w lokalnych wiadomościach.
Po pierwszym tygodniu w pracy nie mogłam liczyć na rewelacyjne tematy i cieszyłam się tym co dostaje. Przydzielono mi nawet moje własne miejsce pracy. Moje małe koślawe biurko wciśnięte do jednego z boksów dla pracowników, kilka szafek na dokumenty i oczywiście widok na rzekę Hudson może nie były szczytem marzeń, ale nie narzekałam. Nie było to konieczne, gdyż mój szef wyraźnie powiedział mi, że nie muszę pracować w biurze, mogę większość roboty wykonywać w domu. Wpadanie do biura było jednak konieczne, musiałam skądś pozyskiwać materiały. Poza tym to była okazja do wyrwania się z domu.
Tego dnia nie potrafiłam skupić się na pracy. Moje myśli krążyły wciąż wokół tego samego tematu. I choć to było głupie i bezcelowe, to wpisywanie w wyszukiwarce Google imienia Hayden i nazwiska Thomas, bądź Johnson chyba weszło w nawyk. Odkąd dowiedziałam się, że mam starszego brata myślałam tylko o tym. Niestety Google nie chciały mi pomóc. Wyświetlały kilkadziesiąt Haydenów Thomasów w samym stanie Nowy Jork i jego obrębie, a w całych Stanach – setki. Wiedziałam, że w ten sposób nigdy go nie odnajdę, dlatego próbowałam ponownie skontaktować się z Markiem, który poprzednio bardzo mi pomógł, lecz nie odbierał telefonów. No cóż, widocznie zapracowany człowiek biznesu nie ma czasu dla zwyczajnego i szarego człowieka, takiego jak ja. Trudno, wgląda na to, że muszę rozpocząć poszukiwania na własną rękę.
- Willys, ty wciąż tutaj?- z zamyślenia wyrwał mnie głos szefa. Aż podskoczyłam i odwróciłam się. Przy moim boksie stał Jeff Stanson, czyli mój szef we własnej osobie. Nie był on może idealnym szefem, ale przynajmniej dawał mi dużo wolności. Wystarczyło to, że mogłam pracować w domu. Niestety, miał bzika na punkcie punktualności. Nie znosił kiedy ktoś nie oddawał artykułu na czas lub spóźniał się na spotkania redakcji. Starałam się jak mogłam, ale czasami po prostu czas uciekał mi między palcami.
- Eee...tak szefie, pomyślałam, że zbiorę jeszcze raz wszystkie materiały i zastanowię się jak to rozplanować.- powiedziałam.
- Pamiętaj, że masz czas do jutra. Gotowy tekst ma się znaleźć na moim biurku o 8 rano.- rzekł surowym tonem, po czym odszedł do swojego gabinetu. Odetchnęłam z ulgą. Każde spotkanie z szefem, było dla mnie stresującym przeżyciem. Ciągle byłam na okresie próbnym i gdyby Stansonowi nie spodobały się moje artykuły z czasów studiów, pewnie w życiu nie przyjął by mnie do pracy. Dlatego bardzo chciałam się wykazać, dlatego robiłam wszystko co mi kazał, bez mrugnięcia okiem. Nawet zdarzało się, że biegałam dla niego po kawę lub pączki, przez co stałam się obiektem żartów kolegów i koleżanek z pracy. W końcu jednak udało mi się znaleźć z nimi wspólny język.
W ciągu mojego pierwszego tygodnia w pracy napisałam 10 artykułów, przez co zarwałam kilka nocy. Zaniedbałam też przez to swoich przyjaciół, ale wiedziałam, że to tylko chwilowe. Gdy tylko okres próbny się skończy wszystko im to wynagrodzę. Ta praca miała tez inne minusy. Przez czas spędzany w biurze musiałam zrezygnować w wypadów na imprezy czy do Star oraz z dawnego stylu ubierania. Podarte jeansy, podkoszulki i koszule w kratę, musiałam zastąpić marynarkami, białymi idealnie wyprasowanymi koszulami, spódnicami i szpilkami. Nie było to jednak takie złe, gdyż nawet w takim stylu potrafiłam znaleźć coś dla siebie. Oczywiście niewątpliwym plusem tej pracy był przypływ gotówki, który bardzo nam się teraz przydał. Zbliżał się termin płacenia za czynsz i rachunki. Dobrze, że obie z Kate mamy pracę, bo nie wiem jak wypłaciłybyśmy się z tego wszystkiego.
Zebrałam wszystkie materiały, po czym wyszłam z biura po godzinie 14, gdzie pozostało już niewiele osób. Zjechałam windą na sam dół i wyszłam na ulicę. Panował tam nieziemski upał, na szczęście tylko kilka przecznic dzieliło mnie od mojego mieszkania z klimatyzacją, która naprawdę była zbawienna w tę pogodę. Nagle ni stąd ni zowąd odezwał się mój telefon.
- Jess, kod czerwony, ratuj!- usłyszałam w słuchawce głos Vince.
- Eee...że co?- zdziwiłam się.
- Musisz do nas wpaść, migiem!- rzekł w odpowiedzi.
- Nie mogę, mam jeszcze masę roboty.- jęknęłam myśląc o zaległych artykułach.
- Nie możesz nas tak zostawić!- powiedział Vince z wyrzutem.
- A o co chodzi?- dopytywałam się.
- Zapomniałaś!- zarzucił mi chłopak gniewnie.
- Yyy...ale co?- udawałam niewiniątko. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi.
- Wiedziałem, że tak będzie! Co się z Tobą dzieje ostatnio? Przyjdź, to może przynajmniej po części zrekompensujesz nam swoje zapominalstwo.- warknął Vince po czym rozłączył się.
- Cholera!- warknęłam do siebie, odwracając się i udając się w stronę mieszkania chłopaków.
Wiedziałam, że są na mnie źli przez to, że ich nie odwiedzałam. Denerwowało mnie to, że nie potrafili zrozumieć jak ważna jest dla mnie ta praca.
Weszłam do chłodnej klatki schodowej, a potem gdy już znalazłam się przed ich drzwiami, wkroczyłam do środka jak do siebie.
- Ok, możecie mi wyjaśnić z jakiego powodu oderwaliście mnie od pracy?- rzekłam bez żadnych zbędnych wstępów, gdy już znalazłam się w kuchni. Vince i Kyle, którzy chodzili tam i z powrotem zdenerwowani, aż podskoczyli gdy mnie zobaczyli. Kyle zmierzył mnie chłodnym spojrzeniem.
- Niezłe wdzianko.- rzekł lustrując moją białą koszulę, granatową marynarkę, krótką spódnice pod kolor i czarne szpilki.
- Daruj sobie, ledwo co wyszłam z pracy..- fuknęłam gniewnie.
- Fakt, ciągle tylko ta praca i praca.- prychnął Vince.
- Nie zachowuj się jak małe dziecko!- zganiłam go.- Pieniądze niestety nie spadają z nieba.
- Pieniądze szczęścia nie dają.- mruknął Vince.
- Mieszkanie pod mostem też nie.- odgryzłam się.- I nie unikaj tematu, o co chodzi?
- Widzisz! Mówiłem, że zapomni!- rzekł Vince do Kyle'a.
- O czym ważnym miałam tym razem pamiętać?- westchnęłam siadając przy stole.
- Pamiętasz jak niecały tydzień temu opowiadałem Ci o pewnej sprawie i że będziemy potrzebowali twojej pomocy? Wszystko Ci wtedy dokładnie nakreśliłem i powiedziałaś, że chętnie pomożesz.- przypomniał mi Kyle gniewnym głosem.
- Może trochę jaśniej?- rzekłam znudzona.
- Jutro są 27 urodziny Wally'ego! Miałaś nam pomóc w zorganizowaniu imprezy!- wybuchnął Vince.
- Och. No tak.- mruknęłam zawstydzona, przypominając sobie, że oferowałam im pomoc. Zupełnie o tym zapomniałam. To już jutro jest 29 czerwiec? Niemożliwe...
- Coś Ci świta?- zadrwił Kyle.
- Przepraszam, nie wiem jak to się stało.- wymamrotałam.
- Gdybyś tyle nie przesiadywała w biurze...- zaczął Kyle.
- Zaraz, zaraz, nie mieszajcie do tego mojej pracy.- zaprotestowałam.
- ...to byś nie zapomniała.- dokończył Kyle.
- Dobra, przyznaję nawaliłam, ale przecież da się to jeszcze naprawić. To w czym mam wam pomóc?- spytałam patrząc to na jednego to na drugiego.
- Właściwie to wszystko już jest gotowe.- rzekł Vince wzruszając ramionami.
- Tak właściwie to co zorganizowaliście?- spytałam.
- Wyprawimy mu urodziny w Flash. Mamy już rezerwację, goście zaproszeni. Oczywiście Ty i Kate też jesteście zaproszone.- wyjaśnił Kyle.
- Flash? Czy to nie jest zbyt...huczne jak na Wally'ego? Nie uważacie, że lepiej by było zorganizować coś w bardziej kameralnym gronie na przykład w Star?- podsunęłam.
- Co Ty gadasz! Spodoba mu się! Star to tylko zwyczajny klub, często tam chodzimy. A Flash to jednak nie byle co.- powiedział Vince.
- Może faktycznie lepiej go znacie.- mruknęłam, chodź wiedziałam, że taka impreza nie jest w stylu Wally'ego.
- W końcu znamy się już tyle lat.- westchnął Vince.
- A o co chodziło z tym kodem czerwonym?- przypomniało mi się.
- Właśnie! Jest jeszcze jedna sprawa...- zaczął niepewnie Kyle.
- Trzeba jakoś zwabić Wally'ego do Flash. Jeśli od razu powiemy mu o co chodzi i gdzie ma iść, to na pewno nie będzie chciał przyjść. Jakoś nigdy nie przepadał za swoim urodzinami.- wyjaśnił Vince.
- Serio? A myślałam, że impreza w Flash to taki świetny pomysł.- rzekłam z sarkazmem. Chłopaki zmierzyli mnie zimnym spojrzeniem, więc przestałam się nabijać.- A co to ma wspólnego ze mną?
- No właśnie...pomyśleliśmy, że najlepiej by było, gdybyś to Ty go tam zaciągnęła.- powiedział Vince szczerząc zęby.
- Że co? Dlaczego ja?- skrzywiłam się.
- Bo jeśli my poprosimy go, żeby z nimi poszedł to od razu, by się domyślił.- rzekł Kyle.- A tak, to on nawet nie będzie wiedział, że wiesz o jego urodzinach.
- To nie jest najlepszy pomysł. Przecież on mnie nie znosi.- protestowałam.
- Dokładnie o to nam chodzi. Dzięki temu Wally niczego się nie domyśli.- powiedział Kyle z niecierpliwością, jakby tłumaczył coś małemu dziecku.
- Nie wydaje mi się, aby to miało zadziałać. Ale dobrze, zrobię to dla was.- westchnęłam, myśląc o tym jaki to ciężki dzień czeka mnie jutro.
- Świetnie! Przynajmniej kolejna rzecz z głowy.- Vince odetchnął z ulgą.
- Tylko jak mam go wyciągnąć z domu? Nie zgodzi się, cokolwiek wymyślę.- powiedziałam kwaśno.
- Wymyślisz coś, wykorzystaj swoje twórcze myślenie.- Vince uśmiechnął się do mnie.- Wystarczy, że ok godziny 8 wpadniesz do nas do mieszkania i zaciągniesz go do Flash. Już my się postaramy o to, by był wtedy w domu.
- Dobrze, coś wymyślę.- zgodziłam się.
- Jest jeszcze jedna sprawa Jessie.- odezwał się niespodziewanie Kyle poważnym głosem. Vince i ja popatrzyliśmy na niego zdziwieni.
- O co chodzi?- spytałam, obawiając się najgorszego.
- Gdzie byłaś tydzień temu?- spytał ostro Kyle.
- Eee...tydzień temu? To pewnie już w pracy siedziałam.- próbowałam się wykręcić. Po co chce to wiedzieć.
- Nie prawda, pracę zaczęłaś dzień później.- zarzucił mi Kyle. Vince milczał, patrzył tylko na Kyle'a kręcąc głową.
- No to nie wiem, pewnie w domu siedziałam. O co Ci chodzi? Skąd to przesłuchanie?- zdenerwowałam się.
- To dlaczego nie odbierałaś telefonu? Cały dzień się nie odzywałaś.- drążył dalej Kyle.
- A co, nie potraficie już wytrzymać beze mnie nawet 5 minut?- warknęłam.
- Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Wally też zniknął na cały dzień.- Kyle nie dawał za wygraną. Przełknęłam głośno ślinę. Jeszcze tego brakowało, zęby chłopaki wzięli naszą wyprawę za jakiś romantyczny wypad. Brrr! Aż nie chcę o tym myśleć.
- A co mi do tego gdzie on się szwenda? Zrobiłam sobie małą wycieczkę po Nowym Jorku, wróciłam wieczorem, a potem poszłam pobiegać po plaży. Wally'ego ze mną nie było i nie widziałam go cały dzień.- powiedziałam drżącym głosem. Czy Kyle wyczuje, że się denerwuję?
- Coś mi tu nie pasuje. Wally także wrócił wieczorem i wyszedł się przejść. Czy ta zbieżność zeznań nie jest podejrzana?- Kyle zaczął bawić się w detektywa, a ja byłam coraz bardziej zdenerwowana.
- No, no...nadajesz się na śledczego, naprawdę. Tylko nie musisz na mnie wykorzystywać swoich sztuczek.- zezłościłam się.- Już nikt nie ma prawa wyjść z domu, bo od razu wydaje się to podejrzane?
- I czemu się tak denerwujesz? To tylko zwykłe pytania.- rzekł spokojnym głosem Kyle.- A może masz coś do ukrycia?
- Daj jej spokój Kyle, przecież mówi, że z nim nie była.- powiedział Vince, po czy zwrócił się do mnie:- Próbujemy po prostu dowiedzieć się dokąd on ciągle chodzi. Znika na całe dnie.
- Ale to nie z mojej winy.- broniłam się.
- A ja myślę, że coś kręcisz.- warknął Kyle.- Tego samego dnia dzwoniłem do Kate i powiedziała nam, że pojechaliście gdzieś razem z Wallym. A może Kate coś się pomyliło?
- Co? Nigdzie nie pojechaliśmy, Kate nagadała wam jakiś głupot!- fuknęłam. Skąd Kate wiedziała o tym, że byliśmy razem? Przecież nikomu nie mówiłam dokąd jadę i z kim. Zwłaszcza, że wynikło to bardzo niespodziewanie.
- Teraz już nic nie ukryjesz, gdzie byliście?- dopytywał się Kyle.- Byliście razem wieczorem?
- Daj mi spokój! Nic wam nie powiem, bo nic nie wiem!- warknęłam zbliżając się do drzwi.- Pomogę wam jutro, bo obiecałam, ale po tym całym przedstawieniu powinnam się nad tym zastanowić.
To powiedziawszy wybiegłam z ich mieszkania. I po co mi to było! Powinnam była nie zgodzić się na to by Wally ze mną jechał! Teraz wynikają z tego same problemy. Niestety wszystko co mówił Kyle było prawdą. Nie tylko to, że Wally był ze mną na Dawson Street, ale także to, że wpadliśmy na siebie również wieczorem...
Przez całą drogę powrotną prawie nie rozmawialiśmy. Ja byłam zbyt przybita tym o czym się dowiedziałam, a Darren nie chciał poruszać drażliwego tematu, który go przy okazji nie dotyczył. Odwiózł mnie pod sam dom, gdzie pożegnaliśmy się chłodno, po czym prawie biegiem weszłam do klatki schodowej. Najchętniej wymazałabym Greendale z pamięci!
Wkroczyłam do naszego mieszkania, a czułam się jakbym dalej była w tamtym starym magazynie. Tak naprawdę, to po tym wszystkim co dziś przeżyłam miałam ochotę stąd uciec, zrzucić z siebie to okropne uczucie opuszczenia. Skierowałam się w stronę mojego pokoju, zastanawiając się co robić dalej. W końcu zdecydowałam się na spacer po plaży, może nawet na krótki jogging. Może dzięki temu zrzucę z siebie negatywne emocje. Wyciągnęłam z szafy moje krótkie czarne spodenki i niebieską bokserkę i założyłam je na siebie. Gdy zakładałam adidasy w salonie wpadła na mnie Kate , która prawie mnie udusiła, tuląc mnie do siebie.
- Gdzie Ty byłaś?! Prawie umarłam ze strachu! Nie odbierasz telefonów, nie zostawiasz żądnej wiadomości! Myślałam, że nie żyjesz!- jęknęła Kate.
- Spoko Kate, nic mi nie jest.- mruknęłam odsuwając się od niej.
- „Spoko Kate”!? A może należą mi się jakieś wyjaśnienia? Na początek gdzie byłaś!- wybuchnęła Kate.
- Dobrze mamo, ale nie teraz. Chcę pójść pobiegać, pomyśleć trochę.- westchnęłam spinając włosy w wysoki kucyk.
- A nie możesz myśleć opowiadając mi co się stało?- spytała zawiedziona Kate, ale ja już jej nie słuchałam, tylko wyszłam z mieszkania, słysząc jeszcze jak mnie woła.
Jeśli miała ochotę na świeże ploteczki lub mrożącą krew w żyłach historię to trafiła pod niewłaściwy adres. Nie miałam dziś ochoty na ponowne rozgrzebywanie tego. Chciałam pobyć przez chwilę sama.
Dotarcie na plażę zajęło mi 5 minut. Właśnie zachodziło słońce, rzucając ostatnie złociste promienie na lekko zmarszczoną taflę wody. Zamknęłam oczy i chwilę wsłuchiwałam się w szum fal i krzyki mew, które koiły moje zmysły. Kochałam morze, te wszystkie odgłosy i zapachy. Działało to na mnie jak lek. Pospacerowałam parę minut po czym puściłam się biegiem wzdłuż brzegu plaży, unikając fal rozbijających się o brzeg. Na plaży o tej porze znajdowało się niewiele osób, prócz starszego pana z psem, chłopaka opartego o falochron i mnie, nie było tu nikogo.
Chłopak wydał mi się znajomy, a gdy podeszłam bliżej rozpoznałam ciemne włosy, szare oczy i kpiący uśmieszek. Wally.
- Kogo ja widzę.- odezwał się na mój widok.- Nie za często na siebie wpadamy?
- Według mnie trochę za często.- mruknęłam podchodząc bliżej.- Co tu robisz?
- Lubie tu przychodzić kiedy muszę zebrać myśli.- rzekł patrząc w morze.- A Ty?
- Musiałam wyjść z domu, przewietrzyć się.- powiedziałam wzruszając ramionami.
- Tak, ten dzień nie należał do łatwych.- zauważył Wally.
- Właściwie...to zawsze zastanawiała mnie pewna kwestia.- zaczęłam ni stąd ni zowąd.
- Yyy...niby co?- zbiłam go z pantałyku.
- Wally to imię, czy nazwisko?- wypaliłam, a po chwili dotarło do mnie jakie to głupie. Wally chyba pomyślał to samo, bo uniósł brwi.
- A skąd to pytanie?- zdziwił się.
- Nie wiem...tak się zastanawiałam...-bąknęłam głupio.
- Ani jedno, ani drugie, to po prostu ksywa, którą wymyślił Vince. Nie wiem skąd mu się to wzięło.- wzruszył ramionami.
- To w takim razie jak masz na imię?- dopytywałam się.
- A co Ci do tego?- warknął ostro.
- Jestem ciekawa.- rzuciłam krótko, ignorując jego wybuch złości.
- Wiesz, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła?- prychnął.
- I tak mam już tam zarezerwowane miejsce.- odparowałam.
- W sumie racja.- mruknął chłodno.
- Nie chcesz to mi nie mów.- wróciłam do tematu.- I tak się jakoś dowiem, od Vince'a czy Kyle'a.
- Proszę bardzo, rób co chcesz.- powiedział obojętnym tonem.- Jak się czujesz po dzisiejszym dniu tak w ogóle?
- Naprawdę Cię to interesuje? Czy to aby nie jest wtrącanie się?- zastawiłam na niego haczyk.
- Myślę, że nie, bo byliśmy tam dzisiaj razem i widziałem co się z Tobą działo. Także można powiedzieć, że dotyczy to również mnie, więc to nie jest wtrącanie się w nie swoje sprawy.- powiedział uśmiechając się chytrze.
- Niech to szlag. Chodź raz mógłbyś się mylić.- burknęłam obrażonym głosem.
- Obawiam się, że to niemożliwe. Osłabiłoby to mój wrodzony urok osobisty.- rzekł zeskakując z falochronu.
- Nie bądź taki pewny siebie.- prychnęłam, kiedy stanął obok mnie i szczerzył zęby.
- To kolejna moje złota cecha.- dodał.
- Myślisz, że jesteś taki doskonały?- spytałam unosząc brwi.
- Może Ty mi powiesz?- rzekł z uśmiechem, ukazując rząd białych, równych zębów. Zapatrzyłam się w jego oczy, w których czaiła się jakąś głębia, której nie potrafiłam ogarnąć. Po chwili poczułam zapach jego perfum, który zawsze wprawia mnie w zawrót głowy. Odwalcie się perfumy Wally'ego!
- Nie mam nic do powiedzenia w tej kwestii.- rzekłam chłodno, odwracając się od niego.
- Oj myślę, że wprost przeciwnie.- rzekł kpiąco.
- Nie mam czasu ani ochoty słuchać twoich bredni.- warknęłam, idąc dalej po plaży.
- Możesz sobie mówić co chcesz, ale ja wiem swoje.- rzekł próbując dotrzymać mi kroku.
- Daj mi spokój.- powiedziałam ze złością.
- Rozgryzłem Cię. Nie ukryjesz tego przede mną.- upierał się dalej Wally.
- Niby czego?- prychnęłam, myśląc jakim Wally jest kretynem.
- Tego, że na mnie lecisz.- rzekł z przekąsem. Przystanęłam gwałtownie patrząc na niego z niedowierzaniem.
- Chyba śnisz!- fuknęłam.
- A może Ty?- zakpił Wally. Pokręciłam głową i bez słowa go minęłam. Po kilku krokach Wally zawołał za mną:- Czyli się przyznajesz?
- Nigdy w życiu!- warknęłam.
- A jednak. Wybacz złotko, ale raczej nie wiąże się na stałe. Zwłaszcza z kimś, kto jest jak wrzód na tyłku.- powiedział Wally dumnym głosem, już chciałam na niego wrzasnąć, lecz po chwili dodał.- Poza tym jesteś dla mnie za młoda.
- Jaka strata, chyba się załamię!- zadrwiłam.- Skończ z tymi głupotami!
- A ja myślę, że jednak coś w tym jest.- powiedział doganiając mnie.
- Wiesz, że jesteś żałosny? Nawet na moment nie możesz dać mi spokoju?- spytałam ze złością.
- Mogę, ale pewnie byś tego nie chciała.- rzekł uśmiechając się kpiąco.
- Skończ z tymi swoimi gierkami.- mruknęłam zniecierpliwiona.
- To nie są żadne gierki. Ty chcesz wiedzieć jak mam na imię, ja chcę wiedzieć co czujesz. To prosta wymiana informacji.- zakpił Wally.
- Chcesz wiedzieć co do Ciebie czuję? Odrazę. Coś co mnie odrzuca od Ciebie.- warknęłam.
- Nie...to nie to. To raczej coś co Cie przyciąga do mnie.- rzekł kręcąc głową.
- Mów sobie co chcesz. Nie tknęłabym Cię nawet patykiem.- powiedziałam, naśladując jego głos i to co powiedział kiedyś o mnie. Chyba dostrzegł podobieństwo.
- No dobra, skoro się upierasz.- westchnął.- Dam Ci spokój.
- Dziękuję Ci za twą łaskę.- prychnęłam, biegnąć dalej i zostawiając go za sobą.
- Dalej chcesz wiedzieć jak mam na imię?- zawołał za mną. Przystanęłam nie patrząc w jego stronę.
- Za jakie grzechy?- jęknęłam sama do siebie, po czym odwróciłam się.- Przecież nie powiedziałam Ci tego co chcesz wiedzieć.
- Spoko, i tak już to wiem.- powiedział podchodząc do mnie.
- Tak...Ty i ta twoja głupia teoria...przykro mi, ale jest błędna.- powiedziałam wyniośle. Wally nie odpowiedział tylko szybko zbliżył się do mnie, podobnie jak kiedyś w samochodzie, tak że serce poskoczyło mi do gardła, a całe ciało przeszył dreszcz.
- Mam na imię Darren i doskonale wiem co Ci chodzi po głowie.- szepnął mi do ucha, po czym odsunął się ode mnie, badając moją reakcję. Na pewno zauważył, że przyspieszył mi się oddech i drżę na całym ciele. Wally mógłby być seryjnym mordercą. Pasowałby idealnie.
- Hmm...Darren.- odezwałam się, gdy wróciła mi mowa.- Brzmi tak ludzko.
- Tylko nie próbuj tak do mnie mówić. Zrobiłem to, by zaspokoić twą ciekawość.- rzekł groźnie.
- Mogę zrobić z tą informacją co zechcę.- zagroziłam.
- Podobnie jak ja.- odgryzł się.
- I zapewniam Cię, nie masz kompletnie pojęcia co mi chodzi po głowie.- poinformowałam go.
- A ja zapewniam Cię, że się mylisz.- powiedział odchodząc, a ja mogłabym przysiąc, że zanim się odwrócił puścił mi oko.
- To na razie Darren!- zawołałam za nim, śmiejąc się sama do siebie.
- Kate, jak mogłaś powiedzieć chłopakom o Darrenie?!- wybuchnęłam wpadając do mieszkania, zaraz po spotkaniu z Kylem i Vincem. Kate siedząca przed telewizorem, z maseczką na twarzy i w szlafroku popatrzyła na mnie jakbym była z innej planety.
- O kim?- spytała zdziwiona.
- Uhm...miałam na myśli Wally'ego.- pokręciłam głową.
- A co, to była jakaś tajemnica?- dopytywała się, sącząc czerwone wino.
- Tak jakby! A tak właściwie, to skąd o tym wiedziałaś?- drążyłam dalej.
- O waszym romantycznym wypadzie? Od Wally'ego, sam do mnie dzwonił i mówił, że straciłaś przytomność.- wyjaśniła Kate.- Co się właściwie stało? Znowu te twoje dziwactwa?
- To nie był żaden romantyczny wypad!- powiedziałam ze złością i opowiedziałam jej o wszystkim.
- To Ty masz brata?- wypaliła, gdy skończyłam swoją opowieść.
- Na to wygląda.- westchnęłam, opadając obok niej na kanapie.- A najgorsze jest to, że nie wiem jak go odnaleźć.
- Na pewno tego chcesz? Przewrócisz mu życie do góry nogami.- zauważyła Kate.
- Czyli będzie w takiej samej sytuacji jak ja.- dodałam.
- Dlaczego wcześniej mi tego wszystkiego nie opowiedziałaś? Minął już tydzień!- zezłościła się Kate.
- Nie wiem...to było za wcześnie...a poza tym ostatnio rzadko widuję Cię w domu.- mruknęłam.
- No cóż, ja nie posiadam takiego przywileju, że mogę pracować w domu.- odrzekła Kate, nalewając mi wina.- Pamiętasz kiedy twoim jedynym problemem było to, że Sam Cię olewa?
- To były czasy...a teraz? Sajgon w pracy, terror Wally'ego, strata rodziców, zaginiony brat, do tego zajmowanie się Tobą i bycie śledzoną.- wyliczałam, popijając wino.
- No z tym zajmowaniem to trochę przesadziłaś.- oburzyła się Kate, dając mi sójkę w bok.- Zaraz, zaraz...mówiłaś, że ktoś Cię śledzi?
- Eee...no tak, nie mówiłam Ci?- spytałam z miną niewiniątka.
- Nie! Czy ja o wszystkim muszę dowiadywać się ostatnia?!- powiedziała obrażonym tonem.- Jest jeszcze coś o czym muszę wiedzieć?
- Jakoś wyleciało mi to z głowy.- próbowałam się wytłumaczyć.- Już nic nie będę ukrywać.
- Mam nadzieję.- uspokoiła się Kate.- Co to znaczy, że Cię ktoś śledzi?
- No wiesz, często chodzi za mną jakiś mężczyzna, ktoś robił mi zdjęcia.- powiedziałam wymijająco. Nie chciałam zdradzać jej zbyt wiele szczegółów.
- To poważna sprawa. Musisz wezwać policję!- przestraszyła się Kate.
- Odbiło Ci?! I niby co im powiem? Przecież nie wiem kim on jest i zawsze niespodziewanie znika, gdy go zauważę. Może w końcu to się jakoś rozwiąże.- wzruszyłam ramionami.
- Tak się to skończy, że Cie napadnie!- powiedziała Kate złowrogim głosem.
- Przestań krakać, może nie ma złych zamiarów.- uspokajałam ją, chodź sama miałam stracha.
- Od kiedy jak ktoś Cie śledzi, nie ma złych zamiarów?- powiedziała z niedowierzaniem Kate.- Nie możesz już nigdzie chodzić sama! Trzeba znaleźć osobę, która będzie wszędzie z tobą chodzić, szczególnie po zmroku. Może ten Wally by się zgodził? Jest taki umięśniony...
- To już wolę zostać napadnięta.- powiedziałam zrezygnowana. Po ostatnim spotkaniu, mam serdecznie dość Wally'ego. Dobrze, że nie widuję go zbyt często.
- Przecież on nie może być aż tak zły. Takie ciacho...- rozmarzyła się Kate.
- Jutro będziesz go miała nadmiar.- prychnęłam.
- No tak, jego urodziny...co by mu kupić.- zastanawiała się Kate z rozanielonym wyrazem twarzy. O cholera...prezent...
- Czy Ty aby nie przesadzasz? Przypominam Ci, że masz chłopaka.- powiedziałam ostrzegawczym tonem.
- A tak, Carl...idę dzisiaj do niego.- westchnęła Kate.- Chodź wolałabym Wally'ego w moim łóżku.
- Udam, że tego nie słyszałam.- skrzywiłam się.
- Przecież mówiłam Ci, że będę do niego uderzać. Od jakiegoś czasu mam go na celowniku.- Kate zachichotała, co tylko mnie rozgniewało.
- A ja mówiłam Ci, że nie masz u niego szans. Nikt nie ma.-warknęłam.
- Kolejne wyzwanie przede mną.- ucieszyła się Kate, zacierając ręce.- Jutro pokażę co potrafię!
- Świetnie, rób co chcesz. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.- rzekłam oschle wstając z kanapy.- Czyli mam dzisiaj wolny wieczór?
- Tak, wrócę w południe, trochę się ogarnę i wieczorem impreza, no nie?- ucieszyła się Kate.
- Już się boję.- powiedziałam.- Idę się położyć.
- Ok, ja za niedługo wychodzę. Zobaczymy się rano.- pożegnała się Kate, a ja poszłam do swojego pokoju.
Opadłam na łóżko wzdychając ciężko. Kyle dopiekł mi dzisiaj niemiłosiernie. Kilka głupich słów potrafi niesamowicie zranić człowieka. Skoro tak bardzo nie pasuję mu, że się widuję z Wallym, to dlaczego chciał bym go jutro wyciągnęła na tą imprezę? To bez sensu.
Wciąż miałam przed oczami wyraz twarzy Wally'ego, kiedy wmawiał mi, że mi się podoba. Nie wiem skąd on bierze podobne brednie. My się przecież nie cierpimy! Jedyne co się dzieje między nami to wzajemne zadawanie sobie bólu i upokorzenia. Ale jednak...istnieją momenty, kiedy Wally zdaje się posiadać cechy istoty ludzkiej. A czasami wręcz przeciwnie. Nie potrafiłam wyjaśnić samej sobie tego co się ze mną działo, gdy Darren znajdował się blisko mnie. Skąd te dreszcze na całym ciele i serce omal nie wyskakujące z piersi? Skąd ta złość, gdy Kate powiedziała mi, że ma na niego chrapkę? Chyba nie jestem zazdrosna?
Odwróciłam się na drugi bok, by uwolnić się od tych głupich myśli. Jednak powróciły one ze zdwojoną siłą. Musiałam przyznać przed samą sobą, że miał on coś w sobie, co mnie intrygowało. Ale żeby się zakochać? Nie, nie, to nie wchodzi w grę! Jedyne na co mam ochotę, to udusić go gołymi rękami!
Usłyszałam trzaskanie drzwiami i dźwięk przekręcanego klucza, co poinformowało mnie, że Kate już wyszła. Zerknęłam na zegarek, który wskazywał 22. To niemożliwe, że ten czas tak szybko leciał! Przyciągnęłam do siebie laptop i zabrałam się za dokańczanie zaległego artykułu o zamieszkach w metrze. Może było to nudne, ale przynajmniej mój umysł zajął się czymś innym niż Darrenem czy też moim bratem, którego nawet nie znałam. Zajęło mi to 4 godziny, w międzyczasie zdążyłam też zjeść kolację. Po godzinie 2 artykuł był gotowy, wystarczyło go tylko wydrukować. Postanowiłam zrobić to następnego dnia w pracy, gdyż jedyne na co miałam teraz ochotę to upragniony sen. Zabrałam się więc za ścielenie łóżka, kiedy niespodziewanie rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Kto mógł dzwonić o tej porze? Ostrożnie podeszłam do drzwi i je otworzyłam. Przede mną stał nikt inny tylko Darren. Stał to za dużo powiedziane, on ledwo trzymał się na nogach, trzymając się kurczowo futryny drzwi.
- Darren? Co Ty tutaj robisz? Dochodzi trzecia w nocy?- spytałam szeptem, by nie obudzić sąsiadów.
- Miałaś nie mówić na mnie Darren...- wymamrotał niewyraźnym głosem, tak że ledwo go zrozumiałam. Poczułam silny zapach alkoholu
- Jesteś pijany.- powiedziałam cicho patrząc na niego chłodno.
- Brawo Jessie, trafne spostrzeżenie.- zaśmiał się sam do siebie.
- Zamknij się, obudzisz sąsiadów.- próbowałam go uciszyć.- Czego chcesz?
- Chciałem Cie przeprosić za to co ostatnio mówiłem...zachowywałem się jak palant.- wyjąkał.
- To już nie pierwszy raz. Wchodź do środka, bo będę mieć przez Ciebie kłopoty.- szepnęłam pomagając mu wejść do środka. Z trudem zaprowadziłam go do kanapy, na którą opadł ciężko. Zamknęłam z powrotem drzwi i spojrzałam na niego. To, że reprezentował obraz nędzy i rozpaczy było wiadome, ale nawet wtedy był bardzo przystojny. Że też wcześniej tego nie zauważyłam.
- Potrzebujesz czegoś?- spytałam podchodząc do niego.- Coś do picia, do jedzenia, może od bólu głowy?
- Jesteś cudowna...tyle złego Ci powiedziałem, a Ty mimo to chcesz mi pomóc...złota dziewczyna...- wymamrotał Darren chichocząc.
- Albo głupia.- dodałam.
- Pewnie tak, skoro wpuściłaś do swojego domu kogoś takiego jak ja.- prychnął Darren.
- Już nie dramatyzuj. Czekaj przyniosę Ci wody.- powiedziałam zrezygnowana przechodząc do kuchni. Słyszałam, że Darren nadal mamrotał coś do siebie. Faktycznie jest palantem.
- Proszę.- mruknęłam podając mu szklankę.
- Nie masz nic mocniejszego?- spytał unosząc brwi.
- Chyba na dzisiaj Ci wystarczy.- zauważyłam, wpychając mu szklankę do ręki. Wypił wodę krzywiąc się.
- Może i tak, ale czasami to najlepsze lekarstwo.- rzekł wpatrując się w pustą szklankę.
- Na co?- spytałam.
- Na rzeczywistość.- odrzekł.
- Coś w tym jest.- przyznałam.
- Wybaczysz mi za to jaki byłem? Poprawie się.- jęknął Darren.
- Daj spokój. Możesz sobie mówić co chcesz.- wzruszyłam ramionami.- Jakoś nigdy nie obchodziło Cię to czy to co powiesz mnie zrani w jakikolwiek sposób.
- Obchodzi mnie.- powiedział rozglądając się wokół, jakby tracił kontakt z otoczeniem.
- A to niespodzianka.- zadrwiłam.
- Wiem, że mnie nienawidzisz.- powiedział.- I nie dziwię się. Taki już jestem...zimny drań.
- Nie jest tak źle. Przywykłam.- powiedziałam chłodno.
- To wszystko przez Jen, to ona ze mnie zrobiła to kim jestem.- wymamrotał patrząc tępo w przestrzeń.
- Kto?- spytałam.
- Że co?- zdziwił się Wally.
- Kim jest Jen?- uściśliłam.
- Ja...nie wiem.- mruknął, patrząc na mnie.- Ale Ty jesteś piękna Jen...
- Jessie.- poprawiłam go, ale Darren nie reagował na to co mówię.- Dobra, czas spać.
To powiedziawszy położyłam go na kanapie, zdejmując mu kurtkę i buty i przykrywając go kocem. Darren prawie od razu zasnął, co chwila mamrocząc coś pod nosem. Westchnęłam ciężko. Zastanawiałam się, gdzie się tak urządził. Zaniosłam jego buty i kurtkę do przedpokoju. Gdy wieszałam ją na wieszaku, zauważyłam, że coś wystaje z kieszeni. Wyciągnęłam stamtąd kilkanaście kolorowych karteczek na których napisane były numery telefonu różnych dziewczyn. Nie znalazłam jednak wśród nich żadnej Jen. Schowałam je z powrotem do kieszeni, w której znalazłam coś jeszcze. Był to mały przezroczysty woreczek z jakimś białym proszkiem w środku. Nie musiałam się długo zastanawiać nad tym co to jest.
- Cholera...w coś ty się znowu wpakował.- powiedziałam zaskoczona, patrząc w jego stronę i chowając woreczek, tak gdzie go znalazłam. Weszłam do salonu i przyjrzałam się Darrenowi. Nie mogłam uwierzyć, że ćpa. Czy Vince i Kyle o tym wiedzą? A może robią to razem? Nawet nie chciałam o tym myśleć. Fakt, to imprezowicze, ale że aż tak? Darren był taki niewinny, gdy spał. Przynajmniej nie robił mi na złość. Zbliżyłam się do niego i pogładziłam go po policzku, odgarniając mu włosy z czoła. Co się ze mną dzieję?! Szybko cofnęłam rękę i potrząsnęłam głową.
Zegar w kuchni poinformował mnie, że jest 3 nad ranem, dlatego udałam się do pokoju. Za dużo tego Darrena czy też Wally'ego jak na ten tydzień, pomyślałam kładąc się spać.
Rano o 7.30 obudził mnie telefon od koleżanki z pracy, która chciała się dowiedzieć czy skończyłam artykuł. Poinformowałam ją, że za niedługo będę w pracy, po czym wstałam z łóżka.
- O matko!- jęknęłam przestraszona wychodząc z pokoju i widząc Wally'ego. Zupełnie o nim zapomniałam! Spał sobie w najlepsze i nawet mnie nie usłyszał. Skorzystałam więc z okazji, wzięłam prysznic i ubrałam się. Nie miałam już czasu na śniadanie, gdyż musiałam jak najszybciej udać się do redakcji. Nie wiedziałam tylko jak obudzić Darrena. Pochyliłam się nad nim i przyjrzałam się mu. Nie miałam serca go budzić, więc postanowiłam go tutaj zostawić do czasu gdy nie wrócę z powrotem. On pewnie wylałby na mnie kubeł zimnej wody, ale widocznie ja jestem za dobra dla niego. Szybko zostawię szefowi artykuł i już wracam z powrotem.
10 minut później jak szalona wypadłam do biura szefa, który popatrzył na mnie jak na wariatkę.
- Willys czy Ty zawsze jesteś taka roztrzepana?- pokręcił głową. Typowe. Jesteś spóźniona – źle, jesteś przed czasem – jeszcze gorzej.
- To mój artykuł.- wysapałam kładąc go na biurku. Dobrze, że zdążyłam go wydrukować. Szef zerknął na tekst i uniósł brwi.
- Zdążyłaś, brawo. Przejrzę go i zadzwonię z kolejnym tekstem.- rzekł krótko.- Na razie jesteś wolna.
Kiwnęłam głową i wyszłam z jego biura. Przynajmniej na razie mam chwilę wytchnienia. Pomijając jeszcze jeden zaległy artykuł do napisania. Ale na to mam jeszcze 2 dni. Zastanawiałam się czy Darren już się obudził, ale to było mało prawdopodobne o 8 rano.
Po drodze do domu zrobiłam jeszcze zakupy, gdyż domyśliłam się, że po ciężkiej nocy zastanę w mieszkaniu głodomora-giganta. I tak obładowana warzywami i innymi zakupami, zaczęłam wspinaczkę po schodach do mojego mieszkania. Oczywiście nie korzystałam z windy, gdyż ciągle o niej zapominałam. Na palcach weszłam do mieszkania. Okazało się, że Darren jeszcze śpi. Leżał na brzuchu prawie całkowicie przysłonięty kocem. W mieszkaniu było całkiem cicho, jedynymi odgłosami które dało się słyszeć, były stłumione oddechy Darrena i tykający zegar kuchenny.
Zaniosłam zakupy do kuchni i poszłam się przebrać. Zarzuciłam na siebie krótkie jeansowe spodenki i czerwoną bluzkę na krótkich ramiączkach.
Wracając do kuchni zastanawiałam się nad tym co zrobić na śniadanie. Zdecydowałam się na omlet z pomidorami, gdyż kupiłam dziś dorodne pomidory w pobliskim warzywniaku. Tylko czy moja kuchnia dorówna kuchni Darrena? Może być ciężko.
Zabrałam się do roboty, nie zwracając już uwagi na Darrena. Najpierw sparzyłam i obrałam ze skórki 3 pomidory, które następnie pokroiłam na plasterki. Potem z 2 jajek oddzieliłam białka od żółtek, z czego białka ubiłam na sztywno, a żółtka roztrzepałam z mlekiem. Wszystko dokładnie wymieszałam dodając majeranek, oregano, bazylię, sól i pieprz do smaku. Zioła wzięłam z mojego małego zielnika, który hodowałam w doniczkach na parapecie. Już sam ich zapach wprawiał mnie w dobry nastrój i zawrót głowy. Prawie jak perfumy Wally'ego. O nie...to było nie na miejscu. Może zapomnijmy o tym niemiłym incydencie.
Zabrałam się za ścieranie żółtego sera przez tarkę, kiedy usłyszałam jęki dochodzące z salonu. Zaletą otwartej kuchni jest to, że od razu widać i słychać co dzieję się w salonie. Zerknęłam tam i zobaczyłam, jak Darren próbuje się podnieść na łokciach z kanapy, ale chyba niezbyt mu to wychodzi. Zachichotałam.
- Gdzie ja do cholery jestem?!- jęknął Darren, wyłaniając się w końcu spod koca. Chwycił się za głowę i spojrzał w moją stronę. - A niech mnie...
- Tak, wygląda na to, że umarłeś i trafiłeś do...piekła.- zadrwiłam. Darren skrzywił się i usiadł na kanapie.
- Ja to mam fart.- mruknął kwaśno.- Co ja tu robię?
- Nie wiem. O 2 nad ranem zacząłeś walić na moje drzwi, więc musiałam Cię wpuścić.- wzruszyłam ramionami.
- No to zabalowałem. Nawet nie pamiętam jak tu dotarłem.- rzekł chwytając się za głowę.
- I jeszcze mnie musiałeś nawiedzać.- pokręciłam głową.
- Gadałem jakieś głupoty?- spytał podejrzliwie.
- Hmm...nic szczególnego...tylko, że jestem cudowna czy coś w tym stylu.- powiedziałam patrząc na niego kpiąco.
- Widać, że byłem zalany w trupa.- chłopak pokręcił głową.- Na trzeźwo bym tak nie powiedział.
- Jasne.- warknęłam.
- Coś jeszcze?- dopytywał się.
- Zacząłeś mnie za coś przepraszać...i pomyliłeś mnie z jakąś Jen.- powiedziałam, wylewając omlet na patelnię i kładąc na nim plasterki pomidora i starty ser. Darren momentalnie zbladł, choć w jego przypadku myślałam, że już bardziej się nie da.- Coś nie tak?
- Nie, nie. Jak zwykle głupoty gadałem.- powiedział z nutką zdenerwowania w głosie.
- Nie da się ukryć.- mruknęłam, chodź zdziwiło mnie jego zachowanie. Odwróciłam omlet na drugą stronę na patelni, by przypiekł się z drugiej strony.
- Co robisz?- spytał przyglądając mi się.
- Śniadanie.- mruknęłam, przenosząc omlet na talerz.- Może chcesz kawy?
- Wolałbym coś od bólu głowy.- jęknął.
- Da się załatwić, ale najpierw coś zjesz.- powiedziałam stanowczo przynosząc mu talerz i szklankę soku pomarańczowego.
- Dziewczyno, ja ledwo żyję.- jęknął Darren, ale popatrzył z zaciekawieniem na talerz.
- Musisz coś zjeść, od razu lepiej się poczujesz.- zapewniłam go wracając do kuchni i zdejmując drugi omlet z patelni. Chwilę jeszcze krzątałam się po kuchni sprzątając bałagan, który tam zostawiłam. Zerknęłam dyskretnie na Darrena. Lustrował moje długie, opalone nogi i uniósł brwi.
- Masz jakiś problem?- spytałam ostro, po czym dołączyłam do Darrena przy stole.
- Nie, po prostu dopiero teraz zauważyłem, że masz ciało.- zadrwił chłopak. Zmierzyłam go nienawistnym spojrzeniem.
- To ma być komplement czy kolejna twoja drwina?- fuknęłam.
- Sam nie wiem. Na jedno wychodzi.- wzruszył ramionami, zabierając się za jedzenie. Chwilę nic nie mówił, po czym dodał.- Chyba jedynie w kuchni jesteś dla mnie godnym przeciwnikiem.
- Jeszcze nie raz Cię zaskoczę.- powiedziałam z uśmiechem. Darren spojrzał na mnie, ale nic nie powiedział.
Cholera, po co ja się przy nim tak zachowuję? Jakby mi na nim zależało. Jeszcze pomyśli, że jego głupia teoryjka jest prawdziwa. Właśnie złapałam się na tym, że dopuszczam do siebie taką możliwość, że jest tak jak mówi Darren. Głupia, głupia Jessie!