Przeszywał mnie strach i choć w myślach błagałam, by nie zrobił mi krzywdy, jakaś cząstka mnie chciała dowiedzieć się kim jest tajemniczy nieznajomy. Bałam się otworzyć oczy, ale nie chciałam wyjść na tchórza. Lekko uchyliłam jedno oko i tu spotkało mnie zaskoczenie. Przede mną nikogo nie było. Rozglądnęłam się dookoła, ale po czarnowłosym nie było ani śladu. Pokręciłam z niedowierzaniem głową i postukałam się w czoło. Chyba dzieje się ze mną coś niedobrego. Chwiejnym krokiem wróciłam do stolika, przy którym Vince i Kyle siłowali się na ręce. Usiadłam ostrożnie na taborecie, chłopaki nawet nie zauważyli kiedy wróciłam. Nie rozumiałam tego co się stało. W jednej chwili stał przede mną, byliśmy oddaleni od siebie jedynie o kilka metrów, a w następnej po prostu rozpłynął się w powietrzu. O wielu tygodni go widuję, albo przynajmniej tak mi się wydaje. Może nie ma złych zamiarów? Może chce mi powiedzieć coś ważnego? Skoro tak jest to czemu wcześniej się nie odezwał? To wszystko jest zbyt tajemnicze. Nie tego chciałam po przyjeździe tutaj.
Westchnęłam ciężko i wzięłam łyk piwa. Chciałam z kimś o tym pogadać, ale nie z Kate czy Samem. Z kimś kto nie zna mnie tak dobrze, z kimś kto stoi z boku i potrafiłby obiektywnie spojrzeć na tę sytuację.
- Hej śpiąca królewno, o czym tak rozmyślasz?- spytał wesoło Vince, machając mi ręką przed twarzą.
- Albo o kim.- dodał cicho Kyle. Posłałam mu ostre spojrzenie, ale na szczęście Vince tego nie zauważył.
- A jakoś tak się zamyśliłam.- odparłam z wymuszonym uśmiechem.
- Trochę Ci to zajęło, jest po 22.- zakpił Vince.
- Naprawdę? To ja chyba będę się zbierać.- powiedziałam wstając od stołu.
- Poczekaj, odprowadzimy Cię.- zapewnił Vince.
- Nie dzięki, ale chce się przejść. Mam trochę spraw do przemyślenia.- wyjaśniłam. Vince zrobił swoją dobrze mi znaną zawiedzioną minę. Nie chciałam sprawiać mu tyle przykrości.
- Jessie, jest już późno...- powiedział Kyle.- Lepiej żebyś nie szła sama.
- Przecież to kawałek, zaraz będę w domu. Nie martwcie się.- zapewniłam ich, po czym wyszłam ze Star.
Tego wieczoru wydarzyło się zbyt wiele dziwnych rzeczy. Zastanawiałam co dzieje się z Kate, wyszła 3 godziny temu. Zerknęłam na zegarek - jego leniwie przesuwające się wskazówki wskazywały 20 minut po dziesiątej. Postanowiłam się przejść, dlatego wybrałam dłuższą drogę do domu. Szłam ulicą, przyglądając się wystawom mijanych sklepów. Mimo tak późnej godziny, było na niej wielu przechodniów. Nowy Jork to faktycznie miasto które nigdy nie śpi. Weszłam właśnie do ciemnego parku. Każda normalna dziewczyna pewnie bałaby się, że ktoś wyskoczy na nią z krzaków i napadnie, ale nie ja. Są gorsze rzeczy. Pamiętam jak kiedyś, jeszcze w Los Angeles, wracałam późnym wieczorem od koleżanki i nagle poczułam, że ktoś za mną idzie. Wystraszyłam się, że może mieć złe zamiary. Potem się okazało, ze to Sam chciał mnie nastraszyć. Panicznie się wtedy wystraszyłam, ale od tego czasu nie boję się samotnych spacerów w środku nocy. Może dlatego, bo mam nadzieję, że to właśnie Sam wyskoczy na mnie znienacka. Tylko nie to, znowu zaczęłam o nim myśleć. Muszę przestać! Nagle usłyszałam czyjeś kroki w oddali, ale gdy się odwróciłam nikogo nie zauważyłam. Przyspieszyłam kroku.
Doszłam właśnie do bloku w którym mieszkałam. Zamyślona, nawet nie pamiętam kiedy weszłam do windy. Nie zauważyłam, że wywiozła mnie na ostatnie piętro. Wyszłam więc by się rozejrzeć. Po swojej prawej stronie zauważyłam drabinę na dach. Ciekawość popchnęła mnie w jej stronę. Moim oczom ukazał się wspaniały widok panoramy miasta zza rzeki Hudson. Aż mi dech zaparło w piersiach. To było to. Miejsce, którego tak szukałam. Trudno w takim miejscu nie mieć inspiracji. Usiadłam na gzymsie i jakiś czas rozkoszowałam się pięknem tego miejsca. W końcu jednak udałam się do naszego mieszkania, gdyż zaczęło robić się zimno.
W środku nikogo nie było. Widocznie Kate nie ma zamiaru wracać dziś do domu. Zdjęłam buty, rzuciłam klucze na stół i weszłam do kuchni. Zaparzyłam sobie gorącą kawę i weszłam do pokoju gościnnego, gdzie czekała mnie niespodzianka. Wszystkie moje rzeczy, pudła po prostu zniknęły! Zdenerwowałam się, gdyż na pewno Kate maczała w tym palce. Co za egoistka! Nie mogła poczekać, aż skończę remont? Na pewno powrzucała wszystkie rzeczy do mojego pokoju! Wkurzona weszłam tam i stanęłam jak wryta. Wszystkie ściany łącznie z sufitem były schludnie pomalowane na mój ulubiony granatowy kolor, dziury w ścianie załatane, meble i moje rzeczy były poukładane tam gdzie powinny być i nigdzie ani jednej plamki. Szczęka mi opadła i nie mogłam otrząsnąć się z szoku. Kto to zrobił? Kate? Nie, to niemożliwe. Vince i Kyle też nie, przecież byli ze mną całe popołudnie i wieczór. Sam? No nie, dziewczyno, nie przesadzaj! Pewnie pod moją nieobecność Kate wezwała ekipę remontową. Uśmiechnęłam się i padłam na łóżko, rozkładając się na nim wygodnie. Ten okropny dzień nie skończył się jednak tak najgorzej. Tak się cieszę, że nie muszę się już przejmować remontem!
Aż podskoczyłam, gdy usłyszałam dźwięk telefonu dobiegający z mojej torebki. Zerwałam się z łóżka i odebrałam połączenie od nieznanego mi numeru.
- Tak?
- Jessie, tutaj Mark. Mam nadzieje, że Cię nie obudziłem.- usłyszałam w słuchawce jego głos.
- Nie, dopiero wróciłam do domu. Znalazłeś coś?- zaciekawiłam się.
- Tak, znalazłem 6 domów dziecka na terenie nowego Jorku. 4 z nich wciąż działają, a nazwa „Greendale” to po prostu jeden z nich. Wysłałem Ci mailem ich adresy i dokładniejsze dane.- wyjaśnił Mark.
- Wielkie dzięki!- ucieszyłam się.
- Nie ma sprawy, cieszę się że mogłem pomóc.- rzekł bez entuzjazmu.
- Jakbyś potrzebował przysługi, to chętnie się odwdzięczę.- zapewniłam go.
- Ok, będę pamiętać. Mam jeszcze dużo pracy, dlatego będę kończył. Miłego wieczoru.- pożegnał się Mark.
- Jeszcze raz dziękuje, dobranoc.- rozłączyłam się.
Mark był jaki był, ale bardzo mi pomógł. Szybko włączyłam komputer i weszłam na swoją pocztę. Tak jak powiedział Mark, 4 domy dziecka dalej działały, ale mnie interesował tylko Greendale. Z kieszeni kurtki wyciągnęłam starą fotografię, z którą się nie rozstaję. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, może się okazać, że to właśnie ja jestem na tej fotografii. Ale kto mi ją zrobił? Jak długo tam byłam, czy było mi tam dobrze? Kto wie, może niebawem się dowiem. Swoją przygodę zaczynam jutro. Już teraz rozpoczęłam przygotowania. Do torebki spakowałam wszystkie najpotrzebniejsze przedmioty, ale wciąż brakowało mi aparatu, który został w Los Angeles i mapy Nowego Jorku. Muszę je jakoś zdobyć. Czeka mnie jutro wczesna pobudka.
- Vince, Kyle otwórzcie! Musicie mi pomóc!- powiedziałam, uderzając do drzwi ich mieszkania. Była 7 rano, chciałam wyjechać jak najwcześniej, dlatego musiałam pożyczyć od chłopaków to czego mi brakowało. Nikt mi jednak nie otwierał. To niemożliwe, że mnie nie słyszeli.
- Cholera...- przeklęłam pod nosem schodząc na dół, gdy nagle usłyszałam, że ktoś mnie woła.
- Jessie, to Ty?- odwróciłam się z nadzieją i wbiegłam z powrotem na górę. To co tam zastałam, nie było tym czego się spodziewałam. W drzwiach stał Wally, oparty nonszalancko o framugę, ubrany był w niebieską koszulę z krótkim rękawem rozpiętą po połowy i czarne spodnie.- Co tu robisz o tej porze?
- Ja...ja miałam nadzieję, że zastanę chłopaków...- wymamrotałam gapiąc się na jego umięśnione ciało.
- A ja to niby kto?- prychnął wyniośle.
- No...- zaczęłam, ale Wally mi przerwał.
- Nie ma ich, poszli na jakąś imprezę jak zwykle. Pewnie wrócą po południu.- Wally wzruszył ramionami.- A co, potrzebujesz czegoś?
- Nie, przyjdę kiedy indziej.- mruknęłam schodząc na dół. Wally jednak mnie zatrzymał, chwytając mnie za ramię.
- Poczekaj. O co chodzi? Może ja Ci mogę pomóc?- spytał.
- Ty? Chcesz mi pomóc?- prychnęłam.
- Tak Cię to dziwi?- warknął.
- Szczerze mówiąc to tak. Próbuje znaleźć haczyk, przecież zawsze tylko próbujesz mnie zmieszać z błotem.- rzekłam sucho. Wally przyjrzał mi się uważnie.
- Naprawdę tylko takie masz o mnie zdanie?- spytał unosząc brwi.
- Nie...to znaczy tak...nie wiem.- unikałam odpowiedzi. Chciałam się mu wyrwać i uciec stąd, ale moje nogi jakby wrosły w schody.
- To może jednak wejdziesz?- zaproponował. Przygryzłam nerwowo wargę, zastanawiając się nad tym.- No dalej, przecież nie gryzę.
- Z tym to bym się nie zgodziła.- powiedziałam niepewnie, ale w końcu weszłam do ich mieszkania. Standardowo weszłam do kuchni i zajęłam moje ulubione miejsce przy stole. Wally wszedł zaraz za mną i zaczął dokańczać śniadanie.
- Może jesteś głodna?- zaproponował.
- Ty gotujesz?- zdziwiłam się.
- A co, myślałaś, że tylko Kyle ma prawo gotować?- spytał chłodno. Kiwnęłam głową.- Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz.
- Bardzo możliwe.- przyznałam, patrząc jak kroi cebulę, a następnie wrzuca ją na patelnię.
- No więc?- odezwał się znienacka, aż podskoczyłam.
- Co, no więc?- zdziwiłam się.
- Co Cię tu sprowadza?- wyjaśnił z lekkim zniecierpliwieniem.
- A no tak...chciałam pożyczyć kilka rzeczy.- powiedziałam.
- Co konkretnie?- dopytywał się Wally.
- Aparat i mapę Nowego Jorku.- rzuciłam bez ogródek.
- Hmmm...tego się nie spodziewałem, ale da się załatwić.- powiedział krótko Wally.
- Nie ciekawi Cię do czego mi potrzebne?- zapytałam.
- Wiesz, nie to, że nie jestem wścibski...
-...ale nie interesuje Cię prywatne życie obcych ludzi.- dokończyłam za niego.- Już mi to kiedyś mówiłeś.
- Niby tak, ale po prostu nie lubię się wtrącać. Chyba, że ktoś sam chce się zwierzyć. To inna sprawa.- wyjaśnił, patrząc na mnie znacząco.
- Myślisz, że mam się z czego zwierzać?- uniosłam brwi.
- Jestem co do tego przekonany.- rzekł pewny siebie.
- Czemu?- pociągnęłam temat.
- Jesteś najbardziej niezrównoważoną, zagubioną i niepoukładaną dziewczyną jaka znam.- powiedział bez ogródek.
- Wielkie dzięki.- mruknęłam kwaśno.
- To niekoniecznie musi oznaczać coś złego. Choć w Twoim przypadku...chyba jednak tak.- zakpił Wally.- Jestem dobrym obserwatorem. Dodam też nieskromnie, że dobrze interpretuję ludzkie zachowania.
- Czyli w Twoim towarzystwie nikt nie jest bezpieczny?- wywnioskowałam po chwili.
- Z całą pewnością.- powiedział z kpiącym uśmieszkiem. Wally odwrócił się i położył przede mną talerz z gorącym omletem.
- Ale ja...przecież nie mówiłam, że jestem głodna.- wyjąkałam zaskoczona.
- Twoje burczenie w brzuchu słyszałem już na klatce schodowej, zanim tu weszłaś. Aż mi ulżyło, bo myślałem już, że Manhattan się sypie.- zadrwił. Zmieszałam się lekko i chyba po raz pierwszy nie potrafiłam mu się odgryźć. Wally chyba tez to zauważył, bo czekał na moją reakcję, ale po chwili zajął się swoim talerzem. Musiałam przyznać, że omlet pachniał bardzo smakowicie. A jak smakował...po prostu niebo w gębie! W momencie gdy o tym pomyślałam chłopak spojrzał na mnie, a ja omal się nie zakrztusiłam, próbując unikać jego spojrzenia.
- Ostrożnie sieroto, bo trzeba będzie Cię reanimować.- skomentował to Wally. Rzuciłam mu wściekłe spojrzenie.
- Obejdzie się.- mruknęłam ze złością.
- Nie to nie. Ale musisz wiedzieć, że robię świetne usta-usta.- dodał jak gdyby nigdy nic. Popatrzyłam na niego zaskoczona, ale on tylko posłał mi kpiące spojrzenie.
- Kim jesteś i co zrobiłeś z Wallym?- rzuciłam trochę za ostro.
- Nie rozumiem.- zdziwił się.
- Brałeś coś czy co?- wybuchnęłam.
- Nie wiem o co Ci chodzi.- Wally ponownie zajął się swoim talerzem. Nie chciałam dać za wygraną, ale nie wiedziała co jeszcze powiedzieć. Coś przykuło moją uwagę. Dostrzegłam na jego twarzy lekkie cienie pod oczami. A może tylko mi się wydaje.
- Ciężka noc?- zagadnęłam. Chłopak odwrócił się do mnie i zobaczyłam jego zdziwiony wyraz twarzy. Teraz cienie pod jego oczami były bardziej wyraźne.
- Co? Nie...miałem kilka spraw do załatwienia, wróciłem późno. A tak właściwie, to czemu Ci się tłumaczę?- sam do siebie. Jasne, jasne...
- Widziałam wczoraj.- mruknęłam, spoglądając w stronę okna, stukając palcami o blat stołu.
- Cokolwiek widziałaś to nie jest Twoja sprawa.- warknął Wally.
- No ok, ale nie uważasz, że to nie w porządku tak olewać kumpli?- wytknęłam mu.
- O czym Ty mówisz?- spytał zaskoczony.
- Eee...a Ty?- Wally zbił mnie z tropu.- Przecież byłeś wczoraj w Star w tym samym czasie co ja , Kyle i Vince, ale nawet do nas nie podszedłeś.
- Aaa...o to Ci chodzi. Widziałem was, ale nie miałem wtedy czasu na pogawędki.- skwitował to Wally.
- Trzeba było od razu powiedzieć, że nie podszedłeś, bo nie miałeś ochoty na moje towarzystwo.- rzuciłam oschle.
- Wiem, że przeżyjesz teraz szok, ale nie zawsze chodzi o Ciebie.- warknął.- Nie jesteś pępkiem świata. Próbowałem załatwić nam występ w Star, ale przecież Ty zawsze lepiej wiesz, pani mądralińska.
- Jasne.- syknęłam ze złością.
- Albo wiesz co, niech będzie po Twojemu, tak będzie łatwiej. Może faktycznie nie miałem ochoty na Twoje towarzystwo.- rzekł obojętnym tonem.
- Nie wiem, co ja tu w ogóle robię. Muszę już iść, spieszę się.- powiedziałam, ruszając się z miejsca.
- Spoko, zaraz przyniosę Ci to czego potrzebujesz.- powiedział obojętnym tonem wstając od stołu i wkładając nasze talerze do zmywarki.
- Dzięki.- bąknęłam.
- Zaraz wracam.- rzekł wychodząc z kuchni. Sama skierowałam się do przedpokoju. Chwilę tam czekałam, a po chwili dołączył do mnie Wally, podając mi swój aparat i mapę.
- Jeszcze raz dziękuje.- powtórzyłam. Czułam się głupio, ze akurat jego musiałam prosić o pomoc. Poczułam także, że w ich ciasnym przedpokoju Wally stoi stanowczo za blisko mnie.
- Czegoś jeszcze Ci trzeba?- spytał pogodnym tonem.
- Nie, mam już wszystko.- zapewniłam, odsuwając się szybko.- Muszę lecieć, za 5 minut mam autobus.
- Ok, to na razie.- pożegnał się Wally, otwierając przede mną drzwi. Posłałam mu coś na kształt uśmiechu i zbiegłam szybko po schodach, prawie się potykając. Na samym dole przystanęłam, zastanawiając się nad czymś. Od kiedy Wally jest dla mnie taki miły? No ok, nie przesadzając, może nie był na tyle miły, co w miarę znośny. Może przechodzi jakąś metamorfozę...albo menopauzę. Parsknęłam śmiechem, ale przypomniało mi się, że się spieszę, więc puściłam się biegiem w stronę przystanku.
- Nie, nie, nie!- zawołałam wściekła, widząc jak mój autobus objeżdża beze mnie. Zdenerwowana chwyciłam się za głowę. Tylko nie to! Następny odjeżdża za 2 godziny! A tak bardzo mi zależało, by zdążyć ze wszystkim przed wieczorem! Teraz wszystko mi się opóźni. Nagle poczułam, że coś kapnęło mi na nos i spojrzałam w górę. No pięknie! Na dodatek zbiera się na deszcz.
- Ja to mam pecha.- powiedziałam na głos.
- Wiesz, że rozmowa z samym sobą to pierwsza oznaka szaleństwa?- usłyszałam tuż za swoimi plecami. Odwróciłam się, spojrzałam w górę i zobaczyłam Wally'ego.- Chodź u Ciebie to pewnie jedna z wielu.
- Co Ty tu robisz?- zdziwiłam się.
- Nie wiem czy wiesz, ale mieszkam w budynku obok.- rzekł z sarkazmem.
- Chodziło mi o to, dlaczego mnie śledzisz?- sprostowałam.
- Nie śledzę Cię, wybierałem się na zakupy.- prychnął wyniośle.- Och nie, czy mi się zdaję, czy Twój autobus odjechał właśnie w siną dal?
- Tak Cię to bawi? Bo mnie nie bardzo.- warknęłam niepocieszona.
- Jeśli ładnie poprosisz, to może Cię podwiozę. Gdziekolwiek się wybierasz.- zaoferował z dumą w głosie. Czy mi się wydaje czy on znowu chce mi pomóc? To jakiś żart?
- Nie dzięki. To sprawa, która zajmie mi kilka godzin, więc muszę sobie sama poradzić.- powiedziałam, chodź chciałam, by ktoś mi pomógł.- Poza tym nie zniżyłabym sie do tego poziomu, by Ciebie prosić o pomoc.
- No, no nie tak ostro. Kto wie, może jestem Twoją ostatnią deską ratunku.- zakpił.
- Nie sądzę.- warknęłam, patrząc na rozkład jazdy autobusów.
- To może chcesz pożyczyć samochód?- dodał po chwili.
- Żartujesz tak?- powiedziałam głośno.
- Wyglądam jakbym żartował?- odparł zniecierpliwiony.
- Chyba nie.- stwierdziłam.- Ale Ty nie chciałeś go pożyczyć nawet Kyle'owi. Czemu ze mną zrobisz wyjątek?
- Czy ja wiem...taki mam kaprys.- chłopak wzruszył ramionami.- Po prostu chcę pomóc.
- To raczej nie jest dobry pomysł.- stwierdziłam.
- Nie marudź, tylko chodź za mną!- powiedział znudzonym głosem Wally i pociągnął mnie za sobą. Oboje skierowaliśmy się w stronę parkingu. Moim oczom ukazało się czarne BMW Wally'ego, które zawsze robiło na mnie ogromne wrażenie.
- No nie wiem...może lepiej się nad tym zastanów.- powiedziałam niepewnie.
- O co Ci chodzi? Chyba umiesz prowadzić?- zdziwił się Wally.
- Jasne, że tak...ale jeszcze nie prowadziłam takiego cacka.- mruknęłam lekko zawstydzona.
- To dziś będziesz miała okazję.- rzekł nieskromnie, wyciągając w moją stronę kluczyki. Chwilę się zawahałam, ale w końcu wzięłam je od Wally'ego. Chłopak uśmiechnął się kpiąco, jak to miał w zwyczaju po czym dodał:- Tylko go nie rozbij, nie mam zamiaru wywalać fortuny na mechanika.
- Na Twoje szczęście nim jestem.- zagięłam go, szczerząc zęby.
- No proszę, proszę, kto by pomyślał.- Wally pokręcił głową z podziwem.- Dobrze, nie będę Ci zabierał więcej czasu, pewnie się spieszysz.
- Trochę tak. Wielkie dzięki za pomoc.- powiedziałam z wdzięcznością. Wally tylko kiwnął głową i wolnym krokiem odszedł w kierunku ulicy. Chwilę patrzyłam jak odchodzi, po czym odwróciłam się i zaczęłam lustrować każdy kawałeczek samochodu. Był świetny, choć nigdy nie podobały mi się takie. Miał klasę i z pewnością był szybki. Nie mogłam się doczekać by go wypróbować. Uśmiechnęłam się sama do siebie i weszłam do środka. Rozsiadłam się wygodnie na skórzanym fotelu i zapięłam pasy. Poczułam znajomy zapach per fumów Wally'ego, od którego zakręciło mi się w głowie. Opuszkami palców pogładziłam kierownicę i już miałam odpalić silnik, kiedy ktoś znienacka otworzył drzwi z mojej strony.
- Przesuń się złotko.- usłyszałam kpiący głos Wally'ego.
- Że co?- spytałam zaskoczona.
- Chyba nie myślałaś, że puszczę Cię samą nie wiadomo gdzie moim samochodem.- odparł patrząc na mnie.- Ja prowadzę.
- Ty wredny...- zaczęłam, ale Wally wypchnął mnie na siedzenie pasażera, tak że ledwo zdążyłam wypiąć się z pasów. Sam zajął miejsce kierowcy i uśmiechnął się.
- Kochanie wróciłem, nie martw się, nie oddał bym Cię w niepowołane ręce.- rzekł czule do samochodu. Popatrzyłam na niego oburzona, rozcierając obolałe ramię.
- Dość tego, wychodzę.- warknęłam i już miałam otworzyć drzwi, ale Wally jednym przyciskiem mi je zablokował. Spojrzałam na niego wściekła, ale on tylko się zaśmiał.- Nigdzie z Tobą nie jadę!
- Chyba nie masz wyboru.- stwierdził uśmiechając się kpiąco. Westchnęłam ciężko, opierając się o siedzenie i krzyżując ręce na piersi.- To dokąd zmierzamy?
- W stronę Brooklynu. Dawson Street 12.- odparłam oschle, zerkając na mapę, którę wyciągnęłam z torebki.
- Ok, jak sobie życzysz złośnico.- zaśmiał się Wally, wyjeżdżając z parkingu.
Przez jakiś czas panowała cisza, bo nie miałam zamiaru odzywać się do tego kretyna. Znowu zrobił ze mnie idiotkę! Myślał, że to świetny żart, ale się mylił!
- Czyżby zdarzył się cud i straciłaś mowę?- odezwał się Wally, patrząc w moją stronę.
- Daruj sobie.- fuknęłam gniewnie.
- Aleś Ty drażliwa. Tak okazujesz swoją wdzięczność za udzielenie Ci pomocy?- zadrwił.
- Dałabym sobie radę bez Ciebie.- rzekłam wyniośle.
- Nie wydaje mi się. Zdajesz się być osobą, która wiecznie potrzebuje czyjejś pomocy i wsparcia.- stwierdził Wally.
- Mylisz się.- mruknęłam.
- Wiem, że mam rację.- zapewnił.
- Myśl sobie co chcesz.- wzruszyłam ramionami.
- Mam taki zamiar.-rzekł wesoło. Rzuciłam mu wściekłe spojrzenie.
- Tylko takiego zgrywasz, czy naprawdę się taki urodziłeś?- warknęłam.
- Raczej to drugie.- zaśmiał się Wally.- Chodź też nie do końca, te najlepsze cechy przychodzą z czasem.
- Ha! Dobre sobie...- prychnęłam głośno. Jak ja go nienawidzę!!
Niecałą godzinę później podjechaliśmy pod wskazane przeze mnie miejsce. Przez okno ujrzałam duży biały budynek, częściowo zasłonięty przez zarośnięty żywopłot, a na ramie widniała tabliczka z częściowo zamazanym napisem „Greendale”. Zawahałam się. Czy na pewno chcę dowiedzieć się prawdy? Jeśli myślałam, że moje życie zostało wywrócone do góry nogami to dziś będzie jeszcze gorzej. Przełknęłam głośno ślinę, zastanawiając się co powiedzieć, gdy już znajdę się w środku. „Hej! Poznajecie mnie? Wróciłam!”. To brzmi absurdalnie nawet w mojej głowie.
- Nie wiem czy zauważyłaś, ale dotarliśmy na miejsce.- usłyszałam głos Wally'ego jakby z oddali. Odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam mu w oczy. Zupełnie zapomniałam że jest ze mną. Poczułam się głupio, że zaciągnęłam go tu z takiego powodu. I teraz on dowie się wszystkiego...albo przynajmniej się domyśli. A wiem, że nie będzie miał z tym problemu jest bardziej błyskotliwy niż myślałam.
- Tak...wiem...tylko ja...- nie potrafiłam dobrać odpowiednich słów. Tyle czasu czekałam na to by w końcu się tu znaleźć, lecz inaczej to sobie wszystko wyobrażałam. Przede wszystkim, w moich wyobrażeniach u mojego boku znajdowałby się Sam. No cóż, nie zawsze jest tak jak sobie to wyobrażamy.
- Odwagi Jessie, zrób to co masz zrobić i nie oglądaj się za siebie.- powiedział poważnym tonem Wally. Właśnie takiej rady potrzebowałam. Uśmiechnęłam się do niego, wzięłam torebkę i wyszłam z samochodu. Lekko chwiejnym, niepewnym krokiem podeszłam w stronę bramy wejściowej, której drzwi okazały się być otwarte. Odwróciłam się za siebie i dostrzegłam, że Wally odprowadza mnie wzrokiem. Przeszłam dalej jeszcze kilka kroków i postanowiłam wyciągnąć aparat. Zrobiłam kilka zdjęć, gdyż chciałam mieć wszystko dokładnie udokumentowane, po czym wróciłam się do samochodu. Przystanęłam przy nim, zastanawiając się co właściwie robię. Choć doskonale to wiedziałam. Wally uchylił okno ze strony pasażera i spytał:
- Wszystko gra?
- Może pójdziesz ze mną?- wypaliłam bez ogródek, czując, że cała się trzęsę.
- Na pewno tego chcesz?- spytał Wally, nawet nie pytając o co chodzi. Faktycznie nie lubił wtrącać się w czyjeś życie. Kiwnęłam tylko głową, na co Wally wyszedł z samochodu i zamknął go.
- To co, do dzieła?- spytał podchodząc do mnie. Podobało mi się to, że nie próbuje nachalnie wyciągnąć ze mnie celu naszej wyprawy. Wzięłam kilka głębokich oddechów, dzięki czemu poczułam się trochę lepiej.
- Chodźmy.- powiedziałam i oboje ruszyliśmy kamienistą ścieżką, prowadzącą do wnętrza budynku. Ogród był zaniedbany, mimo pracy ogrodnika, koszącego trawę nieopodal nas. Zmierzył nas podejrzliwym spojrzeniem i nawet nie odpowiedział na nasze przywitanie.
Gdy przeszliśmy przez drewniane drzwi, znaleźliśmy się w niewielkim holu wejściowym. Rozejrzałam się w około. Przede mną stała recepcja lub coś w tym stylu, po prawej strony były schody z drewnianymi poręczami. Wystrój był starodawny, a sam budynek wyglądał na liczący ponad sto lat. W holu zrobiłam kolejne zdjęcia. Jak na dom dziecka było tu bardzo cicho. Żadnego hałasu, żadnego szmeru. Miałam dziwne wrażenie, że już tu byłam, chodź to niemożliwe był pamiętała cokolwiek. Z tego co wiem, miałam niewiele ponad 2 lata, kiedy opuszczałam to miejsce.
Po chwili za recepcją pojawiła się starsza kobieta, która miała na sobie biały fartuch, przez co wyglądała jak pielęgniarka.
- Witam! Młode małżeństwo? Zgaduję, że są państwo zainteresowani adopcją?- zaczęła mówić kobieta. Popatrzyłam zaskoczona na Wally'ego, który tylko wzruszył ramionami.
- Nie, jesteśmy tu w innej sprawie.- próbowałam wyjaśnić, ale kobieta ponownie mi przerwała.
- A może starają się państwo o tytuł rodziny zastępczej?- dopytywała się kobieta, uśmiechając się zachęcająco.
- Nie, proszę mnie wysłuchać, to bardzo ważne.- powiedziałam głośno. Kobieta zamilkła. Zerknęłam z ukosa na Wally'ego i zaczerpnęłam głośno powietrza.
- Słucham.- odparła pogodnie. Czas odkryć karty...
- Jestem tu...ponieważ kiedyś mieszkałam w tym domu dziecka.- powiedziałam drżącym głosem. Kobieta przyjrzała mi się uważnie. Widać było zawiedzenie na jej twarzy.
- Czyli nici z adopcji. Proszę poczekać, muszę porozmawiać z przełożoną.- powiedziała kobieta i zniknęła na zapleczu. Usłyszałam strzępy rozmowy telefonicznej, ale niewiele z niej wyłapałam. Głupio się czułam, stojąc obok Wally'ego, po tym co powiedziałam. Nie potrafiłam odwrócić się i spojrzeć na niego, choć czułam jego wzrok na sobie. Po chwili kobieta wróciła.
- Przełożona zaprasza do swojego gabinetu. Zaprowadzę państwa.- rzekła chłodno kobieta.
Udaliśmy się na pierwsze piętro. Stanęliśmy przed dużymi ciemnymi drzwiami z drewna, na których widniała tabliczka z nazwiskiem przełożonej. Pielęgniarka zapukała do drzwi.
- Proszę wejść.- usłyszeliśmy z głębi pokoju. Razem z Wallym weszliśmy do gabinetu. Tak jak reszta budynku, był urządzony w staromodnym stylu, z koślawym biurkiem na którym stały stosy dokumentów i stary komputer, białą szafą i starą, skórzaną sofą, a gdzieniegdzie leżały pudła. Czyżby zbliżający się remont?
Przełożona gestem wskazała nam dwa chybotliwe krzesła stojące przed biurkiem, a sama siedziała w fotelu obitym czarną skórą.
- Co mogę dla was zrobić?- spytała życzliwym głosem.
- Jak już pani zapewne wie, mieszkałam tu kiedyś. Chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat.- powiedziałam pewniejszym głosem.
- Jak się pani nazywa?- spytała kobieta.
- Jessie Willys.- przełożona zaczęła wystukiwać coś na klawiaturze komputera.
- Tak, zgadza się. Jessie Johnson, w 1991 roku opiekę nad panią objęło państwo Willys.- przeczytała kobieta, wpatrując się w ekran.
- Tak, zgadza się. Ale bardziej zależy mi na dowiedzeniu się czegoś o moich biologicznych rodzicach.- rzekłam lekko zniecierpliwiona.
- Obawiam się, że nie jest to możliwe. Nie możemy ujawnić poufnych informacji.- powiedziała stanowczo kobieta.
- Przecież to moi rodzice! Mam prawo do tego, by poznać prawdę!- upierałam się.
- Niewiele mogę w tym przypadku zrobić.- odrzekła sucho.
- Nie może pani, czy pani nie chce?- zdenerwowałam się. Przełożona zjeżyła brwi i już miała coś powiedzieć, ale Wally ją uprzedził:
- Na pewno ma pani dostęp do tych informacji. Proszę poszukać, to dla niej bardzo ważne.- powiedział pogodnym tonem.
- Widzę, że z państwem nie wygram.- przełożona westchnęła ciężko.- W starej bibliotece na drugim piętrze w magazynie są stare kartoteki sprzed 20 lat. Nie sądzę, że znajdziecie to czego szukacie, ale możecie spróbować. Ja niestety nie mogę wam pomóc, gdyż nie mam tyle czasu, a szukanie może zająć wam całe godziny.
- Bardzo dziękuję.- odetchnęłam z ulgą.
- Proszę, oto klucz. Postarajcie się nie zwrócić niczyjej uwagi. I tak idę wam na rękę, bo nie wolno nam ujawniać takich informacji. Nawet rodzinie. Nie macie pojęcia ile na świecie roi się oszustów.- rzekła chłodno kobieta.
- Rozumiemy, postaramy się nie robić hałasu.- obiecał Wally i oboje wyszliśmy na korytarz.
- Wstrętna kobieta.- mruknęłam, gdy wchodziliśmy po schodach na drugie piętro.
- Nie była taka zła. Trzeba tylko wiedzieć jak z takimi postępować.- odparł Wally rozglądając się.
- I Ty niby to potrafisz?- spytałam unosząc brwi.
- Oczywiście, przecież mamy klucz.- rzekł z kpiącym uśmieszkiem.
- Jaki skromniś.- prychnęłam pod nosem.
- To tutaj.- rzekł po chwili, puszczając moją uwagę mimo uszu. Podeszłam do drzwi i wsadziłam klucz do zamka. Drzwi skrzypnęły głośno, a kiedy Wally upewnił się, że nikt nas nie usłyszał, weszliśmy do środka. Było to ponure pomieszczenie, do którego nikt od dawna nie zaglądał i z całą pewnością w nim nie sprzątał. Na półkach piętrzyły się zakurzone książki, a okna były tak brudne, przez co w pokoju panował półmrok. Dywan, jak i wszystko inne, przykrywała gruba warstwa kurzu, a gdy po nim przechodziliśmy zostawialiśmy na nim swoje ślady. Na samym środku magazynu stał stół a na nim lampa, która o dziwo działała. Przynajmniej rzuciła trochę światła.
- To chyba ta kartoteka.- mruknął Wally, stojąc przy zardzewiałych, metalowych szufladach zajmujących całą szerokość i wysokość ściany.
- Cholera.- zaklęłam, patrząc dokąd ona sięga.- To zajmie wieki.
- W takim razie zacznijmy od razu.- powiedział Wally.- Czego dokładnie szukamy?
- To muszą być akta z roku 1991, na nazwisko Johnson lub Willys. Nie wiem tylko z którego miesiąca.- wyjaśniłam, patrząc na plakietki na szufladach.
- Trochę zawęża to pole poszukiwań. Do roboty.- zarządził Wally. Spojrzałam na niego zaskoczona. Nie sądziłam, że będzie aż tak chętny mi pomóc. Byłam mu bardzo wdzięczna.
Ale to wcale nie było takie proste. W samym Nowym Jorku, jak i z innych miast pochodziło mnóstwo Johnsonów. Wally wyciągnął zawartość całej jednej szuflady, rozsiadł się za stołem i zaczął wertować akta. Ja po kolei wyciągałam dokumenty i ze znudzeniem przerzucałam kartki. Stos niepotrzebnych akt, stopniowo się powiększał, tak samo jak poziom mojej frustracji.
Dwie godziny później stwierdziłam, że potrzebuję chwilę przerwy, bo zaczęła mnie boleć głowa, podczas gdy Wally uparcie szukał dalej. Przeszłam wzdłuż półek z książkami, czytając tytuły, lecz po chwili to Wally przykuł moją uwagę. Zaczęłam mu się bacznie przyglądać. Siedział pochylony nad papierami, niedbale rozparty przy stole, jedną ręką opierał się łokciem o stół, a drugą przewracał kolejne strony. Ciemne włosy prawie całkowicie opadły mu na oczy, co jednak dodawało mu uroku. Jego szare, bystre oczy prześlizgiwały się po aktach, a usta poruszały się, gdy bezgłośnie odczytywał fragmenty dokumentów. Po chwili wstał, odkładając teczki na bok, po czym wyciągnął zawartość kolejnej szuflady i ułożył ją na stole. Zamiast jednak wrócić do pracy, podniósł wzrok, który skrzyżował się z moim. Szybko się odwróciłam, ale zrobiłam to z takim impetem, że uderzyłam głową w półkę z książkami. Zaklęłam pod nosem, słysząc jak Wally chichocze. Zignorowałam to i zaczęłam zbierać ze dwa tuziny książek, które zrzuciło moje pustogłowie. Gdy wyciągnęłam rękę, po kolejną książkę, Wally także za nią chwycił. Nawet nie zauważyłam kiedy podszedł i zaczął zbierać książki razem ze mną. No tak, bardziej byłam zajęta wymyśleniem sposobów jak zapaść się pod ziemię.
- Daj, pomogę Ci.- powiedział z uśmiechem, ale ja wyrwałam mu książkę z ręki.
- Skończ wreszcie z tym pomaganiem.- warknęłam, wpychając byle jak książki na półkę.
- Jak sobie chcesz.- chłopak wzruszył ramionami, ale zanim się odwrócił i wrócił do akt, dostrzegłam, że uśmiecha się triumfalnie. I jak ja mam go zrozumieć?
Podeszłam zrezygnowana do kartoteki i wyciągnęłam kolejne teczki, chodź najchętniej zaczęłabym uderzać w nią głową. Dałam popis tego jak bardzo dobrze mi to wychodzi. Już miałam się poddać i rzucić to wszystko, gdy po jakiejś półgodzinie odezwał się Wally.
- Chyba coś znalazłem.- rzekł podsuwając mi teczkę.- Myślę, że tylko Ty powinnaś to przeczytać.
Wzięłam do ręki teczkę z napisem Johnson 1991r. Podobną do wielu innych, ale czułam gdzieś w głębi serca, że to jest właśnie klucz do rozwiązania zagadki. Otworzyłam ją i zobaczyłam moje zdjęcie, gdy byłam mała i moje dane. Z torebki wyciągnęłam moją fotografię i stwierdziłam, że to faktycznie ja się na nim znajduję. Pod spodem znalazłam kolejne zdjęcie, ale tym razem przedstawiało ono chłopca, około czteroletniego. Podpis pod zdjęciem brzmiał: Hayden Johnson. Zamarłam. Czy to oznacza, że mam starszego brata?!
- To niemożliwe...- powiedziałam sama do siebie.
- O co chodzi?- zaciekawił się po raz pierwszy Wally.
- Mam starszego brata.- wydusiłam z siebie, co przyszło mi z trudem.
- Nic o tym nie wiedziałaś?- spytał.
- Nie. Spójrz.- mruknęłam nie odrywając wzroku od fotografii. Wally wstał i podszedł do mnie zaglądając do akt.
- Jest do Ciebie bardzo podobny.- stwierdził.
- Nie mogę w to uwierzyć.- jęknęłam przewracając stronę. Znajdował się na niej opis całego wydarzenia. Zaczerpnęłam głośno powietrza i przeczytałam na głos:- Dnia 11 października 1991 roku o godzinie 17:35 do domu dziecka nr 5 na Dawson Street 12 trafiła dwójka dzieci z wypadku samochodowego, Jessica i Hayden Johnson. Dzieci nie odniosły większych obrażeń, jednak ich rodzice, Sarah i David Johnson nie przeżyli wypadku. Dwójka ta została umieszczona w Greendale na czas nieokreślony, z powodu nieznajomości innych krewnych. Poszukiwanie ich zajmie standardowo 4 tygodnie, po tym czasie jeśli nikt nie zostanie znaleziony lub nikt się nie zgłosi, dzieci zostaną przekazane pod opiekę placówki Greendale. Jessica została adoptowana przez państwo Willys, 4 miesiące później dnia 13 lutego 1992r., natomiast Hayden zamieszkał u państwa Thomas 20 marca 1992r.
Skończyłam czytać. Nie mogłam się ruszyć, ani nic powiedzieć. Po prostu doznałam szoku. Tej ewentualności w żadnym wypadku nie brałam pod uwagę. W jednej chwili dowiaduję się, że mam brata, a drugiej, że moi rodzice nie żyją? Nie...to za dużo jak dla mnie. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Poczułam rękę Wally'ego na moim ramieniu, poza tym nie czułam już nic.
- Muszę usiąść.- jęknęłam, na co Wally zaprowadził mnie do najbliższego krzesła. Opadłam na nie i ukryłam twarz w dłoniach. Czułam, że się duszę, że brakuje mi tchu.
- Przykro mi.- powiedział Wally, ale nie obchodziły mnie w tym momencie jego słowa.
- Nie, nie, nie, nie...to straszne, nie mogę w to uwierzyć.- powtarzałam co chwilę zamykając oczy.
- Jessie, uspokój się, cała się trzęsiesz.- Wally potrząsnął mną za ramiona. Czułam, że tracę grunt pod nogami, a wszystko wokół się rozmywa.
Kiedy otworzyłam oczy stałam na białej marmurowej posadzce w jakimś korytarzu. Poszłam przed siebie i znalazłam się w holu. Wokół mnie było wielu ludzi, ale wszyscy zdawali się nie zwracać na mnie uwagi. Nagle na końcu drugiego korytarza zobaczyłam siedmioletniego chłopca, który stał nieruchomo i wpatrywał się w jakiś punkt. Wydawał mi się znajomy. Podeszłam do niego i wtedy zobaczyłam, że płacze. Chciałam go przytulić, ale gdy tylko moje ręce zbliżyły się do niego i chciały go dotknąć, po przodu przez niego przeniknęły, jakby były niematerialne, nierzeczywiste. Nie rozumiem, przecież tu jestem. Chłopiec zrobił kilka kroków do przodu i wtedy podbiegła do niego pielęgniarka i chwyciła go mocno.
- Nie, czekaj, nie wolno tam wchodzić!- zawołała, jednak chłopiec wyrwał się jej i wszedł do pomieszczenia, do którego wcześniej zaglądał. Podążyłam jego śladem. W sali wokół były porozrzucane najróżniejsze narzędzia, panował tam bałagan, a wszelka aparatura, która tu się znajdowała była wyłączona. Ale najważniejsze były dwa szpitalne łóżka znajdujące się na środku sali. Podeszłam bliżej i zobaczyłam, że na jednym leży mężczyzna a na drugim kobieta. Oboje przykryci byli niebieskimi, zakrwawionymi płachtami, tak, że wydać było tylko ich twarze. Oboje mieli liczne rany. Najbliżej mnie była kobieta, brunetka, na oko trzydziestoletnia. Chłopiec podbiegł do niej, chwytając ją za rękę i wtulał się do niej i płakał głośno. Kobieta jednak nie reagowała. Chciałam go pocieszyć i wtedy zauważyłam, że jestem cała zakrwawiona. Krzyknęłam głośno, ale nie usłyszałam swojego głosu, wtedy zobaczyłam swoje odbicie w lustrze wiszącym na ścianie. Wyglądałam dokładnie tak samo jak martwa kobieta leżąca na łóżku. Zakryłam sobie usta dłonią, nie mogąc uwierzyć w to co widzę. Wtedy usłyszałam, że ktoś mnie woła. Wszystko wokół znowu się rozmywało.
- Jessie, do jasnej cholery, ocknij się!- wołał ktoś do mnie, ale ja nie potrafiłam się obudzić. Moje powieki były takie ciężkie.- Ocknij się!
Wtedy otworzyłam szybko oczy, zaczerpując głośno powietrze, zupełnie jakbym znajdowała się przez kilka godzin pod powierzchnią wody. Zauważyłam, że leżę na podłodze, wokół jest ciemno i ktoś się we mnie wpatruje.
- Co..co się stało?- wymamrotałam, zastanawiając się przy tym kim właściwie jestem.
- Dobre pytanie!- odpowiedział Wally podniesionym głosem. Próbowałam wstać, ale mi nie pozwolił.- O nie, nie wstawaj, ledwo co straciłaś przytomność.
- Straciłam przytomność?- spytałam zaskoczona.
- No nie zupełnie. Nie reagowałaś na to co do Ciebie mówię, byłaś przerażona, upadłaś i rzucałaś się po podłodze. Ledwo zdołałem Cię utrzymać.- wyjaśnił zdenerwowany Wally.
- O nie...znowu?- jęknęłam, wstając powoli.
- Znowu?- zdziwił się chłopak.
- Już kiedyś mnie to spotkało. Kilka razy.- odparłam chwytając się za obolałą głowę. Wally popatrzył na mnie zdziwiony.- Tak wiem, jesteś przerażony, pewnie masz mnie teraz za jeszcze większego dziwoląga. Spokojnie, ja też tak myślę.
- Nie prawda, nie przeraziło mnie to. Bardziej zaskoczyło.- sprostował to Wally.
- Przepraszam, nie powinnam w ogóle ciągnąć Cię w to miejsce i mieszać Cię w to wszystko.- powiedziałam ze złością. Wstałam z zamiarem pozbierania akt z podłogi, ale wtedy straciłam uwagę i gdyby Wally mnie nie złapał, znowu wylądowałabym na ziemi.
- Mówiłem, żebyś nie wstawała.- zganił mnie.
- Tylko trochę mi się kręci w głowie, to nic takiego.- powiedziałam lekceważąco.
- Chcesz już iść?- spytał Wally, przyglądając mi się uważnie.
- Tak, nie chcę już więcej widzieć tego miejsca.- powiedziałam ze złością.
- Chodź, pomogę Ci.- zaoferował, ale odmówiłam.
- Nie, poradzę sobie.- powiedziałam, udając się chwiejnym krokiem w kierunku wyjścia. Wally zanim wyszliśmy zrobił kilka zdjęć, a potem zamknął drzwi magazynu i bezszelestnie zeszliśmy na dół. Klucz zostawił na ladzie recepcji, gdzie nikogo było.
Gdy znaleźliśmy się z powrotem w samochodzie Wally wyciągnął coś spod kurtki.
- Należą do Ciebie.- powiedział cicho, podając mi akta. Spojrzałam na nie ze wstrętem, ale wzięłam je od niego. Chwile posiedzieliśmy w ciszy. Siedziałam tak patrząc na teczkę spoczywającą na moich kolanach, a Wally z kolei na mnie.
- Jedźmy do domu.- powiedziałam smętnym głosem, a Wally tylko kiwnął głową i odjechaliśmy stamtąd. Z miejsca gdzie to wszystko się zaczęło.