Zeszłam na dół, a tam powitał mnie ciekawy widok. Zobaczyłam Kate, która dosłownie „wisiała” na Hunterze, zachwycona podziwiała kolekcje tatuaży znajdujących się na jego ramionach. A myślałam, że nie można już niżej upaść. Myliłam się. Jednak można. Sama nie jestem aniołem, ale nigdy nie rzucałam się w ramiona kogoś, kto każdym centymetrem swego ciała zdradzał, że nie jest zainteresowany. Widocznie Kate to nie sprawiało żadnego problemu. Z niesmakiem wpatrywałam się w ten żałosny widok, zastanawiając się jak uniknąć spotkania z nimi. Niestety okazało się to nieuniknione. Podeszłam bliżej, a ich reakcja mnie zdziwiła. Na mój widok Hunter odskoczyło od Kate jak oparzony, a ona starała się ponownie przyciągnąć go do siebie.
- Dzień dobry Jessie!- przywitał się Hunter, próbując wyzwolić się z objęć Kate.- Jak się spało?
- Bywało lepiej.- stwierdziłam, po czym zwróciłam się do Kate:- I co, gotowa?
- Mmm...no...- Kate była rozdarta. Spojrzała na Huntera szukając w nim jakiejś pomocy, ale on dalej patrzył się na mnie.
- Czemu Ci się tak spieszy?- spytał Hunter, mocując się z Kate. Starałam się to ignorować i udawać, ze wcale to nie wygląda komicznie.
- Wybacz, ale to sprawy osobiste.- odparłam, kładąc nacisk na ostatnie słowo. Widać, że zbiłam go z tropu.- Kate, ruszajmy.
- Wiesz...- zaczęła zamyślona Kate i urwała spoglądając łakomie na Huntera.- Może idź już do samochodu, tam są wszystkie bagaże, a ja zaraz do Ciebie dołączę.
- Ok, nie ma problemu.- zgodziłam się. Ciekawa byłam ile czasu zajmie jej obściskiwanie się z Hunterem, zanim będziemy mogły opuścić to miejsce.Ale Hunter miał chyba inne plany, bo nagle wyswobodził się z objęć Kate i podszedł do mnie chwytając mnie za ramię. Spojrzałam na niego zaskoczona i już miałam zamiar się wyrwać i powiedzieć coś wrednego, ale odezwał się pierwszy.
- Proszę, zostań jeszcze na parę dni. Koszty nie grają roli. Poznamy się lepiej.- szepnął tak, by Kate tego nie słyszała. To mnie zszokowało. I jeszcze bardziej zdenerwowało. Za kogo on mnie ma?! Myśli, że będę jego panienką do towarzystwa? Szybko wyprowadziłam go z tego błędu.
- Raczej nie skorzystam.- warknęłam, wyrywając mu się.
- Czego się tak boisz?- dopytywał się.
- Niczego...ja...nie jestem zainteresowana.- wymamrotałam.
- Jesteś tego pewna?- podszedł do mnie jeszcze bliżej. Kate zrobiła duże oczy.
- Na 200%.- zapewniłam oschle. Wychyliłam się zza ramienia Huntera i powiedziałam do Kate:- Czekam przy samochodzie 5 minut.
Szybkim krokiem opuściłam hotel. Oślepiło mnie jasne słońce. Susze i upały dawały się mocno we znaki mieszkańcom Nowego Meksyku. Lato było najcięższą porą roku w tym miejscu. Nieliczni przechodnie przemykali szybko ulicami, chroniąc się przed słońcem w zaciszach swych domów, okolicznych sklepikach lub barach. Mimo iż do parkingu, na którym zaparkowałam, było niecałe pół jardu, to na moim czole już pojawiły się kropelki potu. Upał był nie do zniesienia. Westchnęłam z ulgą widząc mój samochód. Fakt, był już stary i często się psuł, ale i tak był niezawodny. Lepszy taki niż żaden. Wskoczyłam na siedzenie kierowcy, kryjąc się przed słońcem i maksymalnie opuściłam szyby. Marzyłam o choć najlżejszym powiewie wiatru. Ze znudzeniem wachlowałam się ręką, czekając na towarzyszkę podróży. Zaczęłam przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu kluczyków. Znalazłam je w tylnej kieszeni mojej skórzanej kurtki, która leżała na tylnym siedzeniu. Jednym ruchem włożyłam je do stacyjki i zapaliłam silnik. Zamruczał przyjaźnie, a ja włączyłam radio. Niestety nie odbierało ani jednej z moich ulubionych stacji. Zrezygnowana wyłączyłam radio i zgasiłam silnik. Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Co chwilę rzucałam wściekłe spojrzenie na drogę, którą przyszłam. Nie miałam pojęcia co zajmowało jej tyle czasu. To znaczy domyślałam się, ale wolałam o tym nie myśleć. I właśnie przez to, moje myśli ponownie skierowały się w stronę Sama. Boleśnie ukłuło mnie serce. To właśnie jedna z tych spraw, którą wolałam odkładać i o której lepiej nie myśleć. Bo wywołuje to tylko ból.
Dla mojego własnego dobra i dla dobra Sama musiałam przestać się z nim kontaktować. Nie chodzi mi o całkowite urwanie z nim kontaktów. Tylko o to, że nie mogę co chwilę o nim mówić, myśleć i dzwonić z byle powodu. Kate już kilka razy zabrała mi telefon, bo najchętniej dzwoniłabym do niego co pięć minut. Żeby udawać dla samej siebie, że wciąż jest obecny w moim życiu. Jak długo można okłamywać samą siebie?
A może teraz się uda? Zerknęłam w stronę hotelu. Jak długo im to jeszcze zajmie? 5 minut? 10? 20? Zaczęłam rozglądać się nerwowo po samochodzie. Gdzie ona go ukryła? Pod siedzeniami? Pudło. W schowkach? Też pusto. Może bagażnik? Wybiegłam z samochodu i zaczęłam przeszukiwać każdy cal bagażnika. Na próżno. A może w walizkach? Przekopałam je w z dłuż i w szerz, tak że ledwo dało się je potem zamknąć, ale po mojej komórce nie było ani śladu. Wściekła zatrzasnęłam bagażnik. Co ja właściwie robię? Zachowuje się jak narkoman na odwyku. Wróciłam z powrotem do samochodu z lekkim poczuciem winy.
Siedziałam tak z zamkniętymi oczami, opierając nogi na desce rozdzielczej, gdy nagle ktoś otworzył drzwi z mojej strony i prawie wytargał mnie ze środka. Wypadłam na brudną ziemię. Gdy otrząsnęłam się z pierwszego szoku, zobaczyłam że to tylko Kate, próbuje dać mi do zrozumienia, że teraz to jej kolej by poprowadzić. Ok, wszystko fajnie, ale czy nie mogła tak po prostu zapytać? Nigdy jej nie zrozumiem...
- Szybko Jessie, wstawaj i spadamy stąd!- zawołała siadając za kierownicą.
- O co Ci chodzi?- zdziwiłam się wstając i otrzepując się z piachu.
- Nie gadaj, tylko wskakuj!- ponaglała mnie Kate. Chcąc nie chcąc posłuchałam jej i usiadłam obok niej.
- Możesz mi w końcu powiedzieć o co Ci chodzi?- spytałam, zapinając pasy.
- A szkoda gadać...miałaś rację, ten koleś to kompletna klapa!- mówiła zdenerwowana Kate, kręcąc głową. Właśnie wyjechałyśmy na główną drogę.- Chwilę po tym jak dałaś mu kosza i wyszłaś, zmienił się. Był brutalny. Mówił, że skoro jestem taka chętna, to on mi pokaże jak to jest z prawdziwym mężczyzną. Niezbyt mi się to spodobało i próbowałam się mu wyrwać, ale nie chciał dać mi spokoju. W końcu udało mi się uwolnić, uderzyłam go z całej siły w twarz i uciekłam. Zawołał jeszcze za mną, żebym Ci przekazała, że jeszcze z Tobą nie skończył. Totalny świr.
- Wiesz...nie chcę żebyś mnie źle zrozumiała...albo pomyślała, że go bronię czy coś...ale sama jesteś sobie winna.- stwierdziłam. Kate rzuciła mi pogardliwe spojrzenie. Musiałam więc naprawić swój błąd.- Oczywiście, to jest jego wina. Zachował się jak cham i prostak, a ja od początku za takiego go miałam. Tylko, że...
- Że co?- dopytywała się Kate obrażonym tonem.
- Mogłaś go nie prowokować.- dokończyłam.
- Ja go nie prowokowałam!- zaprotestowała Kate. No tak, nie może znieść tego, że wiem coś lepiej od niej.- Ja tylko dawałam mu delikatnie do zrozumienia, że mi się podoba. A to nic złego.
- No dobrze...skoro rzucanie się w ramiona zupełnie obcemu kolesiowi jest wg Ciebie normalne to w takim razie wybacz, nie było tematu.- powiedziałam spokojnie.
Chwila ciszy. Przyglądałam się mijanym drzewom i budynkom w milczeniu. Wiedziałam, ze Kate długo nie wytrzyma bez ciągłego gadania, więc to była tylko kwestia czasu zanim się znowu odezwie. Widziałam kątem oka jak mi się przygląda, ale ja uparcie nie odzywałam się dalej. Czekałam.
- Dobra! Masz racje! Zadowolona?- wybuchła Kate.
- Pewnie. O to mi właśnie chodziło.- uśmiechnęłam się z satysfakcją. Kate też uśmiechnęła się do mnie.
- Wychodzi na to, ze jestem puszczalska.- zakpiła Kate.
- I to jak.- zaśmiałam się.
- Ciekawe co miał na myśli.- zastanawiała się Kate.
- Z czym?- spytałam.
- Z tym, że jeszcze z Tobą nie skończył.- odpowiedziała Kate.- Chyba naprawdę jest obłąkany. Jak całe tamto miejsce.
- Tak...masz rację...- teraz sama zaczęłam się zastanawiać nad słowami Huntera. Może to tylko głupie groźby, ale co jeśli coś się za tym kryje? Szybko odepchnęłam od siebie te mroczne myśli.
- Co robiłaś, gdy mnie nie było?- dopytywała się Kate.
- A no wiesz...takie tam...nudziłam się...- mruknęłam wymijająco.
- Nie próbowałaś przypadkiem szukać swojej komórki?- spytała chytrze.- Przecież wiesz, że bym jej tu nie zostawiła. Włożyłam ją do swojego plecaka, miałam go przy sobie, jak zawsze.
- O nim nie pomyślałam...- pomyślałam, nie zauważając, ze mówię to na głos.
- Jess...znowu zaczynasz?- jęknęła Kate.- To już jest uzależnienie! Musisz w końcu się nauczyć żyć bez niego.
- Łatwo mówić. To mój przyjaciel. Najlepszy. Oczywiście prócz Ciebie. - powiedziałam smutnym głosem.- Przez tyle lat byliśmy nierozłączni. Trudno jest mi go tak po prostu ignorować.
- Nikt Ci go nie każe ignorować...ale...-zaczęła Kate.
- Ale co?- zainteresowałam się.
- Czasami mówisz o nim tak jak o czymś co jest niezbędne do życia. Jakby był jak powietrze do oddychania. To nie jest normalne.- wyjaśniła Kate, patrząc na mnie z troską.- Wiem, że dużo razem przeszliście, ale czas zostawić przeszłość za sobą. Sama mówiłaś, że to konieczne jeśli chcesz rozpocząć nowe życie.
- No tak...ale Sam to ktoś kogo nie chce zostawiać za sobą.- upierałam się jak małe dziecko.
- Wiem.- mruknęła Kate.- Czasem mi się wydaje jakbyście byli parą.
- Nie byliśmy, nie jesteśmy i nigdy nie będziemy.- zapewniłam ją.- Za bardzo kocham go jak brata, żeby coś mogło z tego wyjść. I nie chce tego. Jestem pewna, że on też nie.
- Jesteś tego pewna?- Kate nie dawała za wygraną.
- Absolutnie. Jest dobrze tak jak jest. To znaczy było.- dodałam smutnie.
- Ok, wygrałaś. Przy następnym postoju dać Ci telefon.- Kate poddała się.
- Nie musisz...masz rację, nie muszę mu dać spokój.- przyznałam jej rację.
- Potrzebujesz tej rozmowy. Ale obiecaj mi, że je ograniczysz. Żeby było wam łatwiej.- powiedziała Kate.
- Dobrze, obiecuje.- szepnęłam.
Był wieczór. Nad rozgrzanym przedmieściem Los Angeles, słońce chyliło się ku zachodowi. Wyszedłem z gorącego garażu z ulgą, przecierając ręką po czole. Spojrzałem na siebie. Byłem ubrudzony smarem i miałem na sobie robocze ciuchy. Wzruszyłem ramionami. Jej to nie przesadza. Była chyba jedyną kobietą, którą znam i której nie przeszkadza zapach benzyny, smarów i olejów silnikowych. Rozejrzałem się po ulicy. Ani żywej duszy. Odpowiadało mi to. Nareszcie trochę spokoju. W końcu mogłem się uwolnić od krzyków i hałasów, towarzyszącym mi od samego rana. Wakacje są nie do zniesienia. Wszędzie roi się od rozkapryszonych dzieciaków na rowerkach i ich matek, biegających za nimi z przerażeniem i od gderliwych sąsiadów, koszących swoje nienaganne trawniki. Najgorsze jednak były zraszacze. Nadawały cały dzień, mimo zakazów ich używania, wprowadzonych na czas suszy. Cały czas brzęczy mi w uszach ich denerwujący dźwięk. Pokręciłem nerwowo głową i ruszyłem w stronę domu stojącego naprzeciwko. Moje nogi same mnie tam niosły, z przyzwyczajenia. Przeszedłem obojętnie obok dużego, lśniącego mercedesa stojącego na podjeździe. Nowy nabytek pana Willysa nie fascynował mnie. Stanowczo wolałem stare samochody. Mają coś w sobie. Rozmarzyłem się. W moim garażu stoi właśnie mój nowy nabytek. Chevrolet Camaro, rocznik 66'. Znalazłem go na złomowisku i postanowiłem wyremontować. Już prawie skończyłem, jeszcze tylko kilka poprawek i będzie jak nowy. Nie mogę doczekać się pierwszej przejażdżki. Już wyobrażam sobie rozkoszny dźwięk silnika i jego zawrotną prędkość. Dla takich chwil warto żyć.
Przeszedłem dalej przez podjazd, mijając dom. Znalazłem się w ogrodzie. Wszystko tam było ułożone i wysprzątane. Równiutko rosnące drzewka ozdobne, stały jeden za drugim perfekcyjnie ostrzyżone. Rabatki z kolorowymi kwiatami, odmierzone co do centymetra przylegały do siebie, tworząc idealny kolarz. Lustrzana tafla oczka wodnego, odbijała ostatnie promienie słońca, które iskrzyły się na złotych łuskach ryb, pływających spokojnie. Jeziorko otaczał imponujący swą wielkością ogród skalny, który pokrywały najróżniejsze rośliny, których nazw nie znam i pewnie nie potrafiłbym wymówić. Całość uzupełniała niewielka altanka, z ciemnego drewna stojąca na środku idealnego trawnika. Zbyt doskonałe. Państwo Willys nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Zawsze robią wszystko z rozmachem. Ich perfekcja wyróżniała ich z pośród innych sąsiadów, zawsze dążyli do doskonałości. No..może nie wszyscy. Od każdej reguły są wyjątki.
Jednym susem przeskoczyłem płot, stojący na końcu ogrodu. Odetchnąłem z ulgą. Byłem teraz w czymś na kształt niewielkiej łąki, znajdującej się nia wzniesieniu. Nic tu nie było idealne i od linijki. Tutaj wszystko rządziło się swoimi prawami. Szedłem przez wysoką trawę, byłem prawie u celu.
Zobaczyłem jak na środku polanki leżała ciemnowłosa dziewczyna , wpatrująca się w niebo. To był właśnie ten wyjątek. Wystarczyło na nią spojrzeć. Stare jeansy z dziurami na kolanach, szara koszula w kratę, zawiązana na brzuchu, czarne szelki zwisające jej swobodnie wzdłuż ud, trampki z rozwiązanymi sznurówkami, czarne paznokcie, kilka bransoletek na każdej z dłoni, brak makijażu - nie potrzebowała go. Miała swój własny styl, albo może po prostu była sobą. Nie była taka jak reszta Willysów. Zamiast blond włosów, burza prostych, choć lekko falowanych brązowych włosów, zamiast błękitu, czysta zieleń jej pięknych oczu. Nic dodać nic ująć.
Podszedłem bliżej i położyłem się obok niej. Spojrzała na mnie ukradkiem i lekko uniosła kącik ust.
- Co tak długo?- zadźwięczał mi w uszach jej głos pełen zniecierpliwienia.
- Coś mnie zatrzymało w garażu.- odparłem.
- Skończyłeś?- spytała Jessie z nadzieją w głosie.
- Nie, jeszcze nie.- zaśmiałem się.- Muszę nałożyć nowe warstwy lakieru. A poza tym trzeba wyregulować silnik. Może chcesz się tym zająć?
- Byłoby miło.- powiedziała cicho Jessie.
- Oczywiście, jeśli masz ochotę.- zdziwiło mnie to "byłoby". Razem często przesiadywaliśmy w warsztacie taty. W końcu to ja nauczyłem ją wszystkiego co umiem.
- Dobrze wiesz, że tak.- mruknęła Jessie.
- No tak, wszystko wiem.- rzekłem, drapiąc się po głowie.
- Mam nadzieję, że dasz mi się przejechać.- Jessie spojrzała na mnie uśmiechając się błagalnie.
- Pewnie, pod warunkiem, że skończę zanim...- urwałem zmieszany. Znowu zacząłem drażliwy temat.
- Och...no tak.- mruknęła tylko Jessie. Chyba zrozumiała o co mi chodzi. Postanowiłem brnąć w to dalej.- No to może jak...kiedyś tu wrócę.
- Jeśli wrócisz.- mruknąłem. Popatrzyła na mnie swoimi dużymi oczami, w których odbijał się księżyc.-Jesteś już spakowana?
- Sam...-jęknęła.
- Spokojnie, to tylko pytanie, nie mam zamiaru znowu Cię przekonywać.- wyjaśniłem.- Jesteś zbyt uparta.
- Wiem...- Jessie posmutniała.- Dobrze wiesz, że...że chciałabym zostać...ale...
- ...przerasta Cię to.- dokończyłem za nią. Już to nie raz słyszałem.
- Tak.- przyznała.
- Ok, rozumiem. Ale dziwi mnie czemu do Nowego Jorku.- powiedziałem.
- Sama nie wiem...- zamyśliła się na moment.- Ale czuję, że właśnie tam się czegoś dowiem.
- A nie prościej byłoby po prostu spytać o to rodziców?- drążyłem.- Na pewno coś wiedzą...
- Na razie nie chce z nimi o tym rozmawiać. Zrozum...- popatrzyła na mnie jak na dziecko, któremu trzeba wbić coś do głowy.- Okłamali mnie. Pewnie nawet nie mieli zamiaru mi o niczym powiedzieć. Może kiedyś z nimi porozmawiam, ale jeszcze nie teraz. Potrzebuję czasu.
- Dobrze, rozumiem. O tym też mi mówiła, ale nie całkiem się z nią zgadzałem. Można by to załatwić inaczej. Ale cóż...to jej życie.- Kiedy wyjeżdżasz?
- Jeszcze nie wiem.- odpowiedziała Jessie trochę za szybko. Jakby już wcześniej przygotowywała się do tego co mi powie. Coś ukrywała.
- Ale uprzedzisz mnie?- dopytywałem się.
- Tak...oczywiście.- odparła nie patrząc na mnie. Gdyby próbowała uciec bez pożegnania, na pewno by mi o tym nie powiedziała. Już ja znam jej posunięcia. Pewnie uważa, że tak będzie łatwiej. Tylko dla kogo?
- Wiesz, że z chęcią pojechałbym z Tobą...- zacząłem.
- Sam...wiesz, że tego chce...ale za dużo masz do stracenia.- powiedziała Jessie, odwracając się do mnie.- Masz pracę w warsztacie ojca, masz rodzinę, przyjaciół, studia...to jest ważne.
- Pracę i studia można znaleźć wszędzie.- upierałem się.
- A dom?- przekonywała mnie dalej.
- Poradzą sobie beze mnie.- rzekłem, ale wiedziałem, że to przegrana walka. Jessie jak zawsze ma solidne kontrargumenty, których nie przebiję.
- Twojemu ojcu nie jest już tak łatwo jak kiedyś...potrzebuje Cie.- wiedziałem, że ma racje. Faktycznie tata nie jest już tak sprawny jak kiedyś. Wystąpiły też u niego problemy z sercem, nie może się wysilać. Na dodatek może stracić swój warsztat, który otworzył krótko po moich narodzinach. Jest dla niego wszystkim. Próbuje to wszystko przed nami ukryć, ale ja znam prawdę. Jessie ciągnęła dalej.- Tym bardziej, od kiedy Mark...
- Tylko nie mieszaj do tego mojego brata.- przerwałem jej, może odrobinę za ostro.- Czemu on, mógł wyjechać i żyć własnym życiem, a ja nie? Czy zawszę muszę stać w jego cieniu?
- Co Ty mówisz? Nie zasłaniaj się teraz kłótnią z nim, bo wiesz, że mam rację.- odparowała Jessie.- Posłuchaj, Nowy Jork jest za daleko. Jeśli twoi rodzice będą potrzebować pomocy, nie będziesz mógł do nich przyjechać tak z dnia na dzień. Bądź rozsądny.
Milczałem, bo nie wiedziałem co w tej chwili powiedzieć. Wytknęła mi wszystko to, co akurat sam doskonale wiedziałem. Tylko czemu musiała wmieszać w to mojego nieszczęsnego brata? Zachował się niewłaściwie, ale to mnie wszyscy się czepiają. Nie wiem ile to już minęło...2 czy 3 lata, odkąd wyjechał. Też do Nowego Jorku. Co za ironia! Wcześniej zarządzał firmą taty, miał żyłkę do papierkowej roboty i interesów. Ojciec nie miał do tego głowy, dlatego wraz z nim pracowałem w warsztacie. Markowi to nie wystarczyło. Chciał od życia czegoś więcej. Pewnego dnia tak po prostu oświadczył, że wyjeżdża. Ojciec nie mógł go zatrzymać, z resztą nawet nie próbował. Ale ja tak. Doszło pomiędzy nami do ostrej kłótni, z której ni nie wynikło. Przynajmniej nic dobrego. Mark wyjechał i do dzisiaj nie rozmawiamy ze sobą. Podobno założył jakąś firmę, nie wiem jaką, nie interesowałem się tym. Co roku wysyła nam kartki na Boże Narodzenie i Święto Dziękczynienia. Nawet był tu raz, ale akurat wtedy miałem egzaminy na studia i nie było mnie w domu. A może to nawet lepiej. Pewnie doszłoby do kolejnej sprzeczki. Mój brat zawsze był dla mnie wzorem, starszy o 6 lat, męski, zaradny i odpowiedzialny. Zawsze mi powtarzał, że w życiu najważniejsza jest rodzina i to jej powinniśmy być wierni do końca. Jasne. Teraz widać co jest dla niego tak naprawdę ważne. Władza i pieniądze.
Z rozmyślań nad żałosnym stanem mojego starszego brata wyrwała mnie Jessie, która położyła głowę na moim ramieniu i cicho spytała:
- Jesteś na mnie zły?
- Oczywiście, że nie.- powiedziałem pogodnie, kręcąc głową.- Skąd Ci takie rzeczy do głowy przychodzą?
- Tak się nie odzywałeś...- zastanawiała się Jessie.
- Nie wygaduj głupot!- zaśmiałem się. Jessie uśmiechnęła się jednym kącikiem ust. Gdy tak na nią patrzyłem, wciąż widziałem małą dwuletnią dziewczynkę z niesfornymi, krótkimi kosmykami i tym niewinnym spojrzeniem. Niespodziewanie poczułem coś w stylu braterskiej troski o nią. Opiekowałem się nią, podobnie jak Claire. Tak zresztą było od zawsze, odkąd ją poznałem. Pamiętam to tak, jakby to było wczoraj. Akurat bawiłem się na podjeździe, Mark mnie pilnował. Wtedy pod dom Willysów podjechał srebrny samochód. Wysiadł z niego pan Willys, obszedł samochód dookoła i pomógł z niego wyjść swojej żonie. Trzymała na rękach dziewczynkę, mniej więcej w wieku mojej siostry Claire. Dziewczynka, trzymała się pani Willys za szyję i rozglądała się niepewnie. No tak, to było dla niej zupełnie nowe miejsce. Nagle spojrzała na mnie, jak na tak małe dziecko całkiem świadomie. I uśmiechnęła się, ukazując maleńkie białe ząbki. Odwzajemniłem uśmiech. Nie rozumiałem wtedy co się dzieje. Byłem tylko sześciolatkiem. Ale od tej pory zacząłem jej wypatrywać. Jessie była oczkiem w głowie swojej mamy. Ubierała ją w zwiewne, różowe sukieneczki z falbankami, kupowała najlepsze lalki. Nie lubiła się nimi bawić, wolała biegać, skakać i broić. Ucieczki to była jej specjalność. Pewnego dnia przybiegła do nas jej przerażona matka mówiąc, że Jessie gdzieś zniknęła. Okazało się, że schowała się w naszym garażu. Ja ją znalazłem. Bawiła się spokojnie zaworami i filtrami silnika. Już wtedy ją do tego ciągnęło. Bez wahania przyłączyłem się do niej. Choć byłem tylko głupim dzieciakiem, ale czułem, że będzie z tego piękna przyjaźń. Nasze mamy chyba też tak uważały, bo od tej pory pozwalały nam się razem bawić. I tak pozostało do dziś, choć wtedy była to tylko zabawa, to teraz naprawdę lubiliśmy razem popracować nad silnikami. Ale wszystko co dobre, szybko się kończy.
- O czym myślisz?- odezwała się Jessie dźwięcznym głosem.
- Przypominam sobie stare, dobre czasy.- wyjaśniłem.
- To znaczy?- dopytywała się.
- No wiesz...jak się poznaliśmy.- wyznałem uśmiechając się.
- Och...ciekawe...nie pamiętam tego.- stwierdziła Jessie.
- Nie możesz pamiętać, miałaś niecałe 2 lata.- zaśmiałem się.
- Ale pamiętam za to jak mi dokuczaliście z Markiem. Miałam wtedy 7 lat.- powiedziała wesoło Jessie.- Nie chcieliście się ze mną bawić i ciągle mi uciekaliście, aż w końcu wdrapaliście się na takie ogromne drzewo. A ja nie umiałam się na nie wspiąć i śmialiście się ze mnie.
- No, ale w końcu się nauczyłaś.- przypomniałem jej.
- I od tej pory nie dawałam wam spokoju.- zaśmiała się.
- Mamy za sobą tyle miłych wspomnień.- westchnąłem.
- Tak...przynajmniej będę miała co opowiadać wnukom.- zakpiła Jessie. Zacząłem bawić się jej włosami i wpatrywałem się z rozgwieżdżone niebo.
- Myślę, że sobie poradzisz.- rzekłem po chwili.- Kto, jak nie Ty. Jesteś silna i wiesz czego chcesz.
- Na prawdę tak myślisz?- spytała Jessie, podnosząc się z ziemi na łokciach i patrząc na mnie.
- No jasne.- zapewniłem.
- Bo...tak czasem sobie myślę...- zaczęła niepewnie.
- Co?
- Wydaje mi się, że mnie to przerośnie i...że nie poradzę sobie bez Ciebie.- wyznała Jessie patrząc mi w oczy.- Przez całe życie mi pomagałeś, doradzałeś i strzegłeś. Jesteś najlepszym przyjacielem jakiego kiedykolwiek miałam. A tam...będę całkiem sama.
- Nie sama, będziesz mieć ze sobą Kate.- przypomniałem jej.
- Tak...tylko ona jest taka lekkomyślna...to ja będę musiała pilnować jej, a nie na odwrót.- Jessie parsknęła śmiechem. No tak, miała rację. Kate należała do tych osób, które najpierw coś robią, a później myślą. Jessie nie będzie miała z nią lekko.
- No to będziesz miała pracę na pełen etat.- zakpiłem.- Dużo roboty Cię czeka.
- Bez wątpienia.- przyznała Jessie.- A skoro jesteśmy w temacie pracy, muszę złożyć wymówienie u twojego taty.
- Załatwię to za Ciebie, nie zaprzątaj sobie tym głowy.- powiedziałem. Oboje posmutnieliśmy.
- Szkoda.- mruknęła Jessie, bawiąc się rzemykami na moim lewym nadgarstku.
- Wiesz, ze zawsze jesteś u nas mile widziana.- zapewniłem.- Jakbyś kiedyś zmieniła zdanie...
- Będę pamiętać.- powiedziała cicho, a w jej głosie usłyszałem wdzięczność.- Mam nadzieję, że w Nowym Jorku się gdzieś załapię.
- A czemu by nie? Warsztatów to tam na pęczki. Jeszcze się będą o Ciebie bili.- rzekłem wesoło.
- Przecież wiesz, że nie mam odpowiedniego wykształcenia. Studiowałam przecież psychologię.- przypomniała mi.
- Nie wiem po co Ci była ta psychologia.- dziwiłem się.- Silniki chyba nie miewają depresji.
- I kto to mówi! A na co samochodom adwokat?- zaśmiała się, dając mi sójkę w bok.
- No ok, może prawo to nie moje powołanie, ale przynajmniej może przydać się w życiu.- broniłem się.
- Podobnie jest z psychologią.- upierała się Jessie.
- Dobrze, niech Ci będzie.- powiedziałem z uśmiechem klapiąc ją po głowie.- No właśnie, a co ze studiami? Przerwiesz je?
- Nie mam wyboru. Muszę zadzwonić do dziekana i poprosić, by przygotował mi wszystkie moje dokumenty.- westchnęła ciężko Jessie.
- Złożysz papiery w Nowym Jorku?- spytałem.
- Hmm...właśnie się zastanawiam...czy nie przerwać studiów...ale na dobre...- odparła po chwili namysłu.
- Czemu?- zdziwiłem się. Na Uniwersytecie Kalifornijskim, do którego uczęszczaliśmy, była bardzo zdolną studentką. Wszyscy ją bardzo chwalili.
- Bo tak naprawdę jeszcze nie wiem co chcę robić w życiu.- Jessie była najbardziej niezdecydowaną osobą jaką znałem.
- Zrobisz to, co uznasz za słuszne.- powiedziałem. Przecież nie mogłem jej zmusić, by szła na studia, chociaż przerwanie ich w połowie, było kompletną głupotą.
- Wiem, że uważasz, że źle robię. Ale wolę robić coś co będzie mnie satysfakcjonowało, zamiast tracić czas na pierwszych lepszych studiach bez sensu.- to co mówiła, miało niby sens, ale nie całkiem się z tym zgadzałem. Według mnie, lepiej byłoby mieć jakiś ukończony kierunek w zanadrzu. Czasem wydawało mi się, że jesteśmy jak ogień i woda.
- Jessie, dobrze wiesz, że zawsze akceptuję twoje wybory, choćby były nie wiem jak absurdalne.- zaśmiałem się. Jessie zawtórowała mi. Będzie mi brakowało tych naszych beztroskich wieczorów podczas których rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Nie musieliśmy nawet nigdzie iść. Mogliśmy po prostu siedzieć w miejscu, by wspólnie dzielić się ciszą. Nasza przyjaźń opierała się na właśnie takich, prostych zasadach.
- Chyba będę musiała już iść.- powiedziała nagle Jessie, zbierając się z ziemi.
- Co? Przecież jest dopiero 11.- zdziwiłem się, zazwyczaj siedzieliśmy o wiele dłużej.
- Tak wiem, ale jestem już zmęczona...- odparła wymijająco. Widać, ze nagle posmutniała.
- Skoro musisz. Odprowadzić Cię?- zaproponowałem.
- O tak, chociaż drogę znam już na pamięć.- zgodziła się Jessie.
- To chodźmy inną drogę.- wpadło mi nagle do głowy.
Postanowiliśmy wracać okrężną drogą. Zewsząd otaczała nas ciemność, dopiero gdy zostawiliśmy za sobą polanę i wyszliśmy na ulicę, oświetliły nas blade światła latarni. Mimo tak późnej pory, Jessie nie bała się. Wiedziałem, że darzy mnie bezgranicznym zaufaniem, tak samo jak ja ją.
- W przyszłym tygodniu Tyler urządza imprezę, już mnie męczy od wczoraj, może pójdziemy?- spytałem, choć wcale nie miałem zamiaru tam iść. Chciałem po prostu ją sprawdzić.
- No nie wiem...- była średnio zainteresowana.- A gdzie to jest?
- Nad zatoką, nie wiem jak mu się udało dorwać takie miejsce.- ciągnąłem dalej.
- Może będę mogła iść...- zastanawiała się Jessie. Wiedziałem. Coś kombinuje. Zbyt dobrze ją znałem.
- Możemy zabrać ze sobą Kate, ona lubi takie zabawy.- powiedziałem, czekając na jej reakcję.
- Byłoby fajnie.- Jessie miała coraz smutniejszy głos i była dziwnie zamyślona.- Może nawet założę moją nową sukienkę.
Ha! Mam ją! Przecież Jessie nie nosi sukienek! Jej piętą achillesową było to, że nie potrafiła mnie okłamać. Od razu potrafiłem to wyczuć. Domyśliłem się, że chce wyjechać za parę dni. Musiałem się do tego przygotować.
Nagle Jessie się zatrzymała. Myślałem, że chce mi w końcu powiedzieć o co jej chodzi, ale okazało się, że po prostu znajdujemy się przed jej domem. I przed moim też przy okazji.
- To ja już pójdę.- powiedziała smutnie Jessie.
- Stało się coś?- zapytałem, przyglądając się jej uważnie.
- Nie, nie. Jestem tylko zmęczona.- rzekła Jessie wymijająco.
- No ok, to już Cię nie zatrzymuje.- powiedziałem uśmiechając się do niej. Odwzajemniła uśmiech, ale jakoś tak niepewnie. Nigdy się tak nie zachowywała. Zazwyczaj jest roześmiana i radosna.- Widzimy się jutro?
Ale ona tylko się do mnie przytuliła, jak dziecko, które chce by je chronić przed złem tego świata. Objąłem ją moimi silnymi ramionami. Poczułem jej znajomy zapach. Połączenie frezji, dzikiej róży, jaśminu i wanilii. Jej perfumy znałem już na pamięć. A teraz miała wyjechać. Nie mogłem się z tym pogodzić. Staliśmy tak przez dobre 15 minut, aż w końcu Jessie delikatnie odsunęła się ode mnie i popatrzyła mi w oczy. Krył się w nich głęboki smutek. Dawno jej takiej nie widziałem. Mimo to Jessie uśmiechnęła się do mnie.
- Dobranoc.- szepnęła słodko, kierując się w stronę domu.
- Śpij dobrze.- powiedziałem głośno za nią.
- Będę o Tobie codziennie myślała.- dodała Jessie, zanim zamknęły się za nią drzwi. Nie zrozumiałem o co jej chodziło i sam udałem się w do domu.
Następnego dnia już jej nie było. Wyjechały jeszcze tej samej nocy. Była to nasza ostatnia rozmowa, nim opuściła Los Angeles. Gdybym tamtego wieczora, wiedział, że to pożegnanie, nie pozwoliłbym jej tak szybko odejść. Po mojej przyjaciółce został mi tylko jej zapach na mojej bluzie i puste wspomnienia...
...moje wspomnienie, ale widziane jego oczami...pozwala na lepsze zrozumienie tego co się wydarzyło i tego jak on to wszystko widział...jak to postrzegał...
Moje powieki były takie ciężkie. Siłą powstrzymywałam nadchodzący sen. Obok mnie Kate nuciła wesoło piosenkę, która właśnie leciała w radiu i bębniła głośno palcami o kierownicę. Strasznie mi się nudziło. Na dodatek słońce piekło niemiłosiernie. Jechałyśmy bez przerwy już od 5 godzin. Powoli zbliżałyśmy się do Oklahomy. Nareszcie jakieś większe miasto.
Westchnęłam ciężko, musiałam rozprostować nogi.
- Dobrze się czujesz?- dotarł do mnie głos Kate. Odwróciłam się do niej i zobaczyłam jak patrzy na mnie niepewnie. Zawsze potrafiłam wszystko wyczytać z jej twarzy, ale teraz była dla mnie zagadką. Jakby starała się coś przede mną ukryć. Może trochę się o mnie bała? Albo po prostu mnie? W końcu to nie jest normalne, gdy ktoś wije się na łóżku z bólu, krzycząc ze strachu. No tak, ale kto powiedział, że jestem normalna? Albo zdrowa na umyśle? Nie mam pojęcia jak te obrazy znalazły się w mojej głowie, ale musiałam je z niej wybić.
- Tak, wszystko jest w porządku.- odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem. Musze być naprawdę kiepską aktorką, bo Kate spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
- Jesteś strasznie blada.- zauważyła.
- Jak zwykle.- poprawiłam ją.
- Dlatego właśnie musisz złapać trochę słońca.- powiedziała wesoło Kate zmieniając temat.- Do dobrze zrobi twojej skórze. No i Tobie.
- Pewnie masz rację, jak zwykle.- powiedziałam z uśmiechem. Chciałam ją jakoś udobruchać.
- A wiesz co by było dla Ciebie najlepsze? Cały dzień snu.- rzekła Kate patrząc na mnie surowym wzrokiem. Milczałam, więc odchrząknęła znacząco.
- Hej, pani kierowco, a może skupi się pani na drodze co?- zwróciłam jej uwagę, zapadając się głębiej w siedzenie. No tak, teraz nie da mi spokoju, zaczyna się.
- Nie próbuj odwrócić mojej uwagi, bo Ci się to nie uda.- ostrzegła mnie Kate.- Czego Ty się boisz?
- Niczego.- burknęłam.
- Przestać wciskać mi kit, przecież i tak nie uwierzę.- Kate męczyła mnie dalej.
- Nie wciskam Ci kitu...po prostu...mam dość wałkowania tego tematu...- powiedziałam z naciskiem.- Od rana nie dajesz mi spokoju.
- Staram się zrozumieć co się z Tobą dzieje.- usprawiedliwiała sie Kate.
- Nic mi nie jest.- powtórzyłam po raz setny.- I nie musisz się tak się o mnie martwić. Nie jestem pierwszą ani ostatnią osobą na świecie, która ma koszmary...
- Tak, tylko, że to twoje koszmary mnie interesują a nie kogoś innego.- rzekła Kate. Dawno nie wiedziałam żeby była taka poważna. Zazwyczaj uśmiech nie schodzi jej z twarzy.
- No dobrze, cieszę się, że jest ktoś kto tak się mną opiekuje i o mnie dba, ale...- kończyły mi się argumenty. Nie chciałam jej opowiadać o moim koszmarze. Pierwszą osobą, której chciałam powiedzieć, miał być Sam...
- Ale co? Jessie, chce Ci tylko pomóc...jak mi o tym opowiesz to kamień spadnie ci z serca, naprawdę.- Kate przekonywała mnie dalej.
- Dobrze, opowiem Ci, ale nie dziś, muszę pozbierać myśli, zastanowić się nad tym wszystkim.
- No dobrze, jak wolisz.- odparła zawiedziona Kate. Pewnie spodziewała się mrożącej krew w żyłaś opowieści. Musiałam ją rozczarować. Jeśli liczyła na straszną historię, niech idzie do kina na jakiś horror. Mnie to nie bawi. Zdenerwowałam się trochę, ale nie chciałam dać tego po sobie poznać.
Właśnie zbliżałyśmy się do stacji benzynowej. Odetchnęłam z ulgą, gdy Kate skręciła w tamtą stronę. Stanęła przy drugim stanowisku i wysiadła z samochodu. Poszłam za nią. Oparłam się o bok mojego Jeppa i patrzyłam leniwie jak Kate tankuje.
- No już nie patrz tak na mnie.- burknęła przez ramię.- Zaraz oddam Ci ten telefon. Pójdę zapłacić i zrobić małe zakupy, będziesz mieć dość czasu.
- Dzięki.- mruknęłam. Czułam się jakbym zrobiła coś złego.
- Tylko żeby nie było potem, że nie ostrzegałam.- powiedziała Kate grożąc mi palcem i podając mi telefon.
- Dobrze mamo, będę grzeczna.- zakpiłam, odbierając jej telefon. Kate w końcu się rozchmurzyła.
- Pozdrów tam Sammy'ego ode mnie.- rzuciła przez ramię, idąc w kierunku sklepu.
Nareszcie zostałam sama. Włączyłam telefon. Nie był włączony od kilku dni, pewnie Sama zaniepokoiło to, że tak długo się nie odzywałam. I nie myliłam się. Próbował się do mnie dodzwonić 3 razy i zostawił kilka wiadomości w których się dopytywał czy wszystko ze mną w porządku. Pospiesznie wystukałam jego numer na klawiaturze. Znałam go już na pamięć, mogłabym to zrobić z zamkniętymi oczami. Odebrał od razu, jakby czekał na mój telefon.
- Jessie? Nic Ci nie jest?- spytał zaniepokojony Sam.
- Spokojnie, wszystko jest w porządku.- uspokajałam go.- Kate zabrała mi telefon.
- Czemu?- zdziwił się.
- Uważała, że tak będzie dla nas lepiej, bo za dużo do siebie dzwonimy.- wyjaśniłam.
- Niech lepiej zajmie się swoimi sprawami.- warknął Sam.
- Ej, nie bądź taki, chciała dobrze.- broniłam Kate, ale tak naprawdę podzielałam zdanie Sama.
- No dobrze...niech Ci będzie.- uspokoił się.- Co tam?
- Jesteśmy przed Oklahomą, dotrzemy tam jutro.- powiedziałam.
- Dopiero? Byłem pewny, że już jesteście w połowie drogi...- zdziwił się Sam.
- Jeszcze kawał drogi przed nami...już zaczynam mieć tego dość.- żaliłam mu się.
- Nie dziwię się...ale dacie radę.- pocieszał mnie Sam.
- Mam nadzieję. A co u Ciebie?- spytałam.
- A nic nowego...właśnie skończyłem składać do kupy Camaro...jeszcze tylko mu dopasuję felgi i będzie jak nowy.- powiedział Sam z zapałem.
- To świetnie! Szkoda, że nie mogę go zobaczyć.- jęknęłam. Jego chevrolet od dawna nawiedza mnie w marzeniach sennych. Za ten samochód oddałabym duszę.
- Żałuj, jest boski.- zaśmiał się Sam.- Dzisiaj jazda próbna.
- Później mi opowiesz jak wrażenia.- powiedziałam smutnie. Marzyłam o tym by być z powrotem w Los Angeles.
- Nie oszczędzę Ci nawet najmniejszych szczegółów.- obiecał Sam.- Zresztą sama go zobaczysz, kiedyś Cię tam odwiedzę w tym Nowym Jorku.
- Obiecujesz?- spytałam z nadzieją.
- No jasne, przecież mnie znasz.- zaśmiał się Sam. Nie opuszczał go dobry humor. Zaczął mi się on udzielać.
- A jak tam na uczelni beze mnie?- zainteresowałam się.
- Mnie nie pytaj, nie było mnie tam ostatnio.- powiedział beztrosko Sam.
- Czemu? Przecież za niedługo masz egzaminy końcowe...- przypomniałam mu.
- Tak wiem...mam jeszcze trochę czasu.- odpowiedział Sam.
- Jak nie zaczniesz się uczyć to nigdy ich nie zaliczysz.- martwiłam się. Typowe. Zawsze ja muszę się zamartwiać za niego, podczas gdy on jak zwykle niczym się nie przejmuje.
- Jessie luz...od przyszłego tygodnia wracam na ostatnie zajęcia i zaczynam zakuwać. Zadowolona?- zakpił Sam.
- Chwilę mnie nie ma i świat staję na głowie.- powiedziałam kręcąc głową.
- No już tak sobie nie pochlebiaj!- zaśmiał się Sam.- Poza tym...bez Ciebie to już nie to samo...nawet mi się już nie chce tam chodzić...
- Co Ty gadasz, jeszcze tylko miesiąc i masz to z głowy. Musisz to jakoś wytrzymać.- mobilizowałam go.- I to ciągle jest to samo miejsce, nic się nie zmieniło. Poradzisz sobie.
- Tak Ci się tylko wydaje, zmieniło się wszystko. Jest tak pusto bez Ciebie...- powiedział smutnie Sam.
- Mi też nie jest z tym dobrze...ale na początku tak będzie. To się zmieni. Przyzwyczaimy się do tego, zobaczysz.- zapewniłam go.
- Skoro tak mówisz, to pewnie tak będzie.- usłyszałam ulgę w jego głosie.- Wiesz, że tęsknie?
- Tak, wiem.- uśmiechnęłam się sama do siebie.- Ja za Tobą też.
- Muszę kończyć, tata potrzebuje mojej pomocy.- powiedział zmartwiony.
- Dobrze, nie pozwól tacie czekać.- rzekłam.- Jeszcze pogadamy.
- I nie daj się Kate. Schowaj ten telefon tak, żeby go nie znalazła.- zaśmiał się Sam.
- Nie ma sprawy, już ja się nią zajmę.- przyrzekłam. Przekazałam mu jeszcze pozdrowienia od Kate i rozłączyłam się.
Znowu było tak jakoś pusto. Westchnęłam ciężko i rozejrzałam się po stacji. Tuż obok mnie biegali dwaj mali chłopcy, strzelali do siebie z plastikowych pistoletów na wodę. Mieli może 4 lata. Nagle jeden z nich wybiegł prosto przed samochód wjeżdżający na stację. Zareagowałam w ostatniej chwili i odciągnęłam chłopca na bok. Malec nawet nie wiedział co się stało. Duży czarny wóz przejechał obok mnie, zatrzymał się na stanowisku trzecim. Wysiadł z niego mężczyzna w garniturze. Spojrzał na mnie i posłał mi wrogie spojrzenie.
- Na drugi raz proszę lepiej pilnować swoich dzieci!- warknął łypając z nad ciemnych okularów na chłopca, którego wciąż trzymałam w ramionach.
- Przepraszam, to się już nie powtórzy.- mruknęłam tylko, nie dbając o to czy mnie dosłyszał. Chłopiec zaczął wierzgać nogami i wyrywać mi się.
- Zostaw mnie! Chce do mamy!- wrzasnął.
- Spokojnie.- powiedziałam do niego czule, stawiając go na ziemi.- Gdzie jest twoja mama?
- Mikel? Mikel, gdzie jesteś?!- usłyszałam czyiś zrozpaczony głos. Należał do szczupłej, młodej blondynki, trzymającej swojego drugiego syna za rękę. Gdy zobaczył mnie z Mikelem, pobiegła w naszą stronę.- Jesteś! Tak się bałam!
- Nic mu nie jest.- uspokoiłam kobietę.
- Dziękuję Ci bardzo! Wystarczyło, że na chwilę zostawiłam ich samych i już musieli mi się wymknąć!- podziękowała mi, po czym zwróciła się do Mikela:- Ty urwisie, ale mi napędziłeś stracha! Nigdy więcej tego nie rób!
- Przepraszam mamo...- powiedział Mikel skruszony.
- No już dobrze, nic się nie stało.- kobieta przytuliła czule chłopca.- A teraz podziękuj tej pani za pomoc.
- Dziękuje.- pisnął chłopiec patrząc na mnie z dołu.
- Nie ma za co.- uśmiechnęłam się do niego, gładząc go po głowie.
- Gdyby nie Ty...nie wiem co by się stało!- powiedziała do mnie kobieta, nie mogąc otrząsnąć się z szoku.
- Niech pani o tym nie myśli, ważne, że Mikelowi nic nie jest.- pocieszyłam ją.
- Tak, masz rację. No cóż, jeszcze raz bardzo Ci dziękuje!- powiedział z uśmiechem kobieta, po czym zabrała swoich synów.- Chodźcie moje skarby, tata już na nas czeka. Pojedziemy coś zjeść, a potem mamy dla was niespodziankę!
Patrzyłam jak odchodzą, na to jak chłopcy skaczą radośnie wokół swojej matki, a ona tuli ich do siebie. Ja nigdy nie byłam tak traktowana. Moja przyszywana matka nie traktowała mnie w ten sposób. No może na początku...zgodnie z tym co opowiadał Sam, gdy mnie przygarnęli, świata poza mną nie widzieli. Ale to się szybko zmieniło. Nigdy nie czułam się tak kochana jak na to zasługiwałam. To zawsze na Jasonie, była skupiona ich cała uwaga, to on dostawał to o czym zapragnął, a ja? Byłam tylko podrzutkiem, o którym nikt nie pamięta. Oczywiście, teraz przesadzam...ale gdy widziałam jak ta kobieta martwiła się o Mikela, zrozumiałam, że o mnie nikt nigdy się tak nie martwił. Ani mam, ani tata. Dlatego szybko się usamodzielniłam i nie potrzebowałam ich tak bardzo. Od zawsze czułam, ze do nich nie pasuję, że coś jest nie tak. I miałam rację.
Nagle zobaczyłam czyjąś rękę, machającą mi przed oczami.
- Halo! Ziemia do Jessie! Słyszysz mnie?- zaśmiała się Kate.
- Tak, słyszę.- oprzytomniałam. Czasem, gdy się nad czymś poważnie zastanawiałam, zupełnie traciłam kontakt z rzeczywistością, tak jakby mnie tam nie było. Dziwnie jest tak znowu wrócić. Zerknęłam na Kate i torby z zakupami, które właśnie rzuciła na tylne siedzenie.- Co to jest?
- Prowiant, który umożliwi nam przeżycie kilku następnych dni.- oznajmiła z uśmiechem.- No co tak dziwnie patrzysz? Długa droga przed nami! I jak tam, rozmawiałaś z Samem?
- Tak.- rzekłam uśmiechając się.
- Jak wrażenia?- zakpiła Kate.
- Było miło, od razu mi lepiej.- skłamałam. Nie było mi lepiej, czułam się jeszcze bardziej samotna i opuszczona.
- To dobrze.- powiedziała Kate, ale czułam, że mi nie uwierzyła.
- Mogę ja poprowadzić?- spytałam z nadzieją.
- No dobrze...w sumie przyda mi się odpoczynek.- przyznała Kate.
Zajęłyśmy miejsca w samochodzie i ruszyłyśmy w dalszą drogę.