Nigdy nie sądziłam, że jestem aż tak głupia. Co ja zrobiłam! To przekracza ludzkie pojęcie. Dalej nie mogę w to uwierzyć. Czyżbym zamieniała się w drugą Kate? To by było możliwe. Bo czy normalna dziewczyna spędza noc z facetem, którego prawie nie zna? Odpowiedź jest oczywista. Tak czy inaczej dzięki mojej głupocie zostałyśmy w Oklahomie kolejną noc.
Ciągle czuję na skórze jego dotyk, słyszę jego głos, mam przed oczami jego twarz.
„Jesteś wspaniała”, szeptał, gdy muskał wargami moją szyję, otulając ją swym słodkim oddechem.
„Jesteś taka piękna”, mówił, gdy błądził palcami wzdłuż linii mojego kręgosłupa, przez co dostawałam dreszczy.
„Zostań ze mną już na zawsze”, prosił wtulając się w moje włosy, opadające swobodnie na poduszkę. A co mogłem na to odpowiedzieć? Nic. Po prostu gładziłam go po jego kasztanowych kosmykach, czując wyrzuty sumienia. Patrzyłam w te piękne oczy, w których odbijał się jasny księżyc i widziałam jak przepełnia go szczęście. Tylko dlaczego nie mnie? Ledwo umiałam wykrzesać z siebie chodź drobinę entuzjazmu i zaangażowania. Nie potrzebnie rozkochałam go w sobie. Nawet nie umiem tego odwzajemnić. Czemu tak było nie wiem. Brad jest bardzo przystojny, ma świetnie umięśnione i zadbane ciało i świetny charakter. Dla wielu kobiet byłby po prostu ideałem. Ale nie dla mnie. Należę do tych kobiet, które całe życie czekają na tą prawdziwą miłość. I chodź po drodze odrzucę wielu naprawdę świetnych kolesi, to wciąż wierzę, że czeka na mnie ktoś odpowiedni. Niestety nie będzie to Brad. A szkoda. Mógłby mi się nawet podobać. Gdy obsypywał mnie pocałunkami, podobało mi się to, czułam w sobie żar nie do opanowania i kierujące mną pożądanie, jednak nie na tyle silne by utrzymać tą znajomość na etapie głębszym niż jedno nocna przygoda.
Czułam się okropnie. Facet mi bardzo pomógł, a ja jak mu się odwdzięczam? Nie wiem co się ze mną stało. Może zmieniam się w jakaś puszczalską. Zadrżałam na samą myśl o tym. To się już nigdy więcej nie powtórzy. Nigdy.
- Szanowni państwo, przed startem prosimy o zapięcie pasów bezpieczeństwa i upewnienie się, że wszystkie telefony komórkowe zostały wyłączone. Życzymy państwu miłej podróży i dziękujemy za wybranie linii Airlines.
O nie, tylko nie to. Nie cierpiałam tego. Szybko chwyciłam pasy wiszące wzdłuż siedzenia i starałam się je zapiać. Trzęsły mi się ręce i ze stresu nie umiałam ich zamocować. Dopiero siedząca obok Kate zlitowała się nade mną i mi pomogła. Nie mogłam pojąc jak może być taka spokojna. Siedziała sobie spokojnie i czytała jakieś pisemko o modzie, którego nie znałam. Ja tymczasem umierałam ze strachu. Zerknęłam w lewy bok i od razu tego pożałowałam. Siedziałam przy oknie i widziałam jak samolot powoli nabiera prędkości i lekko odrywa się od ziemi. Zadrżałam.
- Kate, mogę Cię o coś prosić?- zwróciłam się do niej.
- O co chodzi?- spytała odrywając się od gazety.
- Zamieńmy się miejscami.- pisnęłam.
- Co? Jessie, wolę siedzieć przy przejściu.- jęknęła Kate.
- Proszę...- marudziłam dalej.
- Czemu?- zdziwiła się, zwracając nagle uwagę na młodzieńców siedzących nieopodal niej. Rozmawiali ze sobą po hiszpańsku i śmiali się na cały głos.- Mam tu ciekawe widoki.
- Jeśli nie chcesz zaraz mieć mojego dzisiejszego śniadania na swojej twarzy to lepiej mnie posłuchaj.- ostrzegłam ją.
- Ok, ok, już się robi.- zgodziła się i pospiesznie zaczęła mnie przepuszczać. Chwilę gramoliłyśmy się na siedzeniach, aż w końcu zadowolona siedziałam przy przejściu, za to Kate z kwaśną miną zajęła miejsce przy oknie.
- Widzisz, przy oknie też masz widoki.- uśmiechnęłam się.
- Ale nie takie jak tam.- fuknęła Kate, nawet nie patrząc w stronę okna. Nagle całym samolotem gwałtownie wstrząsnęło. Krzyknęłam, łapiąc się kurczowo siedzenia. Dobrze, że miałam zapięte pasy, bo po chwili pewnie wylądowałabym na ziemi. Wstrząsy powtarzały się co chwilę. Byłam przerażona.
- Co się dzieję, spadamy?- zawołałam.
- Och no tak, zapomniałam Ci powiedzieć, że przy starcie często zdarzają się turbulencje.- powiedziała Kate, nabijając się z mojego wyrazu twarzy.
- Czyli nie spadamy?- dopytywałam się, niewiele z tego rozumiejąc.
- Nie, nie spadamy.- zaśmiała się Kate.- Ale kto wie co będzie dalej...
- Przestań mnie straszyć!- warknęłam na nią. Na szczęście po chwili wstrząsy minęły i wszystko wróciło do normy. Hiszpanie siedzący obok zanosili się śmiechem wskazując na mnie, ale niewiele mnie to obchodziło. Na niewielkim ekranie pojawiła się kontrolka oznaczająca zezwolenie na odpięcie pasów. Rozpięłam je z ulgą, chodź strach jeszcze mnie nie opuścił. Nadal nie znosiłam latania i raczej tego nie polubię. Kate wyciągnęła z torebki swoje mp3 i zaczęła słychać muzyki, nucąc głośno. Ja postanowiłam lepiej wykorzystać te 3 godziny, dlatego wyciągnęłam laptop i zaczęłam szukać mieszkań do wynajęcia w Nowym Jorku. Weszłam na stronę z tego typu ogłoszeniami i rozpoczęłam poszukiwania. Trochę czasu minęło zanim znalazłam coś godnego uwagi. Mieszkania były albo za drogie albo za małe.
- Kate co o tym powiesz: Wynajmę mieszkanie na obrzeżach Nowego Jorku, w dobrym stanie, 2 sypialnie, mała przestronna kuchnia, łazienka. Mieszkanie znajduje się na 3 piętrze, 1200 dolarów za miesiąc, nie wliczając w to rachunków za wodę i prąd. Nieumeblowane.- wyrecytowałam. Ale Kate nie odpowiedziała, dalej zasłuchana. Odwróciłam się więc do niej i wyrwałam jej słuchawki z uszu.
- Ej, to był dobry kawałek!- powiedziała ze złością.
- Mam to gdzieś. Posłuchaj tego.- to powiedziawszy powtórzyłam jej treść ogłoszenia.
- No nie wiem...jak dla mnie to drogo...i jeszcze nie umeblowane.- rzekła Kate, drapiąc się po głowie.
- Też tak sądzę. Ale skusiły mnie zdjęcia. Spójrz na te sypialnie.- powiedziałam podsuwając jej laptop.
- O tak, świetne. Tylko, że to meble poprzedniej właścicielki.- Kate zgasiła mój zapał.- A skąd mamy je wziąć?
- Masz rację.- przyznałam i powróciłam do szukania.- A może to? Młody, atrakcyjny student poszukuje uroczych współlokatorek. Ma do zaoferowania dwa wolne pokoje, otwartą kuchnię i łazienkę do dyspozycji współmieszkanek. Gwarantuję miłą atmosferę i niezapomniane wrażenia. Tylko 1500 dolarów za miesiąc.
- Świetnie. Szczególnie zainteresował mnie ten „młody, atrakcyjny”.- zaśmiała się Kate.
- Niektórzy ludzie mają nienormalne pomysły.- rzekłam z uśmiechem kręcąc głową.
- Albo są wyjątkowo zdesperowani.- dodała Kate.
- A może to twój zaginiony brat bliźniak?- zakpiłam.
- Bardzo śmieszne. Ja nie muszę zamieszczać ogłoszenia, by faceci wpadali w moje sidła.- powiedziała Kate, trzęsąc zalotnie swoim bujnym biustem.
- Taaak...działasz ogłupiająco.- zgodziłam się, nie odrywając oczu od ekranu.
- Eee...Jess?- zagadnęła mnie niepewnie Kate.
- Tak?- spytałam.
- Tak właściwie...to co się wydarzyło między Tobą i Bradem?- wypaliła bez ogródek. Przełknęłam głośno ślinę i westchnęłam.
- A kto Ci powiedział, że coś się wydarzyło?- zapytałam wymijająco.
- Nikt ale...wydaje mi się, że coś się kryje za tą naszą ucieczką.- zgadywała Kate.- No wiesz, poprzedniego dnia było wszystko ok, aż tu nagle bam! Każesz mi się zrywać z łóżka o świcie i wyjść stamtąd jak najszybciej. Trochę to dziwne.
- To nie pierwsza ucieczka w naszym wykonaniu prawda?- uśmiechnęłam się kwaśno. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, ale teraz przyszło mi do głowy, że uciekałam teraz przed Bradem tak samo, jak tydzień temu uciekłam z Los Angeles. Przed Samem. A podobno nie popełnia się dwa razy tych samych błędów. Kate odchrząknęła znacząco, co oznacza, że za długo już rozmyślam.
- No więc?
- Co no więc?- udawałam, że nie wiem o co jej chodzi.
- Nie rób ze mnie blondynki! Opowiesz mi coś wreszcie?- Kate podniosła głos zirytowana.
- Nie ma co opowiadać.- skwitowałam to.
- Czyli to coś dobrego.- pisnęła Kate usadawiając się wygodniej na siedzeniu.- No gadaj!
Miałam inny wybór? Starałam się jak najbardziej to streścić, ale w końcu moja wścibska przyjaciółka wyciągnęła ze mnie wszystko co chciała wiedzieć. Czyli wszelkie szczegóły, o których wolałam nie wspominać. Gdy skończyłam oczy Kate świeciły się z podekscytowania.
- U la la...Jess..nigdy bym Cię o to nie podejrzewała...- stwierdziła, puszczając mi oczko.
- Przestań! To wcale nie jest zabawne!- warknęłam zawstydzona.
- Ale o co Ci chodzi?- spytała rozbawiona Kate.- Było chociaż przyjemnie?
- Kate!
- No co, to tylko pytanie!
Zmierzyłam ją ostrym spojrzeniem, ale po chwili złagodniałam, widząc radość i ciekawość wypisane na jej twarzy.
- No może trochę...- wyjąkałam w końcu.
- Wiedziałam!- krzyknęła Kate, tak że kilka osób obejrzało się szukając źródła hałasu.- Jak mu się tak wcześniej przyglądałam, oceniając jego muskulaturę, postawę i całą resztę, domyśliłam się, że jest dobry w łóżku. Ty to masz szczęście.
- Czy możemy skończyć ten temat?- spytałam zasłaniając się dłonią, bo osoby siedzące przed nami zaczęły przyglądać się nam z zaciekawianiem.
- Ludzka sprawa.- skomentowała to Kate, szczerząca się od ucha do ucha.- Czyli nago wygląda jeszcze lepiej niż w ubraniu?
- Nie będę Ci go przecież opisywać!- powiedziałam oburzona.- Mogłaś sama sprawdzić!
- Muszę z żalem stwierdzić, że mój urok osobisty, praktycznie nie do odparcia, na niego nie działał.- wyznała Kate z żalem.- Coś jest z nim nie tak, skoro gustuje w takich dziwolągach jak Ty.
Przewróciłam oczami i wlepiłam z powrotem oczy w ekran laptopa. Choć Kate dalej rozprawiała o męskich cechach wyglądu, które preferuję, ja wolałam jej nie słuchać, a tym bardziej wolałam nie przyznawać się do tego, że mamy coś ze sobą wspólnego.
-...oczywiście Dave też ma świetne ciałko, ale też bez przesady, to żadna rewelacja. Założę się że Brad bije go na głowę!- dalej prowadziła swój monolog.
- Kate błagam Cie...- mruknęłam zatykając sobie uszy. Nie mogłam się skupić.
- Coś Ty taka drętwa? Myślałam, że zdradzisz mi parę pikantnych szczegółów.- powiedziała Kate z nadzieją w głosie.
- Chyba Ci odbiło!- odparowałam ze złością.- Daj mi już spokój z tym Bradem!
- No już, nie denerwuj się tak.- uspokajała mnie Kate, nie tracąc humoru.- Pewnie będzie chciał się do Ciebie odezwać.
- Niby jak? Przecież nie ma mojego numeru.- zdziwiłam się.
- Tak, ale Dave ma mój i założę się, że będą chcieli ode mnie wyciągnąć twój numer.- zastanawiała się Kate.
- Mam nadzieję, że nie.- powiedziałam cicho.- Tak w ogóle, to co w niego wstąpiło żeby mnie podrywać? Nie wyglądał na takiego, który robi pierwszy krok.
- Czemu się dziwisz, jesteś...hmm...atrakcyjną kobietą.- rzekła Kate, ale czułam, że coś kręci.
- A może Ty masz coś z tym wspólnego, co?- spytałam podejrzliwie.
- Co Ty! Ja? A gdzie tam...- powiedziała Kate, lekko roztrzęsionym głosem, nie patrząc mi w oczy.
- Na pewno?- upewniałam się.
- Oczywiście...- zapewniła mnie niepewnie. Ale po chwili milczenia nie wytrzymała:- No dobrze, to moja sprawka.
- Jak mogłaś!- rozgniewałam się.
- Wybacz...powiedziałam mu tylko, żeby pomógł Ci się wyluzować.- mruknęła Kate niewinnym głosikiem.
- I to wystarczyło.- jęknęłam. Pięknie. Teraz już wiem, czemu taki był.- Wielkie dzięki Kate. Pewnie nawet mu się nie podobałam, ale zrobił to, bo go o to prosiłaś.
- Nie żartuj! Naprawdę mu się spodobałaś!- przekonywała mnie Kate.
- Jasne.- burknęłam.
- Myślałam, że Cię to już nie obchodzi.- zagadnęła podejrzliwie.
- Bo nie obchodzi.- powiedziałam stanowczo, przeglądając kolejne oferty.
- Spoko, koniec tematu. Nie chciałam Cię rozgniewać.- wyznała przepraszająco Kate. Wiedziała co robi, nie potrafiłam się długo na nią gniewać.
- Nie przejmuj się.- uśmiechnęłam się, nie przerywając poszukiwań.
- A możesz mi coś jeszcze wyjaśnić?- spytała Kate ostrożnie, obawiając się kolejnego wybuchu złości.
- Yhym.- mruknęłam, obawiając się najgorszego.
- O co wam poszło z Samem?- a więc o to jej chodziło. Nie żeby to był przyjemniejszy temat.
- Po prostu, pokłóciliśmy się.- rzekłam wzruszając ramionami.
- Ale wy się nigdy nie kłócicie.- zauważyła Kate.
- No właśnie.- westchnęłam.- Wygląda na to, że mój przyjaciel zaczyna układać sobie życie. Beze mnie.
- To chyba dobrze, że sobie radzi prawda?- powiedziała Kate.
- Niby tak...ale wydaje mi się, że oddalamy się od siebie.- dodałam.- Że mnie już nie potrzebuje, że ma mnie dość, że...
- Zaraz, zaraz, przystopuj trochę!- uspokoiła mnie Kate.- Po pierwsze minął dopiero tydzień, nawet nie dotarłyśmy do Nowego Jorku, więc nie możesz wyciągać takich wniosków, po tak krótkim czasie. Po drugie, może nie znam Sama tak długo jak Ty, ale wiem, że na pewno o Tobie nie zapomniał i bardzo Cię potrzebuje. Po trzecie, takiej przyjaźni nie wyrzuca się w błoto z powodu jednej, bezsensownej kłótni. Takie rzeczy się zdarzają.
- Pewnie masz rację.- w głębi duszy zgadzałam się z tym co powiedziała, ale słowa Sama mnie zraniły. Był taki oschły, jakby nie liczył się z tym co czuję.- Podobno z nim rozmawiałaś.
- Och, tak. Zadzwoniłam wczoraj rano. Chciałam się dowiedzieć co Ci się stało, a gdy sprawdzałam twój telefon, widziałam, że z nim rozmawiałaś.- wyjaśniła Kate, bawiąc się włosami.- Szczerze mówiąc nie wiele z niego wyciągnęłam. Musiał nieźle zabalować, bo gdy z nim rozmawiałam, był kompletnie nieprzytomny. Dowiedziałam się tylko, że „coś Ci odwala”.
- Świetnie.- burknęłam. Teraz to ja wychodzę na nienormalną. A może po prostu taka jestem, a tego nie widzę.
- Nie przejmuj się, szybko mu przejdzie jak zawszę.- pocieszała mnie Kate, po czym wróciła do swojego mp3. Tym razem przyznałam jej rację. Sam rzadko złościł się na mnie dłużej niż kilka godzin. Jeśli w ogóle się złościł. Zazwyczaj był spokojny, opanowany i przesadne optymistyczny. Za to ja byłam wybuchowa i kłótliwa. Zawsze z tego powodu nabijał się ze mnie. Gdy ja wydzierałam się na niego z byle powodu i mieszałam go z błotem, on stał obok, patrzył na mnie i śmiał się, przez co jeszcze bardziej się denerwowałam. Taki to on jest. Albo był.
Ze złości uderzyłam z całej siły w klawiaturę. Na ekranie pojawiły się jakieś dziwne symbole na czarnym tle, aż po chwili wszystko znikło. Postukałam w klawiaturę i nic. Próbowałam go włączyć, ale bez skutku. Zdarzało się to już nie raz, ale zawsze udało mi się go ponownie uruchomić.
- Nie, nie...proszę...nie rób mi tego...- szepnęłam sama do siebie.
Jeszcze tego brakowało. Choć nie powinno mnie to dziwić. Ostatnio mam takiego pecha, że wszystko się przy mnie psuje. Pewnie zaraz samolot będzie miał awarię i się rozbijemy. O matko, Jess! Przestań tak myśleć! Tylko sprowadzisz na nas kłopoty!
Co się ze mną dzieję? Gadanie z własną głową na pewno mi nie pomoże. Może faktycznie muszę poddać się leczeniu...
Odłożyłam laptop na stolik i przeciągnęłam się leniwie na siedzeniu. Zerknęłam na zegarek i zaskoczona stwierdziłam, że jest ósma.
- Jakim cudem?- zdziwiłam się.
Prawdę mówiąc niewiele kojarzę z tego co się dzisiaj działo. Żyję jak w amoku.
Najbliższe lotnisko znajdowało się na południe od Oklahomy, czyli w Houston. Dojechanie tam zajęło nam niecałe 10 godzin. Ledwo złapałyśmy jakiś autobus. Wiem, że dotarłyśmy na lotnisko tego samego dnia o czwartej . Od razu kupiłyśmy bilety do...dokąd? Do Nowego Jorku chyba...potem odprawa, kolejne 2 godziny...wystartowałyśmy o szóstej...Ale ten czas leci.
Za oknem zaczynało się ściemniać. Z tego co wspominała Kate, zostało nam niecałe 2 godziny lotu.
Co robić przez cały ten czas? Samolot kołysał się lekko, przez co zrobiłam się senna. Ziewnęłam i pokręciłam głową. Ostatnio ciągle tylko bym spała. Rozleniwiam się.
Zamknęłam oczy i nieoczekiwanie wróciłam wspomnieniami do czasów liceum. Nie wiem skąd mi się to wzięło. Już prawie nie pamiętam jak to było. Minęły cztery lata. Przed moimi oczami pojawił się dwupiętrowy szary budynek, nie wyróżniający się niczym szczególnym, oprócz kilku graffiti wymalowanych na odrapanych ścianach. Na zaniedbanym, krzywo przystrzyżonym trawniku przed szkołą, pomiędzy stojakami na rowery i koszami na śmieci, stała tablica z napisem „Szkoła Średnia w Los Angeles”, również pokryta rozmaitymi malunkami. Tuż obok rozciągały się miejsca parkingowe na których bogate dzieciaki mogły popisywać się nowiutkimi, sportowymi samochodami, a osoby biedniejsze, pragnęły jak najszybciej znaleźć miejsce parkingowe, pozostając przy tym niezauważonym. Powodem tego zachowania jest środek lokomocji, którym dostały się do szkoły. A nie były to lśniące Porsche czy kabriolety, ale stare, odrapane, rozklekotane wraki, które mają ponad 30 lat i dawno powinny być na złomowisku. Oczywiście parking ten nie służył jedynie do pozostawienia tam swoich „cudeniek”. Nazywałam je „wybiegiem dla lam”. Spotykała się tam najznamienitsza śmietanka towarzyska Kalifornijskiego liceum, czyli gwiazdy szkoły, sportowcy, przystojniacy, cheerleaderki, blondynki, miss Kalifornii, geniusze i tym podobni. Stali na tle wypolerowanych samochodów i z dumą prezentowali swoje walory. Dla innych nie ma tam miejsca. Mówiąc i n n i mam na myśli normalnych ludzi, przeciętnych, tak najnormalniej zwyczajnych, że wręcz niezauważalnych. Nie trudno się domyślić do której grupy należałam. Wjeżdżając na wybieg dla lam moim wysłużonym, ale ciągle na chodzie Jeepem, szukałam miejsca jak najdalszego od tego zbiegowiska. Wszyscy zgromadzili się obok czarnego, połyskującego Porsche należącego do nikogo innego jak Erica Swansona. Na jego widok nogi uginały się pode mną i mogłam tylko pomarzyć by zbliżyć się do jego samochodu, nie wspominając już o jego właścicielu. Dla mnie był kompletnie nieosiągalny. Eric i jego świta czekali jeszcze tylko na jedną osobę. Na królową całego mrowiska. Na Mirandę George. Złe siostry kopciuszka to przy niej pikuś, a baba jaga to miła staruszka. Przykuwała spojrzenia wszystkich osób w szkole. Miała długie, poskręcane włosy, jak strąki, drapieżne, dzikie oczy, ciskające błyskawice, długie, wymalowane na szkarłatną czerwień szpony, którymi rozrywała swoje ofiary, duży, napompowany biust za 30 tysięcy dolarów, którym mogłaby znokautować niejednego mięśniaka i oczywiście długie i chude jak patyki szczudła, którymi potrafi zdeptać jak robale, niepożądane osoby. Oczywiście rzeczywistość nie była tak różowa. Tak naprawdę Miranda była bardzo ładna, bardzo chuda, bardzo popularna i obrzydliwie bogata. Mogła mieć wszystko na skinienie ręki. Każdy chciał się z nią przyjaźnić, każdy chciał jej usługiwać. No, z wyjątkiem mnie. Kiedyś się przyjaźniłyśmy, ale to było wieki temu. W liceum wszystko się zmieniło. Tlenionej blondynce i buntowniczej brunetce nie było dane żyć w zgodzie i przyjaźni. Miranda przez całe liceum rujnowała mi życie. Zniechęcała do mnie chłopaków, wrzucała mnie do koszy na śmieci, podkradała prace domowe, podpisywała się swoim nazwiskiem pod moimi klasówkami, zamykała mnie w schowkach na miotły, nawet podczas wf-ów chowała moje ciuchy tak, że cały dzień musiała paradować w szortach i podkoszulce. Szczyt obciachu. Bo każdy chce być kimś w swoje szkole. Ale nie jest to takie proste, gdy wymagane kwalifikacje do bycia kimś to:
1. Blond włosy, ewentualnie pasemka lub inna modna fryzura.
2. Sztuczny biust lub inna część ciała, począwszy od nosa, skończywszy na mózgu.
3. Nowiutki samochód prosto z salonu, wykluczone jest posiadanie czegoś używanego, starego, odnawianego, wielokrotnie naprawianego, odrapanego, brudnego, śmierdzącego, bez nowoczesnego sprzętu i oczywiście nie mógł być to samochód rodziców.
4. Musisz pasować do przynajmniej jednej z wyżej wymienionych grup, które mają wstęp na wybieg dla lam. Jeśli nigdzie nie pasujesz to wybacz – jesteś nikim.
5. Atrakcyjny wygląd. Musisz po prostu bosko wyglądać. Żadnych okularów, aparatów na zębach, sztucznych szczęk, pryszczy, brudnych włosów, kolczyków w dziwnych miejscach, podartych ciuchów, rozwiązanych sznurówek i innych tego typu wykroczeń. Schludny wygląd to podstawa. Brak higieny jest niedopuszczalny!
6. Twoi rodzice muszą być albo szefami międzynarodowych korporacji albo spadkobiercami kilku miliardowej fortuny albo parą prezydencką.
7. Musisz brać udział w każdych rozgrywkach futbolowych odbywających się na stadionie, na terenie szkoły. To bardzo ważne wydarzenia nie tylko dla szkoły ale i dla miasta. Tutaj zbierają się wszyscy mieszkańcy. Dlatego trzeba dobrze wyglądać – patrz punkt 5!
8. Posiadanie świty jest nieodzowne jeśli zmierzasz w kierunku zaistnienia w tej szkole. Czym wyróżnia się świta? Jeśli wokół owego VIP-a dostrzeżesz niepozorne stworzenie, które wlepia w swojego idola swoje ślepia, śliniąc się przy tym i szczerząc zęby, na dodatek jeśli to stworzenie lata za swoim VIP-em z czekoladkami, zadaniami domowymi, torebką, drugim śniadaniem, lusterkiem, niskokalorycznymi koktajlami lub najnowszym telefonem komórkowym, możesz być przekonany na 100%, że trafiłeś na członka świty. Zazwyczaj są do siebie bardzo podobne, dlatego określa się je jako „klony”.
9. Każdy KTOŚ musi mieć drugą połówkę, na dodatek taką która też jest KIMŚ. Musi to być ktoś z elity, najlepiej sportowiec. Mało myśli, mało mówi, za to dobrze wygląda.
10. Jeśli nazywasz się JESSIE WILLYS, wiedz że nie masz nawet najmniejszych szans na to by dostać się na wybieg dla lam, więc nawet nie próbuj.
Oto dziesięć przykazań. Postępuj zgodnie z tymi wskazówkami, a masz gwarantowaną miejscówkę w piekle.
Nie trudno się domyślić, że po pojawieniu się Mirandy, wszyscy wręcz oszaleli na jej widok. Wysiadła ze swojego czerwonego sedana, zalotnie kręcąc biodrami, nie zwracając uwagi na cały zgromadzony tłum, ani na klony ciągnące się za nią. Pewnym krokiem podeszła do Erica i złożyła na jego ustach krótki, ale stanowczy pocałunek, ku uciesze tłumu. Takie pokazy na normalnych ludziach nie robią najmniejszego wrażenia, są wręcz żenujące.
I tak jest przez całe liceum. Elita żyje po królewsku, a my przeciętni, możemy jedynie skąpać się w blasku ich chwały. Dobrze, że dawno już porzuciłam taki tok myślenia.
Żyłam sobie tak jak chciałam, ubierałam się i zachowywałam tak jak chciałam, bo nie mogłam pozwolić by ktoś dyktował mi jak mam żyć. Nie stosowałam się do żadnych przykazań, nie próbowałam się na siłę wpasować. Byłam tylko ja. I kropka.
W sumie nie tylko. Była też Kate. Chodziłyśmy razem na większość zajęć, a że każdy uczeń miał inny rozkład zajęć, często trafiałam na lekcję z Wiedźmą Mirandą i jej sługami. Tego nie dało się uniknąć.
Był też Sam. On, starszy o 4 lata, chodził na prawie wszystkie zajęcia z Erickiem. Zawsze trzymaliśmy się razem. Dwa świry. Przy nim nawet Miranda nie mogła mi nic zrobić. Ale gdy go nie było...no...to było już gorzej. Gdy Sam skończył szkołę, liceum stało się jeszcze straszniejsze. O ile to w ogóle możliwe. Miranda ciągle wymyślała sposoby jak jeszcze bardziej uprzykrzyć mi życie. Choć gdy nie widywała się już na co dzień z Erickiem, jej charakterek nieco się przytemperował. Co nie oznacza, ze przestała być wiedźmą.
W szkole, jeśli chodzi o przedmioty, najgorzej radziłam sobie z matematyką. Zawalałam jeden test za drugim. Na szczęście Sam był dobry w te klocki i udzielał mi korepetycji. Oczywiście za ładne oczy pisał za mnie zadania domowe. No cóż, grunt to jakoś przeżyć. Uwielbiałam za to zajęcia z literatury i muzyki. Tam mogłam rozwinąć się twórczo. Kiedyś pisałam wiersze, a później podkładałam pod słowa muzykę. Grałam na gitarze, a Sam nauczył mnie trochę grać na perkusji. W sumie to żadna sztuka. Każdy chyba umie walić w bębny.
Ale nic nie mogło się równać zajęciom technicznym. To było coś! Ze względu na niewielką ilość chętnych z poszczególnych klas, lekcje te połączono dla uczniów zarówno z klas najmłodszych jak i najstarszych. Uczyliśmy się o budowie silników, rozkręcaliśmy je, składaliśmy na nowo. Dla mnie nie było to nic nowego, choć raz mogłam się wykazać. Utarłam nosa niejednemu kolesiowi, który uważał, że tylko mężczyźni mogą się tym zajmować. Byłam gorsza tylko o Sama. Mistrza nikt nie przebije.
Jeśli tak się dłużej zastanowię, to z liceum nie wiąże jedynie niemiłych wspomnień. Fakt, było to straszne miejsce. Ale poza tym, że byłam tam gnębiona na każdym kroku i stałam się pośmiewiskiem całej szkoły,to miałam tam swoją paczkę zaufanych znajomych. Przyjaźnie te przerwały do dziś. Kto wie...może na zjeździe szkolnych za 20 lat, gdy wszyscy znowu spotkamy się w komplecie, wszystkie te bariery które dzieliły nas w liceum przestaną obowiązywać i będziemy mogli normalnie ze sobą porozmawiać, powspominać.
Jessie, zejdź na ziemie! Nie można dokonać niemożliwego. Zamrugałam powiekami i zorientowałam się, że znowu jestem w szkole. Nie wyobrażam sobie tego, ale po prostu tam jestem. Stałam na korytarzy, tuż obok głównego wyjścia. Poszłam do przodu rozglądając się. Wszystko wyglądało tak, jak wtedy, nawet wisiały tu plakaty ogłaszający bal absolwentów. Ta nieszczęsna impreza. Poszłam wtedy z Samem, który swój bal miał już dawno za sobą. Oczywiście wtedy to ja byłam jego towarzyszką. Solidarność musi być.
Szłam dalej aż doszłam do końca korytarza. Skręciłam w prawo i moim oczom ukazało się wejście na halę sportową. Nigdy nie lubiłam tego miejsca. Zawsze obrywałam tam wszystkimi możliwymi przyrządami. Te wszystkie siniaki...
Weszłam do środka. Ktoś tam był. Stał do mnie tyłem. Wiedziałam, że to mężczyzna, bo miał krótkie włosy. Miał na sobie czerwono-białą kurkę, z wizerunkiem pantery na plecach. Nasze barwy szkoły. Czyżby futbolista? Zdziwiłam się. Podeszłam bliżej i już miałam go poklepać po ramieniu, gdy chłopak niespodziewanie się odwrócił. A był to...
- Brad?! Co Ty tutaj robisz?- zawołałam zdumiona, a mój głos potoczył się echem po opustoszałej sali.
- Jessie...miło, że się w końcu zjawiłaś.- rzekł tylko.- Ostatnio często gdzieś...znikasz.
- Co Ty robisz w mojej szkole? Jak mnie tu znalazłeś?- dopytywałam się.
- Wisz to nie było takie trudne.- powiedział nie spuszczając ze mnie wzroku.- Ale już się nie wymkniesz.
- O czym ty mówisz?- przestraszyłam się i nagle zdałam sobie sprawę, że znajduję się w dużej prostokątnej klatce, z metalowymi kratami, wysoką mniej więcej na dwa metry. Złapałam za dwa pręty i zaczęłam za nie szarpać z całej siły, ale bez skutku. Brad tylko się zaśmiał.- Nie możesz mnie tu więzić!
- Niczego nie rozumiesz. To nie ja Ciebie tutaj uwięziłem. Ty to zrobiłaś.- powiedział Brad lodowatym głosem.
- C-c?- wyjąkałam nic z tego nie rozumiejąc.- Jak to?
- Ta klatka to twoje wyrzuty sumienia. W głębi duszy żałujesz tego co zrobiłaś i to przywiodło Cię do mnie. A teraz sama się uwięziłaś. Bo tak naprawdę nie wiesz co masz robić dalej.- wyjaśnił mrużąc leniwie oczy.
- Co Ty mówisz! Wypuść mnie stąd natychmiast!- warknęłam groźnie mierząc Brada nieprzyjaznym wzrokiem.
- Ja nic nie mogę zrobić. Przykro mi.- rzekł lekceważąco Brad, choć jego top wcale nie wskazywał na to by czegoś żałował.
- Ostrzegam Cię! Będę krzyczeć! Na pewno ktoś się zjawi i będziesz miał wtedy kłopoty!- zagroziłam.
- Proszę bardzo. Krzycz. To może być interesujące...- zakpił Brad.- A może od razu nam coś zaśpiewasz?
- Tak Jessie! Zaśpiewaj nam! To będzie cudowne widowisko! Kolejny raz zrobisz z siebie idiotkę!- Miranda pojawiła się nie wiadomo skąd. Miała na sobie czerwono-biały kostium cheerleaderki, a w rękach trzymała puszyste czerwone pompony.
- Że co?- zdziwiłam się. Spojrzałam na siebie i doznałam szoku. Miałam na sobie dokładnie taki sam kostium co Wiedźma. Tylko nie to! Ja mam to na sobie?!
Zanim się spostrzegłam stałam wolna na środku sali. Brad i Miranda stali na trybunach wraz z całą resztą szkoły i naśmiewali się ze mnie. W tłumie dostrzegłam Kate, która także się śmiała. Wszyscy ma mnie gwizdali, krzyczeli i rzucali pomponami. Aż w końcu całą mnie nimi przykryli tak, że nie mogłam się uwolnić. Zaczynałam się dusić.
- Pomocy! Zabierzcie ode mnie te pompony!
- O czym Ty mówisz? Jakie pompony?- usłyszałam głos Kate. Otworzyłam oczy. Byłam z powrotem w samolocie, a ludzie wokół patrzyli się na mnie dziwnie. Czułam się skrępowana, okazało się, że w czasie snu zaplątałam się w pasy. Szybko się z nim wyplątałam, przetarłam oczy i rozejrzałam się. Za oknami było całkiem ciemno, dlatego część pasażerów, która nie spała, miała włączone lampki.
- Która godzina?- zapytałam przyjaciółkę.
- Po dziesiątej, za 20 minut lądujemy.- oznajmiła sennym głosem.
- Tak szybko?- ucieszyłam się.- Nareszcie w domu!
- W jakim domu?- zdziwiła się Kate.- Przecież lądujemy w Atlancie, zapomniałaś? Mamy tam następny lot do Nowego Jorku. Nie wspominałam Ci?
- Sama nie wiem...ja nic takiego nie pamiętam.- mruknęłam lekko zawiedziona. Miałam nadzieję, że to koniec tej męczącej podróży. Chciałam nareszcie zjeść coś pysznego w moim domu, wziąć kąpiel w mojej wannie i porządnie się wyspać w moim łóżku. Miałam dosyć hotelów, pensjonatów, tylnych siedzeń, czy foteli w samolocie. I jak tu nie mieć koszmarów?
Zerwałam się na równe nogi. Który mamy dzień? Czy naprawdę minął już tydzień i nic? Żadnych krzyków? Żadnych ciemnych tuneli? Nic? Czy to były tylko zwykłe sny? Odetchnęłam z ulgą. Dużo hałasu o nic. Koszmary minęły. Z jednej strony odczuwałam ulgę, ale z drugiej niedosyt. Chciałam dowiedzieć się, szczegółów dotyczących mojego snu. Kim była kobieta która krzyczała, co to były za światła i hałasy. To wszystko nadal było dla mnie zagadką. Która na zawsze pozostanie nieodkryta.
- Lot do Nowego Jorku mamy o 4.- powiadomiła mnie Kate grzebiąc w torebce.
- Że co? Mamy spędzić 4 godziny na lotnisku?- jęknęłam.
- Raczej 2, nie wliczając w to odprawy.- dodała Kate.
- Aleś mnie pocieszyła.- burknęłam.
- Oj nie narzekaj, coś znajdziemy sobie do roboty.- zaśmiała się Kate.
- Chodź nie pociesza mnie perspektywa spędzenia kilku godzin w kolejnym samolocie.- powiedziałam robiąc kwaśną minę.
- Wiem co poprawi Ci humor.- Kate zrobiła duże oczy.
- Ciekawe co.- rzekłam sceptycznie.
- Znalazłam nam świetne mieszkanie.- oznajmiła szczerząc zęby. Szczęka mi opadła ze zdumienia.