8. Zagubiona
Siedziałam na słonecznej plaży. Fale oceanu obmywały moje nogi, a ja przeczesywałam ciepły piasek rękami. Lekki wiaterek rozwiewał moje długie włosy. Słońce piekło przyjemnie, zamknęłam oczy wsłuchując się w szum fal, krzyki mew i powiew wiatru. Nagle poczułam, że ktoś podchodzi do mnie i obejmuje mnie ramionami.
- Tutaj jesteś, wszędzie Cie szukałem.- zamruczał mi do ucha. Uśmiechnęłam się.
- Czyż to nie piękne miejsce?- szepnęłam oczarowana.
- Ty jesteś piękna.- rzekł słodko, odgarniając moje włosy i muskając mnie ustami po szyi. Zadrżałam z emocji.
- Wiesz, dawno nie byłam taka szczęśliwa.- zwierzyłam się mu, patrząc jak fale rozbijają się o brzeg.- To Ty dajesz mi to szczęście.
- Nie prawda.- czułam jak kręci głową.- To wszystko dzięki Tobie.
- Czy zawsze już tak będzie?- spytałam próbując się odwrócić, ale mnie powstrzymał, obejmując mnie w talii.
- Jeśli tylko zechcemy.- wyszeptał tajemniczo.
- Wiesz, że to co robimy to szaleństwo?- powiedziałam uśmiechając się lekko.
- I właśnie to jest w tym najbardziej ekscytujące.- zaśmiał się perliście. Na dźwięk tego śmiechu zrobiło mi się ciepło w środku. - Już zawsze będę przy Tobie.
Powoli odwracałam się w jego stronę i w momencie gdy miałam ujrzeć jego twarz, usłyszałam coś co wybudziło mnie ze snu. Leżałam z powrotem w wannie, w lekko ostygniętej już wodzie. Ktoś pukał w drzwi łazienki.
- Jessie, jesteś tam?!
- Kate? Czego chcesz?- spytałam otrząsając się z szoku. Nie odpowiedziała, tylko bezceremonialnie wkroczyła do łazienki.
- Ej! Nie widzisz, że biorę kąpiel!- krzyknęłam oburzona, zasłaniając się rękami, chodź było to zbyteczne z powodu gęstej piany unoszącej się na wodzie.
- Daj spokój, nie masz tam niczego czego jeszcze nie widziałam.- zakpiła. Posłałam jej miażdżące spojrzenie, ale nie zwróciła na to uwagi.- Telefon do Ciebie.
To powiedziawszy podała mi moja komórkę.
Coś jeszcze burknęłam pod nosem i wyrwałam jej telefon mokrą ręką.
- Tak?- warknęłam niezbyt miło do słuchawki.
- Ładnie to tak witać kolegę z sąsiedztwa?- usłyszałam znajomy głos.
- Sam?- zdziwiłam się.
- A niby kto? Co ten Nowy Jork z Tobą zrobił?- zaśmiał się.
- Ze mną wszystko w porządku.- odparowałam.
- Kate powiedziała mi coś innego.- usłyszałam w odpowiedzi.
- Rozmawiałeś z nią?- zapytałam jeszcze zaspana.
- Gdy odebrała twój telefon zamieniliśmy kilka słów.- odparł Sam chichocząc.- Powinnaś na siebie uważać.
- A co w tym takiego zabawnego?- zdziwiłam się.
- Nic.- rzekł wymijająco.
- Czemu dzwonisz?- dopytywałam się. Czułam, że jest jakiś inny, że coś ukrywa. W salonie Kate włączyła telewizor. Nie podobało mi się to, że ona i Sam rozmawiają o mnie za moimi plecami.
- A co, już mi nie wolno?- zakpił Sam, nadal się śmiejąc nie wiadomo z czego.
- Tego nie powiedziałam. Po prostu nasza ostatnia rozmowa nie zakończyła się tak jak powinna.- wyjaśniłam. Usłyszałam w słuchawce czyjeś stłumione głosy.
- Wiem o tym, ale to chyba nie znaczy, że nie możemy się już do siebie odzywać.- parsknął do słuchawki. Miałam wrażenie, że ktoś tam z nim jest i nie musiałam się długo zastanawiać kto to.
- Sama nie wiem.- mruknęłam zirytowana.
- Przestań!- usłyszałam.
- Że co?
- Ooo...to nie do Ciebie.- rzucił Sam, nadal się śmiejąc. Po chwili dodał ściszonym głosem:- Odrey przestań mnie łaskotać, nie widzisz, że rozmawiam?
- Widzę, że jesteś zajęty. Nie będę zabierać Ci cennego czasu.- powiedziałam gniewnie.
- Oj Jess, daj spokój! Nadal się gniewasz?- spytał Sam. Nie wiedziałam teraz czy pyta na poważnie czy po prostu nabija się ze mnie. Głupio mi było z nim gadać, gdy każde moje słowo słyszała ta wydra.
- Pogadamy jak będziesz sam.- dodałam i rozłączyłam się.
Wściekła rzuciłam telefon na pralkę, ale ten z niej spadł i odbił się od podłogi.
- Niech to szlag.- zaklęłam pod nosem. Podniosłam się z wanny i okryłam się miękkim ręcznikiem. Zawinęłam jeszcze włosy w drugi ręcznik. Schyliłam się i podniosłam telefon i wyszłam z łazienki. Podeszłam do lodówki, z której wyciągnęłam karton soku pomarańczowego i napełniłam nim szklankę, wyciągniętą z szafki. W drodze powrotnej zdążyłyśmy zrobić zakupy. Wzięłam sok i opadłam na kanapę tuż obok Kate. Moja przyjaciółka przez cały czas bacznie mi się przyglądała, jednak ja nie odzywałam się.
- I co, pogadaliście?- spytała ostrożnie. Wzięłam spory łyk soku i kiwnęłam głową. Kate jednak nie dawała za wygraną.- Wszystko w porządku?
- Oczywiście. Ktoś taki jak Odrey Hudberne nie będzie mi psuł nastroju.- powiedziałam dobitnie.
Przez chwile w ciszy oglądałyśmy jakiś serial. Kate co chwila na przemian otwierała i zamykała usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale wolała nie ryzykować.
- No wyduś to z siebie.- rzekłam zniecierpliwiona. Kate zrobiła duże oczy i wygięła usta w podkówkę, jakby się nad czymś zastanawiała.
- Jessie, nie udawaj przede mną że wszystko jest ok, podczas gdy w środku cała się gotujesz. Jeśli coś jest nie tak, możesz mi to powiedzieć. Lepiej się poczujesz.- powiedziała Kate jednym tchem.
- Kate, naprawdę jest dobrze. Obiecałam sobie, że nie będę się już niczym zadręczać i dotrzymuje słowa.- Kate zrobiła minę jakby nie do końca mi wierzyła, więc ciągnęłam dalej:- No ok, jestem trochę wkurzona na Sama i nie mogę znieść tego, że Odrey się do niego przykleiła. Ale co mogę zrobić...jedynie się z tym pogodzić.
- Wiem, że to dla Ciebie trudne...- mruknęła Kate. Widziałam, że chciała dodać coś jeszcze, ale się powstrzymała. A i ja nie miałam siły tego z niej wyciągać. Cokolwiek to było.
Po prostu się rozłączyła. Trzymałem w ręku telefon patrząc tępo w ścianę. Ona nigdy tego nie robi. Z zamyślenia wyrwały mnie czyjeś ręce, próbujące rozpiąć guziki mojej koszuli. Nie żeby mi się to nie podobało, ale w tej sytuacji nie miałem na nic ochoty.
- Odrey, daj spokój.- odtrąciłem jej ręce. Teraz mogłem już przestać udawać.
- A co to, Sammy jest nie w humorze?- spytała naśladując dziecinny głosik. Dalej miętosiła moją koszulę, co jeszcze bardziej mnie irytowało.
- Tak, jestem nie w humorze.- warknąłem wyrywając się z jej uścisku. Wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Oparłem się jedną ręką o parapet, podczas gdy drugą przeczesałem moje rozczochrane włosy. Wzrok Odrey był jak tysiące noży wbijających się boleśnie w moje plecy. Siedziała dalej na moim łóżku i targała za ucho misia, którego dostałem kiedyś od Jessie. Patrzyła na mnie pożądliwie, a ja myślałem tylko o tym jak się wymknąć. Problem tkwił w tym, że byliśmy u mnie.
- Nie rozumiem o co Ci chodzi. To ta flądra tak Cie rozgniewała?- rzuciła lekceważąco, odrzucając misia. Cała ona. Pyta o coś, co kompletnie ją nie interesuje. Ją nigdy nic nie interesuje. Poza własną osoba oczywiście.
- Coś w tym stylu.- mruknąłem wyglądając przez okno.
- Mogę poprawić Ci nastrój.- powiedziała Odrey mrugając porozumiewawczo i wyciągając do mnie dłoń. Zerknąłem na nią i pokręciłem głową z dezaprobatą. Zrobiła obrażoną minę.
- Powiedz mi coś.- odezwałem się stając przed nią.- Spotykamy się już od tygodnia. Myślisz, że coś nas łączy?
- No jasne.- zamruczała chwytając mnie za pasek od spodni. Przewróciłem oczami zniecierpliwiony.
- Poza seksem Odrey.- warknąłem. Puściła mnie i popatrzyła na mnie jakby nie do końca rozumiała o co mi chodzi.
- Od kiedy stałeś się taki zasadniczy?- prychnęła Odrey krzyżując ręce na piersi.
- To nie kwestia zasad tylko zdrowego rozsądku.- odparłem chłodno. Dziewczyna zaśmiała się sztucznie, ale nic nie odpowiedziała. Spojrzałem na nią. Miała farbowane, lekko pofalowane blond włosy sięgające ramion. Często przeczesywała je ręką, dumna ze swej urody. Swoją prawdziwą twarz ukrywała pod warstwą makijażu. Długie rzęsy były pomalowane czarnym tuszem, na policzkach dostrzegłem róż, a na ustach szminkę. Tak naprawdę sam nie wiedziałem czy jest ładna. Była atrakcyjną kobietą, trudno było oderwać wzrok od jej krągłości. Dlatego wielu facetów się za nią oglądało. Nawet ja. Niestety miała paskudny charakter. Tak było za czasów liceum i tak jest teraz. Dlaczego więc się z nią spotykam? Dobre pytanie...
Odrey w końcu przestała się bawić włosami i podeszła do mnie .
- To co, przestajemy się w końcu gniewać? Bo tracimy tylko czas na gadaniu głupot.- zaświergotała obejmując mnie ramionami. Nie zrobiło to na mnie wrażenia. Lecz mimo to objąłem ją i przyciągnąłem do siebie. Zamruczała triumfalnie, wiedziała, że znów wygrała. Wpiła się łapczywie w moje usta, a ja posłusznie się jej poddałem. Zauważyłem jednak, że nie sprawiało mi to już przyjemności. Nie tak jak na początku. W końcu odkleiła się ode mnie, a ja czułem jej szminkę na wargach.
- No widzisz, jak chcesz to potrafisz.- Odrey zaśmiała się jadowicie. Poczułem wściekłość, ale nie chciałem dać tego po sobie poznać. Posłałem jej swój wymuszony uśmiech i powiedziałem sarkastycznie:
- Jak Ty mnie dobrze znasz.
- Wiem o tym.- Odrey nie dosłyszała widocznie ironii w mym głosie.- A Ty chciałeś mi wmówić, że nie pasujemy do siebie!
- Jak mogłem powiedzieć coś tak głupiego.- mruknąłem przewracając oczami.
- No właśnie! Tez tego nie rozumiem!- zaśmiała się Odrey. Westchnąłem ciężko. Zastanawiałem się jak długo jeszcze będę ciągnął tę szopkę. Odrey przestała się śmiać i popatrzyła na mnie z tym swoim wrednym uśmieszkiem.- Jest jeszcze jedna sprawa do załatwienia.
- Jaka sprawa?- zdziwiłem się.
- Chodzi o Jessie. Myślę, że dla mojego i twojego dobra będzie lepiej jeśli przez jakiś czas nie będziesz się do niej odzywał.- wyjaśniła. Poczułem się tak jakby cegła opadła mi na dno żołądka. Tymczasem Odrey ciągnęła dalej:- Nie dzwoń, nie pisz. Nie odbieraj jej telefonów. Po prostu nie zawracaj sobie nią głowy.
- Dlaczego?- wyjąkałem tylko.
- Teraz masz mnie. Ona już nie jest Ci potrzebna. Zniknęła z Twojego życia.- rzekła jadowicie. Powoli przestało do mnie docierać to co do mnie mówiła. A może Odrey ma racje? Szybko otrząsnąłem się z szoku.
- Taaak...mam Ciebie.- mruknąłem. Coraz bardziej przestawało mnie to bawić.
- Ciesze się, że się zrozumieliśmy.- powiedziała zadowolona Odrey. Opuszczały mnie resztki wolnej woli. Byłem marionetką w jej ręką. Normalnie nie pozwoliłbym na to. Ale nie jestem już sobą. Bez Niej to wszystko już nie ma znaczenia.
- Jak spędzimy resztę wieczoru?- zapytałem bawiąc się suwakiem jej różowej bluzy. Chciałem już przestać o tym myśleć. Oczy Odrey zalśniły się pożądliwie.
- No wiesz...za godzinę zaczyna się impreza u Bena.- powiedziała gładząc mnie po brzuchu i patrząc mi w oczy.- Ale myślę, że mamy jeszcze trochę czasu.
To powiedziawszy pociągnęła mnie w stronę łóżka.
Robię z siebie kompletnego idiotę.
- Cholera Kate, czy możesz mnie wreszcie zostawić? -zaśmiałam się . Siedziałam przed nią na krześle, a lampa oświetlająca moja twarz oślepiała mnie. Uchyliłam lekko jedno oko i zobaczyłam jak Kate zbliża się do mnie z pędzlem w jednej ręce i pudrem w drugiej.- O nie, Tylko nie to!
- Jess, przestań zachowywać się jak dziecko!- Kate zacmokała niecierpliwie.- Musimy zrobić z Ciebie człowieka.
- A kim według Ciebie jestem?- nabijałam się dalej.
- Ciężko stwierdzić.- mruknęła Kate lustrując każdy centymetr mojej twarzy.- Przydałoby się wyregulować Ci brwi.
- Nigdy w życiu!- krzyknęłam zasłaniając twarz rękami.
- Przestań, bo rozmażesz tusz!- skarciła mnie Kate, więc posłusznie się wyprostowałam.
- I po co tyle zachodu?- jęknęłam gdy przejeżdżała mi pędzlem po twarzy.
- Nie możesz pokazać się na imprezie w „Star” w takim stanie!- powiedziała po raz kolejny Kate.
- A nie mówiłaś przypadkiem, że to zamknięta impreza?- próbowałam się wykręcić.
- Zgadza się, ale mówiłam też, że Harry dał mi darmowe wejściówki. W ogóle mnie nie słuchasz.- zauważyła Kate.
- Co Ty gadasz, cały czas Cię słucham.- rzekłam wymijająco.
- Przestań marszczyć to czoło.- powiedziała Kate profesjonalnym tonem. Tylko pokazałam jej język.- A tak w ogóle to zauważyłam, że ostatnio dziwnie się zachowujesz.
- Co masz na myśli?- spytałam.
- Od tygodnia chodzisz uśmiechnięta, radosna, szczerzysz się do obcych ludzi na ulicy...to do Ciebie nie podobne.- wyjaśniła Kate.- A teraz co? Dałaś mi się umalować!
- Chciałam zrobić Ci przyjemność.- powiedziałam uśmiechając się do niej.
- Przyznaję, że to był tylko taki mały teścik, żeby sprawdzić czy wszystko z Tobą ok, ale doceniam twój gest. Doprowadzanie Cie to stanu używalności to nie lada przyjemność.- zakpiła Kate.
- Że co? To był tylko test? Wcale nie musiałaś mnie malować?- zdziwiłam się.
- No...nie wyglądasz tak źle...- rzekła Kate. Najeżyłam groźnie brwi.- To znaczy wiesz...jesteś bardzo ładna i w ogóle, ale przydały się małe poprawki.
- Skończyłaś już?- jęknęłam niecierpliwie.
- Już prawie...- mruknęła Kate przejeżdżając pędzlem po mojej twarzy i przyglądając mi się.- Koniec! Jestem mistrzynią!
- Ach ta skromność!- zaśmiałam się spoglądając na swoje odbicie w lustrze. Musiałam przyznać, że wyglądałam całkiem ładnie. Długie rzęsy podkreślone miałam czarnym tuszem i podkręcone, na powiekach połyskiwał srebrno-szary cień, a na ustach widniał dyskretny błyszczyk. Nie pamiętam kiedy ostatnim razem miałam na sobie makijaż. Podobało mi się to co zrobiła ze mną Kate, jednak wole mój naturalny wygląd.
- I jak?- usłyszałam głos Kate.
- Świetnie się spisałaś.- pochwaliłam ją. Kate odetchnęła z ulgą.
- Co za ulga! To teraz możemy znaleźć kreacje!- ucieszyła się Kate i podskoczyła do szafy.
- A nie mogę po prostu iść w moich jeansach?- spytałam, choć czułam że mogę przypłacić to życiem. I nie myliłam się. Gdy tylko to powiedziałam Kate odwróciła się i zmierzyła mnie surowym spojrzeniem.
- Chyba sobie żartujesz! To nie jest jakaś tam impreza! To ekskluzywne przyjęcie i masz wyglądać jak należy!- fuknęła na mnie.
- Ok, przepraszam, zachowałam się jak gówniarz.- mruknęłam pod nosem.
- Nie da się ukryć.- zgodziła się ze mną Kate.- A teraz idź znaleźć coś dla siebie na wieczór.
- Cokolwiek rozkażesz!- zaśmiałam się szczerząc do niej zęby. Kate popatrzyła na mnie jak na wariatkę i powiedziała:
- Ciekawe co by Sam powiedział gdyby Cię taką zobaczył.
W tym momencie poczułam się jak ściana ze szkła, w którą ktoś uderzył młotkiem. Rozpadłam się na kawałeczki. Na tysiące maleńkich ostrych odłamków, które bezlitośnie raniły moje serce. Poczułam, że cała drętwieje, nie mogłam się ruszyć.
- Nic ci nie jest?- usłyszała głos Kate, która bacznie mi się przyglądała. Nie chciałam, żeby coś po mnie poznała, więc uśmiechnęłam się figlarnie i odparłam:
- Wszystko w porządku, zamyśliłam się trochę nad tą imprezą w „Star”.- rzuciłam beztrosko, lecz głos trochę mi zadrżał. Mam nadzieje, że Kate tego nie wyłapała.- Dobrze, idę się ubrać.
To powiedziawszy wpadłam pędem do mojego pokoju. Trzasnęłam drzwiami, może trochę za mocno i oparłam się o nie plecami. Oddychałam ciężko. A tak się starałam...przez cały tydzień próbowałam sobie wmówić, że wszystko ze mną w porządku, że potrafię żyć normalnie...Widocznie w moim przypadku nie jest to takie proste.
Zjechałam po drzwiach na ziemie do pozycji siedzącej i ukryłam twarz w dłoniach. Gdy tylko zamknęłam oczy widziałam jego roześmianą twarz. Czułam się przez to jeszcze gorzej.
- Słucham?- usłyszałem w słuchawce głos Kate.- To ja.- odparłem.- Sam?- zdziwiła się Kate, ściszając głos.- Co tam słychać?- Co z Jessie?- przeszedłem od razu do sedna ignorując jej pytanie.- Jak to co? Nic się z nią nie dzieje przecież.- odparła zaskoczona dziewczyna.- Czemu pytasz? Jest coś o czym nie wiem?- Po prostu chciałem się dowiedzieć co u niej słychać.- rzekłem wymijająco.- A nie możesz po prostu sam do niej zadzwonić? Na pewno by się ucieszyła.- powiedziała Kate. Westchnąłem ciężko.- Nie mogę. Nie zrozumiesz tego. Powiedz mi tylko czy wszystko z nią w porządku.- powiedziałem smutnym głosem.- W co Ty się znów wpakowałeś? Zresztą nieważne...i tak mi nie powiesz.- rzekła Kate.- Z Jessie dzieje się coś dziwnego.- W jakim sensie dziwnego?- zaniepokoiłem się. Wiedziałem. Czułem, że coś jest z nią nie tak.- Raz jest załamana, raz zdenerwowana, a teraz od tygodnia chodzi uśmiechnięta. To do niej nie podobne.- wyjaśniła Kate.- Domyślasz się czemu jest taka?- dopytywałem się.- Wydaje mi się, że na siłę próbuje odepchnąć od siebie wspomnienia, myśli o Tobie. Chwilami jej się to udaje. Ale wystarczy, że zobaczy coś co się jej z Tobą kojarzy, albo usłyszy Twoje imię...od razu się załamuje.- mówiła Kate, a ja czułem się okropnie.- Zrób coś, zabierz ja gdzieś, niech się rozerwie.- doradzałem jej. Byłem taki bezradny.- Dzisiaj zabieram ją na imprezę do klubu w którym pracuje. Niby udawała, że się cieszy, ale ja wiem że to tylko gra. Najchętniej zostałaby w domu ze swoimi myślami.- tłumaczyła mi Kate.- Naprawdę chciałabym jej pomóc, ale ja tu nic nie zdziałam. Ty to spowodowałeś i Ty to musisz naprawić.- A co ja mogę zrobić? Dobrze wiesz, że ja też jej nie potrafię pomóc.- broniłem się.- Oboje wiemy co możesz zrobić. Albo raczej co musisz zrobić.- Kate dalej mnie atakowała i mi kończyły się już argumenty.- Nie wiem o co Ci...- Dobrze wiesz o co mi chodzi! Rozmawialiśmy już o tym!- Kate podniosła głos. No tak, wiedziałem o czym mówi, ale nie chciałem się do tego przyznać.- Kate, to nie takie proste...staram się ułożyć sobie życie bez niej...dlaczego chcesz mi w tym przeszkodzić?- spytałem.- Ale co to za życie? Zrozum to, że Jessie cierpi.- Kate posmutniała.- Ja też cierpię.- mruknąłem do słuchawki. Nagle drzwi mojego pokoju otworzyły się i pojawiła się w nich Odrey.- Z kim rozmawiasz?- warknęła patrząc na mój telefon.- Z nikim.- rzekłem rozłączając się. Odrey podeszła do mnie i szybkim ruchem wyrwała telefon z mojej ręki. Nie protestowałem, bo ostatnio często to robiła. Widziałem, że przegląda listę ostatnich połączeń z wyraźnym rozczarowaniem.- Masz szczęście.- fuknęła oddając mi telefon.- Przecież obiecałem.- powiedziałem głosem pozbawionym uczuć.
Nie wiem jak długo tak siedziałam. Nie spałam, nie rozmyślałam, nie marzyłam. Po prostu byłam. Jak pusta muszla. Nagle z tego dziwnego transu wybudziło mnie pukanie do drzwi.- Jessie, wiesz już w czym pójdziesz?- usłyszałam Kate. Cicho podniosłam się z podłogi i otworzyłam drzwi.- Co się stało?- Jak to co? Nic mi nie jest.- powiedziałam. Próbowałam się uśmiechnąć, ale mi się to nie udało. Kate uniosła brwi- To dlaczego płaczesz?- spytała. Dotknęłam policzków i poczułam na nich łzy. Wytarłam je pospiesznie. Nawet nie pamiętam żebym płakała.- Coś mi wpadło do oka.- rzekłam wymijająco. Wiedziałam, że Kate mi nie wierzy, ale nie miałam zamiaru jej przekonywać.- Idę się przejść.- Co? Teraz? Przecież impreza jest za 3 godziny.- przypomniała mi Kate.- Zdążę wrócić. A jeśli nie, to trochę się spóźnię.- zapewniłam ją.- Na pewno? Zależy mi na tym żebyś była..- martwiła się Kate.- Oczywiście. Możesz na mnie liczyć.- odparłam, zakładając buty.- Dokąd idziesz?- zapytała Kate, patrząc jak sznuruje buty.- Nie wiem. Chce pooddychać świeżym powietrzem.- wyjaśniłam zakładając czarną bluzę z kapturem. Wzięłam jeszcze moje klucze i telefon i wybiegłam z mieszkania zanim Kate zdążyła jeszcze coś powiedzieć lub mnie zatrzymać. Zbiegłam po schodach w szaleńczym tempie. W pewnej chwili wpadłam na jakiegoś chłopaka, ale nie obchodziło mnie to, nawet go nie przeprosiłam i zobaczyłam jak wygląda. Było mi wszystko jedno. Gdy znalazłam się na ulicy poczułam chłód. Jak na koniec czerwca było naprawdę chłodno. Trudno było mi się odzwyczaić od słonecznego Los Angeles. Wokół mnie kłębiło się mnóstwo ludzi, którzy gdzieś się spieszyli i non stop mnie popychali. Do tego ten nieznośny hałas. Miałam tego dość, dlatego wsiadłam w pierwszy lepszy autobus z nadzieją, że uwolni mnie od tego tłoku. Niestety w było w nim pełno ludzi. Autobusem co chwile szarpało tak, że po chwili wpadłam na jakiego mężczyznę. Przeprosiłam go szybko, ale on popatrzył na mnie jak na wariatkę i burknął coś gniewnie pod nosem. Czy wszyscy są tu tacy niemili? Chwyciłam się kurczowo metalowej rurki, opierając o nią rozpalone czoło. Jej chłód przynosił chwilową ulgę. Zamknęłam oczy i przysłuchiwałam się odgłosom, które mnie otaczały. Z przodu kierowca sprzedawał bilety podróżnym, tuż obok mnie dwie staruszki rozmawiały o tym co którą boli, a za mną ktoś głośno słuchał muzyki przez słuchawki. Ten rozgardiasz działał na mnie usypiająco. Po chwili poczułam jak ktoś mnie szarpie za ramię. Powoli otworzyłam oczy i zobaczyłam uśmiechniętą twarz mojego przyjaciela.- Sam?- spytałam zaspana.- Tak, to ja.- zapewnił mnie uśmiechając się jeszcze szerzej.- To niemożliwe!- zawołałam rzucając się mu na szyje, pomimo tłoku i narzekania podróżnych. Nic się nie liczyło, oprócz Sama, który przytulał mnie mocno do siebie. Poczułam ogromną ulgę. To był lek, na całe moje cierpienie.- Teraz już wszystko się ułoży, zobaczysz.- powiedział Sam, głaszcząc mnie po plecach.- Co Ty tutaj robisz?- spytałam nie mogąc w to wszystko uwierzyć. Sam popatrzył na mnie i przewrócił oczami jak to miał w zwyczaju. Uwielbiałam to.- Oj Jess, czy Ty musisz wszystko wiedzieć? Po prostu jestem i już!- zaśmiał się, bawiąc się kosmykiem moich włosów.- Tak, muszę.- odparłam szczerząc się.- Uparta jak zawsze. Skoro już musisz wiedzieć, to przyjechałem odwiedzić brata, a przy okazji Ciebie.- wyjaśnił Sam.- Jakoś nie chce mi się w to wierzyć.- powiedziałam z niedowierzaniem.- No ok, przyjechałem odwiedzić Ciebie, a przy okazji Deana. Zadowolona?- rzekł zniecierpliwiony Sam.- To co robimy? Może pokażesz mi wasze mieszkanie?- Pewnie!- ucieszyłam się.- Tylko jest mały problem. Nie wiem dokąd jedzie ten autobus.- No tak. Ja tez tego nie wiem.- przyznał Sam.- Jak to? To co w nim robisz?- zdziwiłam się.- Przecież wsiadłem zaraz za Tobą.- wytłumaczył się Sam.- Lepiej wysiądźmy jak najszybciej, a potem znajdziemy jakąś drogę powrotną.- postanowiłam, a Sam przytaknął mi z uśmiechem. Zaczęłam więc przeciskać się do drzwi, lecz straciłam równowagę i upadłam na ziemię. Zakręciło mi się w głowie.- Panienko, nic Ci nie jest?- usłyszałam czyiś głos. Otworzyłam oczy i zobaczyłam kierowcę.- Co się stało?- wyjąkałam rozglądając się. W autobusie było całkiem pusto. Żadnego śladu po Samie...- Nie wiem dokładnie. Musiała pani zasnąć i upaść, gdy gwałtownie zahamowałem. To ostatni przystanek.- odparł kierowca.- Ostatni? To gdzie ja jestem?- zdziwiłam się.- Nie wie pani gdzie jechała? Jesteśmy na Manhattan Beach.- powiedział kierowca.- A to daleko od centrum?- spytałam głupio.- Kawałek pani zajechała. To jakieś 2 godziny drogi stąd.- odpowiedział kierowca.- Ile?- wyjąkałam.- A jedzie pan teraz z powrotem?- Niestety nie. Dziś już w stronę centrum nie jedzie żaden autobus.- Jak to? To niemożliwe, żeby nie jechał żaden autobus...- Panienko, jest po 5, w dodatku sobota. Wsiadła pani w ostatni autobus, więcej dzisiaj nie pojedzie.- rzekł zniecierpliwiony kierowca.- Przykro mi, nic nie mogę zrobić.- Dobrze, dziękuje.- mruknęłam i wyszłam z autobusu. No i co teraz? Jak się wyplątać z tej chorej sytuacji? Co mówił ten kierowca? Jest już 5? O nie...Kate mnie zabije...za godzinę impreza...Rozejrzałam się. Znajdowałam się w niewielkim miasteczku. Stało tu kilka domów, a gdzieniegdzie kręcili się jacyś ludzie. Może oni mi pomogą?- Przepraszam!- zawołałam i podbiegłam w kierunku staruszki, która stała niedaleko. Niestety mnie nie usłyszała więc podeszłam do niej bliżej i poklepałam ją lekko w ramię. Ta odwróciła się przestraszona i popatrzyła na mnie zaciekawiona.- Dzień dobry! Zgubiłam się. Czy mogłaby mi pani powiedzieć jak dotrzeć do centrum Nowego Jorku?- Słucham? Nic nie słyszę panienko.- odparła staruszka zachrypniętym głosem. Westchnęłam. To trochę potrwa.- Jak mogę dotrzeć do Nowego Jorku? Zgubiłam się.- powtórzyłam zdecydowanie głośniej.- Co? Musisz mówić głośniej kruszyno, to nie te lata, żebym musiała słyszeć wszystko co inni do mnie mówią.- wychrypiała babcia. Zniecierpliwiłam się jeszcze bardziej. Od niej chyba nic nie wyciągnę.- Pomóc Ci w czymś?- aż podskoczyłam, gdy usłyszałam głos za plecami. Była to młoda kobieta. W jednej ręce trzymała siatkę z zakupami, a drugą trzymała za rękę małego chłopca, który ciągle jej się wyrywał. Wpatrywała się we mnie wyczekująco.- O tak. Właśnie pytałam o drogę tę staruszkę, ale chyba jest kompletnie głucha.- wyjaśniłam. To był jednak błąd, bo starsza pani popatrzyła na mnie gniewnie i warknęła:- Ja Ci dam głuchą!- zaskrzeczała i uderzyła mnie torebką.- Aaa! Przepraszam, nie to miałam na myśli!- zawołałam, rozmasowując brzuch, w który mnie uderzyła.- Żadnego szacunku dla starszych!- rzuciła jeszcze babcia po czym poczłapała dalej.- Nie przejmuj się nią, Gertruda słyszy tylko to co chce.- zachichotała kobieta.- Mówiłaś, ze pytałaś o drogę, gdzie chcesz dotrzeć?- Do centrum nowego Jorku. Przez przypadek wsiadłam w zły autobus i dojechałam aż tutaj.- wyjaśniłam kobiecie moją sytuację.- Och to niedobrze. Bo dziś nie pojedzie już stąd żaden autobus.- odparła kobieta marszcząc czoło.- Musi być jakiś sposób, aby się tam dostać.- zastanawiałam się.- Może znajdziesz kogoś kto Cię zawiezie?- podsunęła kobieta.- Nikogo tu nie znam...pozostaje mi jedynie łapać stopa.- westchnęłam.- To niebezpieczne, nigdy nie wiadomo na kogo się trafi.- kobieta odradzała mi ten pomysł.- A co innego mogę zrobić? To jedyne wyjście.- powiedziałam.- No cóż...chyba masz racje. W takim razie życzę powodzenia.- kobieta uśmiechnęła się do mnie serdecznie.- Dziękuję za pomoc.- podziękowałam i poszłam dalej. Co ja teraz zrobię. Nie chce łapać stopa, nie mam też zbyt wielu pieniędzy. Brawo Jessie, znowu wpakowałaś się w kłopoty!Przeszłam jeszcze kawałek, przyglądając się schludnym, małym domkom i zadbanym trawnikom, gdy usłyszałam wołanie.- Hej Ty!Odwróciłam się i ujrzałam kobietę, która oferowała mi pomoc.- Tak?- zdziwiłam się, gdy ją zobaczyłam.- Mam teraz wyrzuty sumienia, że Ci nie pomogłam.- odparła kobieta, dysząc ze zmęczenia.- Niech się pani nie obwinia, ja sobie jakoś poradzę.- uspokoiłam ją.- Ale może jednak mogę coś dla Ciebie zrobić?- spytała kobieta z uśmiechem.- Nie, naprawdę dam sobie radę. Zadzwonię w parę miejsc i ktoś po mnie przyjedzie.- skłamałam. Niby do kogo miałabym zadzwonić? Do Kate, która od razu robiłaby mi wyrzuty, że się spóźniam? Ona nawet nie ma samochodu. Do mojego brata Jasona, który jest w Los Angeles i niezbyt za mną przepada? Do rodziców, którzy nie są moimi rodzicami? Do któregokolwiek z moich znajomych z Los Angeles? Przecież są na drugim końcu kontynenty. Do Sama? Nie! Dziewczyno weź się w garść! Jego już nie ma!- To może zaczekasz na znajomego u mnie? Odpoczniesz przynajmniej.- zaproponowała kobieta sprowadzając mnie na ziemie.- Naprawdę nie trzeba, nie chce robić kłopotu.- powiedziałam, ale mimo wszystko byłam jej wdzięczna. Nie znała mnie przecież...- To żaden problem! Chodź, napijemy się u mnie kawy.- kobieta pociągnęła mnie za sobą.Doszłyśmy do niewielkiego białego domu, z dużym garażem i ogrodem z mnóstwem kwiatów. Na skrzynce na listy, zobaczyłam napis „Michel”. Przed domem mały chłopiec, który był ze swoją mamą wcześniej, bawił się z pięknym złocistym labradorem.- Simon, przestań ciągnąć Maxa za uszy! Wiesz, że tego nie lubi!- kobieta zganiła syna.- Ale mamo, Max lubi jak tak robie!- pisnął Simon niewinnym głosikiem.- No dobrze, baw się grzecznie, ale nie wychodź na ulicę!- ostrzegła go mama.- Dobrze mamusiu!- zgodził się chłopiec, patrząc na mnie z zaciekawieniem.Przeszłyśmy przez podjazd i weszłyśmy do domu. Pani Michel zaprowadziła mnie do kuchni, gdzie nastawiła wodę na kawę i zaczęła chować zakupy do szafek.- Proszę, usiądź.- wskazała mi krzesło przy stole kuchennym. Tuż obok, za ścianą dało się słyszeć dźwięk gitary elektrycznej. Kto mógł tak świetnie grać?- Nie powiedziałaś mi jeszcze jak się nazywasz.- Jessie. Jessie Willys.- odpowiedziałam niepewnie, wyrwana z rozmyślań.- Ma pani piękny dom.- Dziękuje.- kobieta uśmiechnęła się z dumą.- Mieszkamy tu od niecałego oku, ale już zdążyliśmy się zaaklimatyzować. Pijesz z cukrem i śmietanką?- Tylko ze śmietanką.- odpowiedziałam, rozglądając się po kuchni.- Mieszkasz w Nowym Jorku, tak?- dopytywała się pani Michel siadając na drugim krześle i podając mi kawę. Dźwięki zza ściany się pogłębiły, dlatego pani Michels wstała i podeszła do drzwi ogrodowych i zawołała przez nie:- Vince, jeśli się ściszycie tego łomotu, odłączę wam zasilanie!Ten „łomot”, jak to nazwała pani Michels, ucichł, ale nieznacznie.- Przepraszam Cię, to mój najstarszy syn i jego koledzy mają te ich tak zwaną „próbę”. Nie wiem po co się na to godziłam, teraz nie da się tego wytrzymać, ale niestety mamy duży garaż. Pomyślałby kto, że w ich wieku, ma się ochotę na takie wygłupy.- narzekała pani Michels.- O czym to my mówiłyśmy...a no tak, o Nowym Jorku. Mieszkasz tam?- Tak, od dwóch tygodni. Zamieszkałyśmy tu z przyjaciółką.- powiedziałam biorąc łyk kawy. Była taka dobra, jak ta którą robiła moja mama. Zadrżałam. Szybko odegnałam przykre wspomnienia.- Stało się coś? Nie smakuje Ci?- pani Michel była świetną obserwatorką.- Nie, jest gorąca.- wyjaśniłam wymijająco.- Skąd w takim razie pochodzisz?- spytała kobieta popijając swoją kawę.- Z Los Angeles.- rzekłam wzdychając ciężko.- To kawał drogi stąd! Pewnie bardzo tęsknisz za domem.- zauważyła pani Michels.- Nie. To znaczy...może trochę.- posmutniałam.- Przepraszam, że tak wypytuje. Czasami trudno mi zapomnieć o tym, że nie jestem już w pracy.- zaśmiała się pani Michels.- Jest pani psychologiem?- zgadywałam.- Zgadza się.- powiedziała z uśmiechem.- Nie przeszkadzają mi pani pytania.- powiedziałam zgodnie z prawdą. Przez następne kilkanaście minut rozmawiałyśmy o mnie,o niej i o innych życiowych sprawach. Dowiedziałam się, że ma trójkę dzieci, a ich ojciec zostawił ich rok temu. Od tej pory musi godzić obowiązki domowe, pracę i wychowanie dzieci. Poczułam do niej ogromny szacunek. Niewiele kobiet jest na tyle silnych by poradzić sobie z tym wszystkim. Bardzo dobrze się z nią rozmawiało. Tak jakby to była koleżanka z dawnych lat.- Wiesz Jessie, powiem Ci szczerz, że odkąd zaczęłyśmy rozmawiać na ulicy zauważyłam, że masz coś niezwykłego w sobie.- powiedziała znienacka pani Michels.- Co ma pani na myśli?- zdziwiłam się, odkładając na stół pusty kubek.- Widać, że masz niezwykłą osobowość, bardzo rozbudowaną...ale choć starasz się to ukryć, jesteś bardzo smutna. I trwa to już od jakiegoś czasu.- wyjaśniła. Wciągnęłam głośno powietrze i otworzyłam usta ze zdumienia. Potem zamknęłam je i znów otworzyłam i tak w kółko. Nie wiedziałam co powiedzieć. Pani Michels przyjrzała mi się uważniej.- Trafiłam w sedno, prawda?Nic nie powiedziałam, ale nieśmiało kiwnęłam głową. Kobieta pokiwała ze zrozumieniem głową.- Nie musisz mi nic mówić. To nie moja sprawa.- uspokoiła mnie pani Michels. Nagle do kuchni z krzykiem wbiegła mała dziewczynka w sukience z falbankami i zaczęła się żalić mamie.- Mamusiu! Max mnie przewrócił! To przez Simona, rozgniewał go! Oj, oj moja rączka!- załkała dziewczynka.- Co się stało kochanie? Ojoj...to tylko małe otarcie, nic Ci nie będzie królewno! Do wesela się zagoi!- powiedziała pani Michels pieszczotliwie, po czym zwróciła się do mnie:- Jessie, poczekasz chwilę? Muszę opatrzyć jej rękę i porozmawiać z synem. Rozgość się.- Oczywiście.- zapewniłam ją z uśmiechem.- Ciesze się. No choć kochanie, zaraz naprawimy twoją rączkę. Niedobry Simon, zaraz sobie z nim porozmawiam. A mówiłam, żeby nie drażnił Maxa.- powiedział kobieta wychodząc z kuchni.Siedziałam tak z ciszy, przerywanej jedynie tykaniem zegara ściennego i odgłosami dochodzącymi z garażu. Skoro jestem teraz sama i nie mam co robić, to może zobaczę kto tam gra?Wstałam więc i wyszłam na zewnątrz. Podeszłam do garażu, który teraz był otwarty i schowałam się za futryną, by móc podsłuchać co tam się dzieję, zostając przy tym niezauważona.- ...stary, za szybko chodzisz z tą solówką! Ile razu mam Ci to jeszcze powtarzać!- Spoko, potrzebuje trochę czasu, żeby to załapać!- Nie rozumiesz, że musimy mieć to dopracowane do perfekcji? Jak mamy cokolwiek osiągnąć, jak Ty co chwile się gubisz?!- Właśnie! Ćwiczymy to już od paru dni!- Kyle, ty się nie odzywaj bo bębnić to ja tez bym potrafił!- Myślisz, że to takie proste? Chodź i sam spróbuj, jak jesteś taki mądry!- Nawet po pijaku byłbym od Ciebie lepszy!- Chłopaki dajcie spokój! Poćwiczymy jeszcze trochę i będzie dobrze, tak? Tak?! Jakoś nie wiedzę przekonania...Kyle, to że grasz na perkusji nie znaczy, że to banalnie proste i każdy to umie. Jestes w tym naprawdę świetny! A ty Wally, jesteś bardzo dobrym gitarzystą, ale musisz dużo ćwiczyć! Zobaczycie, jeszcze podbijemy świat!- O tak, masz racje!- Taaa...jasne...może jeszcze włączymy sobie jakąś smutną piosenkę i zatańczymy do niej wolnego? Albo lepiej, poprzytulamy się, popłaczemy, pożalimy się jacy jesteśmy beznadziejni i nikt nas nie kocha?- Bardzo śmieszne Wally...- To dajcie wreszcie spokój z tym podlizywaniem się i bierzmy się do roboty! Za godzinę jedziemy do Nowego Jorku, nie marnujmy czasu!Że co?! Do Nowego Jorku? Czy ja dobrze usłyszałam? Podeszłam trochę bliżej i oparłam się o kosz na śmieci by lepiej słyszeć, lecz kosz się przewrócił, a co za tym idzie – ja też.- Aaa!- krzyknęłam i padłam na ziemię. Miałam mroczki przed oczami. Nagle dostrzegłam trzy głowy wiszące nade mną. Nie wiedziałam już, czy to halucynacje czy rzeczywistość.- Kto to?- Podsłuchiwała nas?- Co tu robi?- Hej Ty! Kim jesteś i co tu robisz?- zwrócił się do mnie blondyn.- Eee...ja...nie wiem...-wyjąkałam, czując jak głowa mi pęka.- Chyba ma wstrząs mózgu...- zauważył drugi blondyn w czapce z daszkiem.- Albo w ogóle jest świrnięta.- dodał brunet. Wkurzył mnie.- Uważaj co mówisz!- warknęłam.- Bo co mi zrobisz?- odparował brunet.- Wally daj spokój! Chyba rozumiem o co tu chodzi...to pewnie nasza fanka, chowała się przed nami by poznać tajemnice naszego sukcesu!- powiedział z uśmiechem blondyn w czapce.- Chyba Ci odbiło Vince! Nie wygląda na fankę.- wredny brunet zaczął mi się przyglądać.- Ale spryciula, chciała zdobyć nasz autograf zanim jesteśmy sławni. A za kilka lat będzie on wart kupę kasy!- zaśmiał się blondyn.- Trzeba było tak od razu!- powiedział chłopak o imieniu Vince i pomógł mi wstać. Ledwo trzymałam się na nogach, ale nie straciłam równowagi. Wreszcie mogłam im się przyjrzeć. Vince był wyższy ode mnie, miał dłuższe blond włosy, które skrywał pod czarną czapką z daszkiem. Był całkiem przystojny. Za to koleś który na mnie napadł, czyli Wally był bardzo wysoki, miał proste brązowe włosy i mocne spojrzenie. Nie mogłam stwierdzić czy był przystojny, bo nie chciałam zbyt długo się na niego gapić, a gdyby zauważył że się mu przyglądam, pewnie to byłaby ostatnia rzecz w moim życiu. Najniższy z całej trójki był Kyle, blondyn, ze starannie zaczesaną grzywką na prawy bok i niebieskimi oczami. Widać, że przykładał dużą wagę do swego wyglądu, choć ani trochę nie był w moim typie.- Hej! Jesteś z nami jeszcze?- Kyle pomachał mi ręką przed twarzą.- Taaa...jestem.- odparłam po chwili.- Czemu się przed nami chowałaś? Nasze fanki są u nas zawsze mile widziane!- Vince puścił mi oczko.- Może dlatego, bo nie mamy ani jednej.- warknął Wally, a Vince spiorunował go wzrokiem.- Nie, to nie tak...nie jestem waszą fanką.- zaczęłam wyjaśniać, ale Wally nie dał mi dojść do słowa:- To kim w takim razie jesteś? Szpiegowałaś nas?! Mamy wezwać policje?!- Przestań wreszcie!- Vince odciągnął go ode mnie.- Dajmy jej wyjaśnić o co chodzi.- Dzięki.- wyjąkałam nieśmiało, a Vince puścił mi oczko. - To o co chodzi?- dopytywał się Kyle.- No więc jestem z Nowego Jorku i...- następne piętnaście minut zajęło mi wyjaśnianie chłopakom jak się tu znalazłam. Przez ten czas musiałam znosić kąśliwe uwagi Wally'ego i zamartwiać się, że po powrocie Kate mnie zabije.- Bardzo dobrze trafiłaś! Akurat jedziemy do Nowego Jorku na uczelnię, bo pojutrze mamy ostatnie egzaminy.- powiedział Vince.- Mogę się z wami zabrać?- spytałam z nadzieją.- No jasne!- powiedzieli chórem Kyle i Vince. Naprawdę dobrze trafiłam! Głosuj (3)
jessie1 17:25:46 21/12/2010 [
Powrót]
Pozostaw po sobie ślad
Super :)
Mattt 21:28:44 22/04/2011
88-199-86-66.tktelekom.pl | brak www IP: 88.199.86.66
Nawet tam gdzie wszystko się kończy, ja odnajdę swój początek...
|| Szablon wykonała
Jessie tylko i wyłącznie dla
Nawet tam, gdzie wszystko się kończy, ja odnajdę swój początek... ||