Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
11. Odurzenie


11. Odurzenie

Przepchnęłam się przez gęsty tłum roześmianych, pijanych ludzi poruszających się w rytm muzyki. Usiadłam przy barze i wbiłam wzrok w ladę. Sytuacja z Wallym całkowicie wytrąciła mnie z równowagi. Co to w ogóle miało być? Raz jest wredny i opryskliwy, a raz tajemniczy i po prostu zmienia się nie do poznania. Szczerze mówiąc trochę się go boję. Po części pod tym względem, że mnie śledził, choć nie mam co do tego stuprocentowej pewności. Najgorsze są te jego oczy. Takie stalowe, zimne, ale skrywające jakąś nieprzeniknioną głębie. Potrząsnęłam głową, próbując wyrzucić z niej ten obraz. Mam nadzieje, że już nigdy więcej nie będę musiała być z nim sam na sam. Pewnie nic by mi nie zrobił, ale sama ta gadka o brutalnym morderstwie sprawiła, że dostałam gęsiej skórki. Gdyby mówił to Vince lub Kyle pewnie parsknęłaby śmiechem i wzięłabym to za świetny żart. Ale nie Wally. Mówił to z taką powagą i dostrzegłam cień szaleństwa w jego oczach. Do teraz przypomina mi się wyraz jego twarzy i ten jego unoszący się kącik ust w kpiącym uśmiechu, kiedy spojrzał na mnie badawczo w samochodzie. Brr! Może po prostu będę go unikać i wszystko wróci do normy.
- Coś podać?- usłyszałam po chwili. Aż podskoczyłam, zapominając gdzie jestem. Podniosłam wzrok i ujrzałam młodego barmana, uśmiechającego się do mnie przyjaźnie. Nie odwzajemniłam go jednak.
- Wódkę z sokiem. Dwa razy.- rzuciłam sucho. Barman popatrzył na mnie dziwnie, ale przyniósł zamówione przeze mnie drinki. Jednym łykiem opróżniłam pół szklanki i skrzywiłam się.
- Szybka jesteś.- usłyszałam za sobą znany mi głos Vince'a. Usiadł obok przy barze i utkwił we mnie spojrzenie.
- Jakoś tak wyszło.- powiedziałam głośno, próbując przekrzyczeć tłum.
- Zły dzień?- zgadywał Vince.
- Tak jakby.
- A co tak właściwie zaszło między Tobą a Wallym? Wiem że się nie znosicie, ale wyglądałaś na bardziej zdenerwowaną niż zwykle.
- Nic nowego. Znowu te jego głupie teksty.- rzekłam wymijająco, opróżniając szklankę.
- Musisz to jakoś wytrzymać. Albo jak chcesz nie będziemy go zapraszać na nasze spotkania. Ja i Kyle Ci chyba wystarczymy, co nie?- zakpił Vince szczerząc zęby.
- No pewnie. Jesteście jak cała armia.- rzekłam smętnie.
- Coś jeszcze Cię gnębi?- spytał Vince, dostrzegając to, że posmutniałam.
- Ostatnio mam ciężki okres.- skwitowałam, popijając drugiego drinka.
- Może mogę Ci w czymś pomóc?- zaproponował Vince z troską.
- Sama wasza obecność, Twoja i Kyle'a sprawia, że lepiej się czuję.- przyznałam z bladym uśmiechem. Vince widocznie zmarkotniał, słysząc użytą przeze mnie liczbę mnogą, ale starał się nie dać tego po sobie poznać.
- Ok, to postaramy się wyciągnąć Cię z tego dołka.- oznajmił bez entuzjazmu.
- O kim mowa?- Kyle podszedł do baru i zamówił sobie martini.
- Jak zwykle o Tobie.- rzucił kpiąco Vince.
- To co, będziecie tak tu siedzieć, czy idziemy na parkiet?- spytał zniecierpliwiony Kyle trzymając drinka w ręce, patrząc na nas wyczekująco. Rozejrzałam się po parkiecie. Nigdy ani śladu po Wallym.
- Dobrze, chodźmy.- zadecydowałam, dopijając drugiego drinka. 
Wkroczyliśmy na sam środek sali i zaczęliśmy tańczyć. Najpierw w trójkę, a potem dołączyli do nas kumple Vince'a i Kyle'a z którymi mnie zapoznali. Nie zapamiętałam jednak ich imion, ale niezbyt mnie to interesowało. Wlałam oddać się tańcu niż dać któremuś z nich pretekst do podrywania mnie, a tego miałam serdecznie dość. Wreszcie czułam się wolna, wszystkie moje zmartwienia po prostu zniknęły. 
Po pewnym czasie Kyle zajął się jakąś brunetką, więc tańczyłam tylko z Vincem. Co chwilę pod byle pretekstem chwytał mnie w talii lub za rękę, a ja nie protestowałam, bo dobrze mi się z nim tańczyło. Był świetnym tancerzem. Daliśmy się porwać muzyce, a nasze ruchy były coraz bardziej odważne. Zaczęło mi się trochę kręcić w głowie i wiedziałam, że to za sprawą drinków i szybkością, z jaką je wypiłam. Ale nie zważałam na to i bawiłam się w najlepsze.



                                                       





Szłam przed siebie ciemną uliczką. Odgłosy moich obcasów stukających po bruku odbijały się echem po okolicy. Co chwilę odwracałam się niepewnie za siebie ze strachem wymalowanym na twarzy. To nie do pomyślenia, że osoba taka jak ja znajdowała się w takim miejscu. Ale nie miałam wyboru. Teraz już nie.
Byłam już prawie na miejscu. Umówiliśmy się przy opuszczonym budynku, gdzie kiedyś znajdował się bank, a teraz miejsce to popadło w ruinę i stanowiło schronienie dla okolicznych bezdomnych. Zadrżałam, ale nie zatrzymałam się. Był. Stał niedaleko wejścia, z rękami założonymi na piersi. Miał na sobie długi czarny płaszcz, a jego twarz była w mroku, także nie poznałam go.
- Nie śpieszyłaś się zanadto.- syknął gniewnie. Stanęłam w bezpiecznej odległości od niego, próbując złapać oddech.
- Nie łatwo było tu trafić. Mogłeś wybrać bardziej cywilizowane miejsce.- prychnęłam, przyglądając się rozpadającemu się otoczeniu.
- No więc? Jak Ci idzie?- warknął, puszczając moją uwagę mimo uszu.
- Zadziwiająco łatwo owinęłam go sobie wokół palca. Nie sądziłam, że na to pójdzie.- wymamrotałam. Nieznajomy uśmiechnął się złośliwie, ukazując rząd żółtych zębów.
- Doskonale. A co z nią?- dopytywał się.
- Nie mają już ze sobą kontaktu. Zadbałam o to.- siliłam się na triumfalny wyraz twarzy, ale niezbyt mi to wyszło. Miałam wyrzuty sumienia. Przez dwa tygodnie spotykałam się z nim i choć ciężko to przyznać, ale przyzwyczaiłam się do niego. Miał w sobie coś takiego, co trzymało mnie przy nim. Nie było to w moim stylu, ale nie czułam się dobrze z tym, że sprawiam mu ból. No tak, ale to tylko praca, nie mogłam o tym zapominać.
- Jesteś tego pewna? Kontrolujesz jego wiadomości, włamałaś się na maila, jak Ci kazałem?- zapytał nieznajomy z niedowierzaniem.
- Oczywiście, przecież mówiłam, że to zrobię.- oburzyłam się lekko.
- Oni zawsze byli bardzo zżyci ze sobą. Można powiedzieć, że dokonałaś cudu.- rzekł mężczyzna z podziwem.
- Starałam się.- powiedziałam z dumą. Ten tylko prychnął w odpowiedzi.
- Nie myśl, że to już koniec. Jest jeszcze coś co musisz zrobić.
- Że co? Swoje już zrobiłam!
- Milcz i rób co mówię!- wydyszał mężczyzna.
- Nie chce już tego robić...to nie jest w porządku...nie lubię jej, ale to jest...- zaczęłam, ale mężczyzna mi przerwał.
- Nie obchodzi mnie to czego Ty chcesz. A mojego szefa już tym bardziej to nie obchodzi. Masz robić co do ciebie należy. W końcu sama tego chciałaś, zgodziłaś się. Teraz już nie możesz się wycofać.- przypomniał mi mężczyzna.
- Co wy, jesteście jakąś mafią czy co?- warknęłam oburzona. Facet zaśmiał się szyderczo.
- Nie masz o nas bladego pojęcia. I bardzo dobrze.- powiedział.
- W takim razie nie muszę nic dla was robić. Wolę wiedzieć dla kogo pracuję.- rzuciłam sucho.
- Nic nie musisz wiedzieć. Mam Ci powiedzieć, że robisz to dla tego?- to powiedziawszy wyciągnął z kieszeni płaszcza gruby plik banknotów. Wybałuszyłam na nie oczy.- Drugie tyle jak zrobisz to czego żądamy.
Zawahałam się. Taka sumka była niezwykłą kusząca, ale robiłam przez to krzywdę niewinnym ludziom. Westchnęłam ciężko, po czym podeszłam i wzięłam od mężczyzny banknoty.
- Grzeczna dziewczyna.- zagrzmiał jadowicie.



                                                        



Kilka godzin i drinków później byłam już w stanie przyjemnego odurzenia. Świat wirował mi przed oczami, ale było to na swój sposób przyjemne. Wytańczyłam się za wszystkie czasy, co bardzo mi pomogło. Przez pewien czas znajdowałam się na parkiecie sama, wszyscy moi znajomi, gdzieś zniknęli, ale nie przejęłam się tym. Promile we krwi dawały o sobie znać. W oddali na jednej z sof dostrzegłam Kyle'a, więc przecisnęłam się w tamtą stronę, zataczając się lekko i opadłam obok niego na miękkim siedzeniu.
- Uff...ale gorąco co nie?- wydyszałam z entuzjazmem wachlując się dłonią.
- Widzę, że świetnie się bawisz.- zauważył Kyle, przyglądając mi się uważnie.
- Tak, jest super. Tego mi było trzeba!- cieszyłam się jak głupia.- A Ty jak tam? Gdzie ta piękność z którą balowałeś?
- A ta...niestety znalazł nas jej chłopak.- rzekł obojętnie Kyle.
- Oj...to niedobrze...- skrzywiłam się.
- No trudno, tego kwiatu jest pół światu.- mruknął popijając piwo.
- Dokładnie! Nie ma sensu przejmować się drobnostkami!- zaśmiałam się.
- A Ty się nie przejmujesz?
- Zwłaszcza ja.
- To dlatego puściłaś Vince'a kantem?- spytał ostro Kyle. Popatrzyłam na niego zdziwiona.
- O co Ci chodzi?- nie rozumiałam tego co do mnie mówił, byłam zbyt pijana.
- Jak to co? Tańczyliście razem, a potem poleciałaś do tamtego czarnoskórego.- prychnął Kyle. Popatrzyłam w miejsce, które mi wskazał, ale nic nie widziałam. Wszystko było zamazane.
- Że co...przecież to Vince sobie poszedł, a potem tańczyłam sama...- tłumaczyłam się. Kyle pokręcił głową.
- Nie...tańczyliście, a potem pojawił się ten koleś i zaczęłaś się na nim wieszać. Vince nie wiedział co ma z Tobą zrobić, próbował Cię odciągnąć, ale bez skutku.- wyjaśnił Kyle.
- O nie...nic z tego nie pamiętam...- jęknęłam chwytając się za głowę.- Gdzie on teraz jest?
- Nie wiem dokładnie. Chyba poszedł się przewietrzyć.- Kyle wzruszył ramionami.
- Muszę go przeprosić. Jak wytrzeźwieje.- dodałam niewyraźnie.
- Może nie pij już więcej, co?- poradził mi chłopak. Kiwnęłam tylko głową. Poczułam się dziwnie. Od kiedy po kilku drinkach urywa mi się film? Może to przez ten kiepski humor.- A swoją drogą zauważyłem, że odkąd się poznaliśmy jesteś jakaś smutna. Nie wiem, może zawsze taka jesteś, ale wydaje mi się, że coś Cię dręczy.
- I nie pomyliłeś się.- powiedziałam szczerze.
- No to co to jest?
- Nie wiem czy zrozumiesz.
- Postaram się.
I to jest moja wielka wada. Gdy wypije puszczają mi wszelkie hamulce, jestem szczera do bólu. Dlatego, mimo niesprzyjających warunków, powiedziałam Kyle'owi o Samie i tym co przeżywam w związku z wyjazdem z Los Angeles. Był bardzo dobrym słuchaczem, nie przerywał mi i dopytywał się o szczegóły.
- I tak to właśnie u mnie wygląda. Nie za ciekawie jak widać. Wiedziałam tylko, że muszę żyć dalej, muszę być silna i muszę się uśmiechać, bo nikogo nie obchodzi że posypał mi się świat.- skończyłam swą wypowiedź.- I staram się tak robić, ale mi nie wychodzi. Pewnie uważasz, że jestem żałosna.
- Nie, wcale tak nie uważam. Cieszę się, że jesteś ze mną szczera.- odpowiedział Kyle szczerze.
- Pewnie rano będę tego żałować. Rzadko się zwierzam.- powiedziałam drapiąc się po głowie.
- Jeśli w ogóle będziesz o tym pamiętać.- zaśmiał się Kyle.
- No właśnie, tu może być problem.- przyznałam.
- Myślę, że musisz na to spojrzeć z dystansem.- rzekł Kyle, biorąc łyk piwa.
- Nie rozumiem.- moja zdolność myślenia równała się w tym momencie zeru.
- Wyprowadziłaś się, mieszkasz zupełnie w innym miejscu, zaczynasz nowe życie. I Sam to zrozumiał i uszanował. To dlaczego Ty nie chcesz uszanować tego, że jemu się układa?- wytłumaczył mi Kyle. Zagiął mnie. Jeszcze nikt nie powiedział mi czegoś takiego. Wszyscy tylko powtarzali „Wszystko będzie dobrze, zapomnisz o nim”, a to ani trochę nie pomagało.
- Ja...nie wiem. Mam wrażenie, że nie jest szczęśliwy.- wyjąkałam, nie wiedząc co powiedzieć.
- Skąd możesz to wiedzieć, może się mylisz.
- Znam go już od tylu lat.
- W takim razie, czemu nie odzywa się do Ciebie? Skoro jest nieszczęśliwy i tęskni, to czemu nie zadzwoni?- to było jak ukłucie szpilką. Zabolało, ale wiedziałam, że Kyle miał rację. Sam mnie nie potrzebował, jest szczęśliwy beze mnie, a ja nie mogłam się z tym pogodzić.
- Muszę iść do toalety.- oznajmiłam wstając z miejsca.
- Jess, nic Ci nie jest?- zmartwił się Kyle, ale ja już biegłam przez parkiet. Wpadłam z impetem do damskiej toalety, która ku mojemu zdziwieniu była pusta i podeszłam do umywalek. Oparłam się rękoma o jedną z nich i spojrzałam na moje odbicie w lustrze. Zobaczyłam ładną, ale smutną dziewczynę. Czy to muszę być ja? Nie mogę być radosna i uśmiechnięta? Rozmowa z Kylem nieco wyjaśniła, ale zdałam sobie sprawę z prawdy, której nie chciałam znać.
Pochyliłam się, obmywając twarz zimną wodą. Przyniosło to ulgę, ale wszystko dalej wirowało wokół mnie. Wytarłam dokładnie twarz papierowym ręcznikiem i upewniłam się, że wyglądam w miarę normalnie. Opuściłam toaletę. Zauważyłam, że Kyle'a nigdzie nie było. No ładnie, znowu zostałam sama. Zrezygnowana podeszłam do baru i zamówiłam kolejnego drinka, mimo ostrzeżeń Kyle'a. Trudno, jak szaleć to szaleć. 
Postanowiłam jednak odnaleźć Vince'a i resztę, bo bałam się, że znowu wywinę jakiś numer. Chwiejnym krokiem weszłam na parkiet, gdzie co chwilę na kogoś wpadałam. Ledwo mogłam ustać na nogach. Może faktycznie za dużo wypiłam? Podniosłam wzrok i ujrzałam coś dziwnego. W tłumie stał mężczyzna, który z odróżnieniu od innych nie tańczył, tylko stał i na mnie spoglądał. Czyżby znowu Wally mnie śledził? Poczułam gniew i postanowiłam podejść do niego i powiedzieć mu co o nim myślę. Nawet się nie poruszył, kiedy kierowałam się w jego stronę. Nagle zaczął dzwonić mój telefon. Zdezorientowana sięgnęłam do kieszeni i spojrzałam na ekran mrużąc oczy. Mogłabym przysiąc, że pisało na nim „Sam”. Podekscytowana odebrałam telefon, lecz w tym momencie ktoś wytrącił mi go z dłoni. Mój blackberry upadł kilka metrów dalej i zniknął gdzieś w tłumie. Zrozpaczona podążyłam w tamtym kierunku, ale po telefonie nie było ani śladu. Zresztą i tak bym go nie znalazła w takim stanie. Na domiar złego Wally, o ile to był on, także rozpłynął się w powietrzu. Zaklęłam pod nosem. Jak odnajdę Vince'a i Kyle'a bez telefonu o 4 nad ranem? Sytuacja zaczynała być nieciekawa. Na szczęście wracając do baru wpadłam na Vince'a.
- Jess! Gdzie Ty byłaś? Wszędzie Cię szukałem. Kyle'a zresztą też.- powiedział głośno.
- Dobrze, że jesteś! Zgubiłam gdzieś telefon! Nie mogę go znaleźć!- jęknęłam.
- Wiesz gdzie to było?- dopytywał się Vince.
- No tam dalej.- powiedziałam wskazując miejsce na parkiecie.
- Postaram się go znaleźć, a Ty zostań tutaj.- polecił mi Vince.
- Nie, czekaj, nie zostawiaj mnie tu!- zawołałam za nim.
- Spoko, zaraz tu wrócę.- zapewniał mnie.
- Nie, proszę, bo znowu Wally mnie znajdzie i nie da mi spokoju.- powiedziałam ponuro.
- Wally? Przecież jego tu nie ma, tylko nas przywiózł, a potem pojechał po Ciebie. Zadzwonił do mnie, że nie ma ochoty na imprezę. Dobra, czekaj tu a ja wrócę niebawem.- to powiedziawszy zniknął w tłumie. Przysiadłam na oparciu sofy i postanowiłam tu poczekać na Vince'a. Było ze mną coraz gorzej, obraz rozmywał mi się przed oczami. Na dodatek nie pamiętałam co robiłam paręnaście minut temu i zaczęłam mieć dreszcze. Skoro to nie był Wally, to kto? Może jednak zdecydował się tu przyjechać? To wszystko nie trzyma się kupy.
A jeśli to naprawdę nie był Wally, oznacza to, że nie jestem bezpieczna. 
Znudzona czekanie podążyłam w kierunku w którym poszedł Vince. Niestety nigdzie go nie było. To niemożliwe, ten klub nie jest aż taki wielki, musi gdzieś tu być. A może poszedł do baru, spytać czy ktoś nie znalazł telefonu? Nagle ktoś mnie popchnął tak, że straciłam równowagę, co w moim stanie było normalne. Wpadłam na jakiegoś mężczyznę, który przytrzymał mnie i postawił na nogi.
- Cholera, wyglądasz okropnie!- usłyszałam znajomy, szyderczy głos. Spojrzałam w górę i zobaczyłam parę szarych oczu tak blisko mnie. Przestraszyłam się i chciałam odskoczyć, ale Wally udaremnił mi to.- Przestań się rzucać, wyprowadzę Cię stąd.
Musiało to głupio wyglądać. Ledwo co mogłam chodzić, powłóczyłam tylko nogami, przez co Wally musiał mnie prawie nieść.
- Ile Ty ważysz, naprawdę na Twoim miejscu zastanowiłbym się nad dietą.- nawet teraz nie darował mi kąśliwych uwag, ale było mi już wszystko jedno. Nie wiedziała co się dzieje wokół mnie.
Wally wyprowadził mnie z parkietu i oparł mnie o ścianę, przytrzymując mnie jednocześnie, żebym nie upadła.
- Gdzie jest Vince?- spytałam cicho, zamykając oczy.
- Ciągle tylko Vince i Vince. Wiem, że wy dwoje macie się ku sobie, ale bez przesady.- warknął Wally. Nie wiedziałam o co mu chodzi, nic do mnie nie docierało.- Nie wiem, nie widziałem go.
- Co Ty tutaj robisz? Vince powiedział, że pojechałeś do domu.- dopytywałam się.
- Tak, to prawda, nie chciało mi się tutaj siedzieć. I to chyba był dobry pomysł, wszystko jest lepsze niż patrzenie na to jak się upijasz.- zadrwił Wally.- Wolałem się przejść.
- Na pewno Cię tu nie było?- powtórzyłam niepewnie.
- A czy ja mówię po chińsku?!- rzucił gniewnie Wally.
- Wolałam się upewnić.- wymamrotałam. Kłamie czy był to ktoś inny? Chyba wolałabym to pierwsze. Wally przyjrzał mi się uważnie i spytał chłodnym tonem:
- Dobrze się czujesz? Niczego Ci nie trzeba?
- Nie...chce tylko...mój telefon.- mruknęłam.
- Też masz zachcianki dziewczyno!- pokręcił głową i zaczął przeszukiwać mi kieszenie.- Gdzie go masz?
- Nie...nie mam go...zgubiłam go, Vince poszedł go poszukać. Ale długo już nie wraca.- wyjaśniłam.
- A to niespodzianka, jaki posłuszny.- zadrwił Wally.
- Nie mów tak o nim.- fuknęłam.
- No dobra, już dobra, spróbuje do niego zadzwonić.- rzekł zniecierpliwionym głosem wyciągając telefon z kurtki. Zobaczyłam jak wystukuje numer i czeka na połączenie. 
Dalej kręciło mi się w głowie, byłam też zmęczona. Nie bardzo wiedząc co robię wtuliłam się w kurtkę Wally'ego. Chłopak widocznie się tego nie spodziewał, bo wyglądał jakby chciał odskoczyć, ale w końcu chwycił mnie i przytrzymał mocniej bym nie upadła. Widać było, że czuje się niezręcznie, ale ja na to nie zważałam. Tak bardzo chciało mi się spać. Z zamkniętymi oczami słyszałam jak Wally rozmawia przez telefon, ale nie zrozumiałam o czym. Byłam już półprzytomna. Nagle poczułam, że unoszę się w powietrzu i to było ostatnie co zapamiętałam, zanim odpłynęłam.


                                                             



Obudziły mnie promienie słoneczne padające na moją twarz. Zaspana otworzyłam jedno oko, zastanawiając się co się stało i gdzie jestem. Leżałam na brzuchu na dużym łóżku, przykryta błękitną kołdrą. Wsparłam się na łokciach i rozejrzałam się. Oprócz łóżka, szafy, biurka i krzesła nie było tu nic więcej. Nie licząc walizek i toreb w kącie pokoju. Gdzie ja do cholery jestem?!
Podniosłam się szybko do pozycji siedzącej, co było błędem, bo dopiero teraz poczułam ostry ból głowy przeszywający mi czaszkę. Syknęłam z bólu i opadłam z powrotem na poduszki. Próbowałam przypomnieć sobie co wydarzyło się na imprezie, ale niewiele mogłam sobie przypomnieć. Wszystko spowite było mgłą, a im bardziej starałam się coś przypomnieć, tym bardziej zaczęła boleć mnie głowa. W końcu dałam sobie spokój. Zaczęłam szukać telefonu w kieszeni jeansów, ale go w nich nie było. Wstałam i przeszukałam dokładnie kurtkę wiszącą na oparciu krzesła, lecz spotkał mnie kolejny zawód. 
- O nie...- zmartwiłam się. Gdzie on jest?
Za drzwiami usłyszałam czyjeś głosy. Zaciekawiłam się i podniosłam z łóżka, chwiejąc się lekko. Przechodząc przez pokój dostrzegłam swoje odbicie. Miałam rozczochrane włosy, ciemne cienie pod oczami i bladą cerę. No super, jeszcze tego mi brakowało, żebym wyglądała jak trup. W końcu zdecydowałam się wyjść z pokoju.
Weszłam do czegoś na kształt salonu. Tam na kanapie drzemał Vince, przykryty czerwonym kocem w kratę pod sam nos. Przechodząc obok poczochrałam go po jego jasnej czuprynie, ale chłopak nawet nie zareagował, tylko mruknął coś przez sen. Skierowałam się w stronę kuchni, skąd dobiegała ciekawa dyskusja:
- ...nie wiem o co Ci chodzi! Zachowujesz się jak kretyn!- usłyszałam głos Wally'ego. O nie...
- Ty już dobrze wiesz! Co robiłeś z Jessie zanim do was dołączyliśmy?- spytał ostro Kyle. 
- Nic nie robiłem! Dzwoniłem do Vince'a, ale on mi powiedział, że szukacie telefonu i żebym odwiózł ją do domu. To wszystko!- usprawiedliwiał się Wally.
- Ale dlaczego tutaj?
- Przecież nie znam jej adresu!
- No tak, zapomniałem...ale to nie zmienia faktu, że słyszałem jakąś awanturę zanim przyszliśmy do domu! Mam nadzieję, że nie zrobiłeś niczego pochopnie...- powiedział Kyle ostrzegawczym tonem.
- Odbiło Ci?! Ona po prostu gadała przez sen! Nie próbuj mi wmówić czegoś czego nie zrobiłem!- zezłościł się Wally.
- To dlaczego położyłeś ją w swoim łóżku?- atakował go dalej Kyle.
- A co to za różnica? Tam było najbliżej! O co ci chodzi, przecież ją przeniosłem do Vince'a tak jak chciałeś!- warknął Wally.
- Ale dopiero gdy Ci kazałem! Dobrze, że Vince tego nie widział! Wiesz, że ona mu się podoba!- przypomniał mu Kyle.
- Tak, tak, wiem...chyba cały Nowy Jork o tym wie!- prychnął Wally.- Po prostu nie rozumiem czemu mi o tym wszystkim mówisz!
- Bo to wszystko jest podejrzane! Przyznaj się, że masz na nią chrapkę!- zarzucił mu Kyle.
- Pogięło Cię?! Nie tknąłbym jej nawet patykiem!- oburzył się Wally, a ja poczułam niemiłe ukłucie w żołądku.- Jest najbardziej denerwującą dziewczyną jaką znam! Nie wiem co wy dwoje w niej widzicie.
- Mam nadzieje! Wierzę, że nie zrobiłbyś tego kumplowi.- uspokoił się Kyle.
- Żadna kobieta nie jest tego warta.- mruknął chłodno Wally.
- Hmm...no tak... i przestań tak się czepiać Jessie, jest bardzo miła.- powiedział Kyle.
- Jasne, jak przeziębienie.- zadrwił Wally. Zezłościłam się.
- Nie rozumiem co Ty do niej masz.- westchnął Kyle.- Na Twoim miejscu...
- Dzięki Kyle, to miłe, ale nie musisz tak mnie bronić.- oświadczyłam głośno wkraczając do kuchni. Obaj kolesie aż podskoczyli i obrócili się w moją stronę. Kyle przygotowywał właśnie śniadanie, a Wally stał nieopodal i sztyletował go wzrokiem.
- O dzień dobry Jessie! Jak się czujesz?- przywitał mnie Kyle z uśmiechem. Podeszłam do niego, nie zaszczycając Wally'ego nawet spojrzeniem i usiadłam przy kuchennym stole.
- Bywało lepiej, głowa mi chyba zaraz pęknie!- jęknęłam.
- Taka dola pijaczki.- mruknął Wally. Kyle posłał mu pogardliwe spojrzenie, ale ten tylko wzruszył ramionami. Zignorowałam to.
- Może chcesz aspirynę?- zaproponował Kyle, grzebiąc w szufladzie.
- Poproszę. I do tego kawa. Mocna.- podkreśliłam.
- Robi się.- ucieszył się Kyle.
- Yhm...mam pytanko. Bardzo zaszalałam wczorajszej nocy?- spytałam niewinnym głosikiem. Za moimi plecami Wally parsknął śmiechem.
- W sumie nie było tak źle. Trochę za dużo wypiłaś, ale mogło być gorzej.- pocieszył mnie Kyle.
- Taaa...na pewno.- zmartwiłam się, nie bardzo mu wierząc.
- Jak chcesz mogę Ci opowiedzieć co nieco. Oczywiście prócz momentów, kiedy traciłem Cię z oczu.- zaoferował. Skinęłam głową, bojąc się najgorszego. I Kyle opowiedział mi wydarzenia minionej imprezy, a Wally co chwile wtrącał swoje uwagi, co bardzo mnie wkurzało, ale nie dałam tego po sobie poznać. W sumie nie było tak źle. Trochę nagadałam głupot, przyklejałam się do obcych facetów, tańczyłam na stole i...
- Zgubiłam telefon?!- wyjąkałam.- To gdzie on jest?
- To wszystko co z niego zostało.- powiedział Vince wchodząc do kuchni. Położył na stole połamane części mojego telefonu.
- Och nie...ale jestem głupia!- powiedziałam smutnie, patrząc na szczątki blackberry'ego. Jak ja bez niego wytrzymam?
- Nie da się ukryć.- mruknął Wally.
- Nie martw się, kupisz nowy.- pocieszył mnie Vince.- Jak chcesz możemy się dziś tym zająć.
- Może lepiej jutro, jak dojdę do siebie.- poprosiłam, chowając twarz w dłoniach.
- Jasne, kiedy chcesz.- rzekł Vince.
- Przynajmniej wniknęła z tego jedna dobra rzecz.- powiedziałam po chwili z lekkim uśmieszkiem.
- Jaka?- spytali jednocześnie Kyle i Vince.
- Wiem już gdzie mieszkacie, teraz będę mogła was odwiedzać.- wyszczerzyłam do nich zęby.
- Tylko nie to!- jęknął Wally, a Kyle i Vince ucieszyli się na tą wiadomość.
- Świetnie! To może masz teraz ochotę na śniadanie?- zaproponował Kyle z uśmiechem.
- Chętnie!- powiedziałam zdając sobie sprawę z tego jak bardzo jestem głodna.
- Zaraz podaję.- rzekł Kyle puszczając mi oczko. Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością, bo naprawdę nie najlepiej się czułam. Obok mnie usiadł Vince, który także nie wyglądał dobrze. Posłał mi niepewny uśmiech, a ja domyśliłam się, że to z powodu wydarzeń z poprzedniej nocy. Wstyd mi było, że podczas naszej pierwszej wspólnej imprezy tak się zachowałam. Obiecałam sobie, że już więcej nie będę tyle pić.
Nagle przypomniało mi się, że Sam do mnie dzwonił. Może mi się tylko wydawało po rozmowie z Kylem. Nie! Jestem przekonana, że to był on! Ciekawe czego chciał. Może chciał się pogodzić? W końcu nasza ostatnia rozmowa nie należała do najlepszych. Albo chciał, żebym wróciła? Jest wiele możliwości. Zżerała mnie ciekawość.
- Proszę, oto Twoje śniadanie i kawa.- wyrwał mnie z zadumy Kyle.
- Och, dzięki.- powiedziała z uśmiechem, spoglądając na tosty na moim talerzu. Zabrałam się za jedzenie.
- Ale jestem wykończoooony!- ziewnął przeciągle Vince.
- Ja też.- dodałam pomiędzy jednym kęsem a drugim.
- Kyle, a znajdzie się też coś dla mnie?- spytał Vince patrząc na patelnię z nadzieją.
- Niestety nie ma już chleba.- mruknął Kyle zaglądając do szafek, a następnie do lodówki.- Jajek i mleka zresztą też nie. Chyba będę musiał skoczyć na zakupy.
- I to szybko, bo mój żołądek domaga się jedzenia.- marudził dalej Vince.
- A może sam ruszysz tyłek?- warknął na niego Wally.
- Ty już siedź cicho!- powiedział do niego Kyle ostrzegawczym tonem.- Idziesz ze mną.
- Chyba kpisz! Mam Ci pomóc nieść koszyk?!- prychnął.- Nigdzie nie idę!
- Właśnie, że idziesz!- powiedział gniewnie Kyle i skinął na nas znacząco. Popatrzyłam na Vince'a, ale ten niczego nie zauważył, patrząc łakomie na moje tosty. Przełknęłam głośno ślinę. Mam zostać sam na sam z chłopakiem, któremu się podobam? Niedobrze...
- Co do...- zaczął Wally, ale Kyle już go wypchnął z kuchni. Usłyszałam jeszcze odgłosy szamotaniny w przedpokoju, a po chwili było już cicho. Zostaliśmy z Vincem sami. Odwróciłam głowę w jego stronę i zauważyłam, że mi się przygląda. Speszona spuściłam wzrok.
- Może chcesz jednego?- spytałam podsuwając mu talerz z tostami. Jakoś muszę wybrnąć z tej sytuacji.
- Chętnie, bo czuje, że zaraz umrę z głodu! Nie jadłem nic od wczorajszego popołudnia.- powiedział sięgając po tosta.
- To tak samo jak ja.- mruknęłam. Znowu nastała cisza. Zajęliśmy się swoim śniadaniem. Czułam się trochę głupio, więc postanowiłam jednak się odezwać.
- Słuchaj Vince, chciałam Cię strasznie przeprosić za wczoraj! Wolę nie wiedzieć co sobie o mnie pomyślałeś, kiedy widziałeś mnie z tymi wszystkimi facetami.- wyrzuciłam z siebie smutnym głosem.
- No co Ty, nie musisz mnie przepraszać! Tak to jest na imprezach, traci się kontrolę.- rzekł Vince. Po chwili dodał z kpiącym uśmieszkiem:- Zwłaszcza kiedy wypije się tyle co Ty.
- Bardzo zabawne. Następnym razem będziesz już wiedział kiedy masz odbierać mi kieliszek z ręki.- zaśmiałam się.
- To będzie następny raz?- spytał Vince z nadzieją.
- Czemu nie, dobrze się bawiłam.- powiedziałam uśmiechając się do niego.
- To świetnie.- Vince wyszczerzył się do mnie, przysuwając się do mnie. Od razu pożałowałam tego co powiedziałam. Nie chciałam robić Vince'owi jakiś złudnych nadziei. Szybko więc wstałam i podeszłam do ekspresu, by nalać sobie kawy. Czułam na plecach jego spojrzenie.
- To może teraz Ty powiesz mi co wyrabiałam na tej imprezie?- odezwałam się, odwracając się.
- W sumie Kyle już Ci wszystko opowiedział. Chociaż...- Vince urwał zmieszany.
- O co chodzi?- dopytywałam się.- Co takiego zrobiłam?
- To nic takiego...ale dziwnie się wtedy poczułem.- Vince owijał w bawełnę.
- No wykrztuś to wreszcie!- niecierpliwiłam się.
- Siedzieliśmy na sofach i w pewnym momencie mnie przytuliłaś. Może nie byłoby w tym nic złego gdybyś...gdybyś nie powiedziała do mnie: „Kocham Cię Sam”.- powiedział Vince krzywiąc się.
Zamarłam. Nie mogłam w to uwierzyć.
- Nie...musiało Ci się wydawać.- broniłam się.
- Jestem pewny tego co słyszałem.- burknął Vince.
- No tak, ale wiesz jak to jest, po kilku drinkach mówi się różne rzeczy. I niekoniecznie są one zgodne z prawdą.- dodałam.
- A nie jest przypadkiem tak, że mówi się wtedy prawdę?- Vince nie dawał za wygraną.- Kyle mówił, że opowiedziałaś mu co nieco o sobie.
- No tak.- mruknęłam cicho.- Trochę prawdy w tym jest.
- Co masz teraz na myśli?- zdziwił się Vince.
- To prawda. Kocham Sama, ale jak starszego brata, najlepszego przyjaciela. Nigdy nie przyszło mi do głowy to, że moglibyśmy być razem. Mimo iż wielokrotnie próbowano nas swatać, choć bezskutecznie.- wyjaśniłam mu. Nie wyglądał na przekonanego.
- Dobrze, niech Ci będzie. Ale chcesz mojej rady? Lepiej rozeznaj się z swoich uczuciach, bo wydaje mi się, że sama już nie wiesz co czujesz.- powiedział Vince bez ogródek.
- Czy możemy porozmawiać na inny temat?- poprosiłam. Męczyło nie wałkowanie tego tematu.
- Jasne, nie ma sprawy.- Vince uśmiechnął się lekko, choć widać było, że zachowuje pewien dystans. Pięknie. Kolejna osoba, która zraziła się do mnie przez Sama. Wielkie dzięki Ty cholerny hipokryto!
Nagle rozległ się dźwięk otwieranych drzwi i do mieszkania weszli Kyle z Wallym. Ten pierwszy wszedł do kuchni niepewnie, jakby nie chciał nam przeszkodzić w czymś szczególnie ważnym, a Wally nadal naburmuszony wlókł się za nim. Kyle postawił torby z zakupami na blacie i zaczął chować je do różnych szafek, cały czas bacznie się nam przyglądając. Tymczasem odezwał się Wally.
- Nadal nie rozumiem po co miałem iść z Tobą! Do niczego pożytecznego Ci się nie przydałem.
- W sumie racja, tylko mi przeszkadzałeś swoim marudzeniem. Pomyślałby kto, dwudziestosześciolatek, a zachowuje się jak pięciolatek!- zakpił Kyle.
- Aleś Ty zabawny!- syknął Wally, obdarzając nie wiem czemu mnie nienawistnym spojrzeniem. Skryłam się szybko za kubkiem kawy, ale i tak czułam ten wzrok na sobie.
- Myślałem, że kiedy się przewietrzysz, to Ci przejdzie ten zły humor. Ale przypomniało mi się, że po prostu masz taki charakter.- dodał Kyle, a ja i Vince parsknęliśmy śmiechem.
- Widzę, że życie wam niemiłe!- rzucił Wally w naszą stronę. Typowe. Kyle cały czas go atakuje, a on oczywiście musi wyżywać się na nas. Och przepraszam...na mnie.
- Wręcz przeciwnie, dlatego będę się już zbierać.- powiedziałam wstając od stołu i zabierając swoją torebkę.- Dzięki wielkie za przenocowanie mnie. Nie wiem jak wam dziękować.
- Jakby nie mieliśmy wyboru. Byłaś sztywna jak kłoda.- rzekł sucho Wally.
- Na pewno jeszcze nie zostaniesz?- spytał Vince.
- Właśnie, za niedługo robię obiad.- dodał z uśmiechem Kyle. Chwilę się wahałam, ale kiedy zobaczyłam minę Wally'ego odechciało mi się.
- Nie, serio muszę już iść. Kate będzie się martwić.- odrzekłam stanowczo.
- To nie pierwszy i nie ostatni raz.- Vince puścił Mi oko.
- Tylko musicie mi dokładnie wyjaśnić gdzie jestem i jak stąd trafić do mojego mieszkania.- powiedziałam patrząc to na Kyle'a to na Vince'a.
- Chyba nie chcesz iść tam pieszo. To kilka przecznic stąd. Poza tym pamiętasz jak to z Tobą było gdy do nas trafiłaś.- przypomniał mi Kyle.- Twoja orientacja w terenie nie jest najlepsza.
- Wiem o tym, ale na pewno jedzie stąd jakiś autobus.- zastanawiałam się.
- Pewnie tak, ale my nie wiemy. Niech Wally Cię podrzuci.- zaproponował Vince.
- Że co?- warknął Wally.- A czemu nie wy?
- Ja nie jestem jeszcze w stanie prowadzić, a Kyle musi zrobić mi śniadanie.- wyjaśnił Vince.
- Spoko, ja mogę jechać.- zaoferował szybko Kyle, patrząc na Wally'ego podejrzliwie.- Jeśli Wally pożyczy mi samochód.
- Chyba śnisz!- zaprotestował Wally.
- To w takim razie zawieziesz Jessie?- spytał chytrze Vince.
- Nie ma...- zaczął Wally, ale się wtrąciłam:
- Nie dzięki, poradzę sobie. Jeszcze raz dzięki chłopaki.
Uściskałam się z Kylem i Vincem, po czym wyszłam, nie odzywając się do Wally'ego. Zbiegłam prędko po schodach i już wychodziłam na ulicę, kiedy usłyszałam, że ktoś mnie woła.
- Te młoda, zaczekaj!- odwróciłam się i zobaczyłam Wally'ego biegnącego za mną i zakładającego kurtkę w pospiechu. Po chwili zrównał się ze mną.
- Czego chcesz?- zdziwiłam się.
- Może nie tym tonem co? Na Twoim miejscu nie obrażałabym osoby, która chce Cię podwieźć do domu.- powiedział chłodno.
- Chcesz czy musisz?- prychnęłam.
- Raczej nie mam wyboru.- wzruszył ramionami.
- Obejdzie się.- rzekłam wyniośle i poszłam przed siebie ulicą. Chłopak jednak dogonił mnie.
- Daj spokój, to kawał drogi stąd.- przypomniał mi.
- Dam sobie radę.- mruknęłam lekceważąco.
- Poza tym to nie w tą stronę.- zadrwił. Zatrzymałam się patrząc na kpiący wyraz twarzy. Och, jak ja go nienawidzę! Odwróciłam się na pięcie i poszłam w właściwą drogą. Wally dalej nie dawał mi spokoju.
- Nie zmieniłaś zdania?- zagadnął.
- Zostaw mnie w spokoju! Nie udawaj, że się przejmujesz.- warknęłam.
- Nie przejmuję się. Ale Twój ukochany powiedział żebym odstawił Cię całą i zdrową.- wyjaśnił przewracając oczami.
- To nie jest mój ukochany.- rzekłam oschle. Miałam dosyć tego, że traktują mnie jak własność Vince'a. Bardzo go lubiłam i w ogóle, ale oni zachowują się jakbyśmy koniecznie musieli być razem i nie ma innego wyjścia. A może ktoś mnie spyta o zdanie?!
- Widzę, że trafiłem w czuły punkt.- zaśmiał się triumfalnie. Czy mi się wydaje czy poprawił się mu humor?
- Idziesz już?- spytałam z nadzieją, puszczając jego uwagę mimo uszu.
- Nie odejdę, póki nie wsiądziesz do mojego samochodu.- odparł z grymasem na twarzy.
- A co, masz tam siekierę lub inne ostre narzędzie?- dogryzłam mu.
- A niech to, przejrzałaś mnie. Co nie znaczy, że nie powinnaś spodziewać się najgorszego.- zakpił Wally.
- Jesteś nienormalny.- powiedziałam tylko kręcąc głową i poszłam dalej. Chłopak podbiegł do mnie i chwycił mnie za rękę.
- Nie zachowuj się jak dziecko. Może i jestem czubkiem, ale chce spełnić prośbę kumpla. Trochę to dla mnie ważne.- wyjaśnił. Stanęłam w miejscu przyglądając mu się uważnie. Nie spodziewałam się po nim takich słów. Westchnęłam, wyrywając się z jego uścisku.
- Dobrze, prowadź szoferze.
- No już nie pozwalaj sobie.- rzekł ze złością. Zachichotałam cicho.
Dziesięć minut później byliśmy na miejscu. Wysiadłam z samochodu, a ku mojemu zdziwieniu Wally zrobił to samo. Podszedł ze mną do drzwi wejściowych.
- Yyy...no to dzięki za pomoc.- wykrztusiłam, nie wiedząc co powiedzieć.
- Spoko, podziękuj Vince'owi.- wzruszył ramionami.
- Och. To cześć.- powiedziałam tylko. Chciałam jak najszybciej się stamtąd ulotnić, ale znowu Wally mi przeszkodził, tarasując mi przejście.
- Zaczekaj.- powiedział cicho, przyglądając mi się.
- O co Ci chodzi?- zdziwiłam się. Zamiast odpowiedzi, Wally chwycił moją twarz pod brodę jedną ręką, przybliżając jednocześnie swoją twarz do mojej. Zaschło mi w gardle, a serce omal nie wyskoczyło mi z piersi ze strachu. Chciałam się zamachnąć i uderzyć go w twarz, ale nie mogłam się nawet ruszyć. Spojrzałam na jego pełne usta, które były teraz zdecydowanie za blisko. Wally podniósł drugą rękę i dotknął mojego policzka palcem.
- Miałaś tu rzęsę.- powiedział odsuwając się ode mnie i pokazując mi swój palec. Faktycznie widniała na nim moja długa, czarna rzęsa. Otworzyłam szerzej oczy ze zdumienia. Już chciałam coś powiedzieć, ale Wally już kierował się w stronę samochodu i nawet się nie żegnając odjechał.
Stałam tak oniemiała przez kilka minut. Co to miało do cholery być?! Znowu ten sam numer? Ledwo co obiecałam sobie, że nie będę z nim spędzać czasu sam na sam, a tu proszę, już na drugi dzień trafia się okazja. Najgorsze jest to, że znowu zrobił coś przez co czuję się jak kompletna idiotka. Wiadomo, wyobrażałam sobie nie wiadomo co. Źle zinterpretowałam jego zachowanie, ale każda kobieta na moim miejscu pomyślałaby to samo. Jeśli coś takiego znowu się powtórzy będę musiała z nim poważnie porozmawiać. O ile poważna rozmowa z nim jest w ogóle możliwa.
Weszłam do windy i pojechałam na nasze piętro. Już miałam wsadzić klucze do zamka, kiedy drzwi nagle otworzyły się przede mną otworem.
- Och! Kate, aleś mnie przestraszyła.- wydyszałam na widok przyjaciółki. Weszłam do środka zamykając za sobą drzwi.
- Nareszcie jesteś! Dzwoniłam tysiące razy!- wyrzuciła z siebie na dzień dobry.
- Tak, ja też się ciesze, że Cię widzę.- burknęłam zdejmując kurtkę i buty.- A co się tyczy telefonu, to zgubiłam go na imprezie a teraz jest w opłakanym stanie. Muszę kupić nowy.
- Muszę Ci coś powiedzieć!- jęknęła dziewczyna, jakby mnie nie słuchając.
- A to nie może zaczekać? Jestem padnięta i nie w humorze.- powiedziałam ziewając.- Jutro opowiesz mi mrożącą krew w żyłach historię o Twojej randce.
- Nic nie rozumiesz! Stało się coś złego! Chodzi o Sama!- zawołała Kate.



Głosuj (4)

jessie1 21:02:56 15/04/2011 [Powrót] Pozostaw po sobie ślad


Strasznie wciąga ta historia... Już się nie mogę doczekac dalszego ciągu!;D Masz talent!
WieszKto;P :* 16:29:29 16/04/2011
public-gprs50030.centertel.pl | brak www IP: 91.94.67.246




Nawet tam gdzie wszystko się kończy, ja odnajdę swój początek...



|| Szablon wykonała Jessie tylko i wyłącznie dla Nawet tam, gdzie wszystko się kończy, ja odnajdę swój początek... ||

Historia Jessie Willys

Pojawiło się 10077 dusz...


Jestem wodą...do której raz włożywszy dłoń, nigdy nie zdołasz jej zapomnieć...


Avatar


Balansując na krawędzi życia, mamy 3 możliwości dalszej drogi: możemy się cofnąć, stać w miejscu lub skoczyć w przepaść. Mając całe życie w swoich rękach, którą drogę mam wybrać?


Dodaj do Ulubionych Duszyczek


Księga zbłąkanych dusz:

Przeglądaj Księgę
Zostaw po sobie ślad w Księdze


To już było:

2012
Kwiecień
Luty
Styczeń
2011
Grudzień
Listopad
Sierpień
Lipiec
Maj
Kwiecień
2010
Grudzień
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec



Moje ulubione duszyczki:

sharley.blog4u.pl
the-hills.blog4u.pl
inanotherlife.blog4u.pl
dracantra-dragon.blogasek.pl
odnalazlem-samego-siebie.blog4u.pl
dzieci-mafii.blog4u.pl
wieksze-dobro.blog4u.pl
hogwart-harry-ron-hermiona.blog4u.pl
eternity.blog4u.pl
demony-duszy.blog4u.pl
crying-star.blog4u.pl
odmiency-others.wjo.pl
cullens-diary.wjo.pl
pamietniklily.blog4u.pl
bloody-landscapes.blog4u.pl
rozpieszczona-ksiezniczka.blog4u.pl
non-celibacy-century.blog4u.pl
shadow-poison.blog4u.pl
milosc-i-poswiecenie.blog4u.pl
rozowydlugopis.blog4u.pl
monisiaaa.blog4u.pl
zniesmaczona.wjo.pl
hermiona-draco-story.blog4u.pl
the-fallen-angel.blog4u.pl
not-givin-up.blog4u.pl
o-tym-i-owym.blog4u.pl
lenasthinking.blog4u.pl
iwillfindyou.blog4u.pl
scarlet-moon.blog4u.pl
moj.dziennik.blog4u.pl
the-truth.blog4u.pl
.
lacrimosa.blog4u.pl
obrazy-slowem-malowane.blog4u.pl
try-to-love-me.wjo.pl
felieton.blog4u.pl



A to lubię:

Autorka
Don't try to fix me' I'm not broken...
Moje ;)
Obrazy słowem malowane
Opowiadania
http://juneau.mylog.pl
http://naughty.mylog.pl
http://morbid.mylog.pl
Szablony
Szablony Scarlett
mks.yzoja
Cioccolato szablony
Thecoracje - szablony
Al for you
Szablony.blogowicz
Potterowskie