Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
1. Pustka.


1. Pustka.

                                                 Wcześniej...


Przez całe życie zastanawiałam się kiedy to nastąpi...ten przełomowy moment, który zmieni moje życie i przewróci je do góry nogami.
No i doczekałam się. Wystarczył jeden szalony pomysł, słowa rzucone na wiatr...
Byłam wtedy w Los Angeles, żyłam w chaosie, który zdawał się być moim pozornie ułożonym i spokojnym życiem. To widziały osoby przyglądające się temu z zewnątrz, ale nie wiedziały tego co dzieje się w środku. Niby nie miałam na co narzekać. Mieszkałam w ślicznym domku, z kochającą rodzinką, nigdy nic mi nie brakowało i czułam się bezpiecznie. Przynajmniej do pewnego momentu. Gdybym tamtego feralnego dnia nie podsłuchała pewnej rozmowy, na pewno nic by się nie zmieniło i żyłabym tak dalej. Ale po raz kolejny zachowałam się nieodpowiednio, przekroczyłam granice przyzwoitości, które po usłyszeniu tego czego nie powinnam słyszeć, nakazały mi natychmiast przestać nasłuchiwać pod drzwiami. Ale nie zrobiłam tego i do dziś jestem wdzięczna samej sobie, że tak się stało.
To właśnie wtedy dowiedziałam się, że zostałam adoptowana. Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Setki, tysiące pytań mnie wtedy zadręczało. Najczęściej padało: ”Kim tak naprawdę jestem?”.
Wszystko to co składało się na moje życie, wszystkie wydarzenia i wspomnienia nie pasowały do mnie, bo tak naprawdę osoba, która przez te 21 lat podawała się za Jessie Willys, wcale nią nie jest. Czułam się jak w klatce, więziona w swoim własnym ciele i umyśle. To czego pragnęłam w tamtej chwili to wyjaśnień i odpowiedzi.
Ale nie potrafili mi ich udzielić osoby, które przez tyle lat nazywałam moją rodziną...

                                                  





Właśnie wyszłam z łazienki. Po cudownej kąpieli, do szczęścia brakowało mi tylko pysznego śniadanka. Miałam taki dobry humor. Więc tanecznym krokiem, jak na skrzydłach pobiegłam na dół. Drzwi do kuchni były zamknięte, a gdy do nich podeszłam, usłyszałam szepty reszty domowników:
- Musimy jej powiedzieć...- usłyszałam głos mamy. Zaciekawiłam się i podeszłam bliżej. Może chodzi o niespodziankę urodzinową dla mnie? W końcu do moich urodzin zostały tylko niecałe 2 miesiące...
- Bądź rozsądna kochanie.- usłyszałam głos taty. To on był w domu??
- Nie możemy tego wiecznie przed nią ukrywać! Ja tak nie potrafię Richard...- głos mamy był coraz smutniejszy. Zaraz, zaraz...o co tu chodzi??Coś mi tu nie pasuję...
- Powiemy jej, ale w swoim czasie.- skwitował to tata.- Skąd w ogóle wziął Ci się taki dziwny pomysł?
- Ona ma już 21 lat! A za niedługo skończy 22! Ma prawo wiedzieć!- powiedziała głośno mama.
- Cicho! Bo jeszcze usłyszy...- uciszał ją tata.
- Źle robimy...
- I co jej powiesz?! Córeczko, wiem że to trudne, ale adoptowaliśmy Cię, gdy miałaś 2 lata?! To szaleństwo!- złościł się tata.
- Im dłużej będziemy zwlekać, tym gorzej to przyjmie.- martwiła się mama.- Ona nam tego nie wybaczy...
- Nie panikuj!- uspokajał ją tata.- Trochę się powścieka i jej przejdzie.
- Nie wydaje mi się Richard. Znasz ją, jest bardzo uparta. Na pewno będzie chciała odnaleźć swoich biologicznych rodziców...- dodała mama.
- Może lepiej żeby się nie dowiedziała?- zastanawiał się tata.
- Co Ty mówisz?!- oburzyła się mama.
- Nie chce jej stracić...- mruknął tata.
- Ja też nie...ale tak będzie właściwie...- westchnęła mama.- Nawet jeśli wyjedzie, nie powstrzymamy jej.
Stałam tak pod drzwiami słuchając z zapartym tchem, miałam wrażenie że zaraz zemdleje. Cały mój dobry humor, praktycznie całe moje życie legło w gruzach. Teraz zaczęłam to wszystko rozumieć. Brak moich zdjęć z dzieciństwa, ich dziwne zachowanie ostatnio...nawet nie byłam podobna do nikogo w rodzinie. Jako jedyna miałam długie proste, ciemno brązowe włosy i zielone oczy, podczas gdy cała reszta była niebieskookimi, kędzierzawymi blondynami. Nie mogłam złapać tchu, czułam że się duszę. Nie mogłam znieść ich obecności i tego domu...

 



Mimo wszystko kochałam ich. Ale nie mogłam tak dalej.
Helen to cudowna kobieta. Prawdziwa bizneswoman, kochająca żona, doskonała gospodyni, wspaniała matka, nawet dla mnie, mimo wszystko. Zawsze starała się bym czuła się wyjątkowo, zapewniała mnie że jestem jedyna w swoim rodzaju. Jakby chciała mi zrekompensować moją stratę, o której nie miałam pojęcia. Kochałam ją, ale po tym czego się dowiedziałam poczułam, że ta rodzina i ten dom to nie jest moje miejsce.
Richard...to ten z ojców, który jest, ale go nie ma. To ten, którego puste miejsce na widowni widzisz, gdy mając 9 lat stoisz na scenie w pięknym stroju. To twoja chwila, wszystkie oczy zwrócone są w twoją stronę...tylko to miejsce kłuje boleśnie w serce. Dziecko łatwo można oszukać. Tatuś miał ważne sprawy, ale na pewno przyjdzie na następne przedstawienie, a najdroższa lalka pomaga we wkupieniu się w łaski skrzywdzonej dziewczynki. Ale tego się nie zapomina. I ja nie zapomniałam.
Był jeszcze Jason. Od zawsze rozpieszczany przez rodziców. Wielki sportowiec, musiał mieć zawsze to czego akurat w danej chwili zapragnął. A ja? Byłam po prostu sobą. Zawsze ciągnęło mnie do samochodów. Niestety według rodziców to była tylko strata czasu, przynajmniej wg mamy. Tata jak zwykle umywał ręce. Pewnie dlatego Helen zapisała mnie na lekcje gry na gitarze, żeby odciągnąć mnie od garażu. Lecz to i tak nic nie dało. W samochodach i silnikach było coś co mnie uspokajało, lubiłam się trochę ubrudzić i namęczyć przy naprawie, bo wiedziałam, że robię coś co może przynieść pożytek. Ale to nie znaczy, że nie lubiłam gitary. Tworząc, uciekałam do swojego małego świata, gdzie wszystko było możliwe i gdzie mogłam puścić wodze fantazji. Dzięki temu czułam się szczęśliwa. Ale jak to bywa, to co dobre szybko się kończy...
Najpierw pojawił się szok, potem złość za tyle lat życia w kłamstwie, aż w końcu bezradność i niemożność pogodzenia się z tym co się dziej. Gdy w końcu otrząsnęłam się z tego stanu, postanowiłam wszystko rzucić i znaleźć szczęście gdzie indziej.
Spontaniczna decyzja o wyjeździe do Nowego Jorku przyszła znikąd. Wystarczyło to,że do Jessie wpadła jej najlepsza przyjaciółka. Wystarczyło to, że Kate zaczęła się żalić, narzekać na swoje życie, marzyć o czymś nowym. W głowie Jessie nieoczekiwanie pojawił się plan. Ucieczka w nieznane, by zacząć układać swoje życie od nowa. Niby plan był prosty, ale jak zostawić to wszystko z czym się żyło tyle lat? To tak jakby spalić dom i wszystko wokół. By nie zostało już nic, prócz siebie samej i niezrealizowanego pomysłu na życie.


                                                      





- Jessie, ja już mam naprawdę dość tego miejsca!- jęknęła Kate, gdy wdrapała się do domku na drzewie w którym się ukrywałam. Byłam w tak podłym nastroju, że nie docierało do mnie to co mówiła.- Znowu wylali mnie z pracy, a Kevin stwierdził, że nie może spotykać się z osobą, która jest inteligentniejsza od niego. Wyobrażasz to sobie?! Byłam w szoku! Na dodatek moja głupia matka znowu wróciła do tego idioty Paula! To jest po prostu szczyt wszystkiego! Ej, słuchasz mnie?!
- C-co?- wymamrotałam.
- Aha, widzę, że nie tylko ja mam dziś popsuty humor...- stwierdziła Kate, usadawiając się obok mnie na starej kanapie.- No nawijaj.
No i opowiedziałam jej o wszystkim. Na początku nie chciałam jej nic mówić, ale gdy już zaczęłam to nie potrafiłam przestać. Wylewałam wszystkie swoje żale, smutki i spostrzeżenia. Gdy skończyłam Kate przez chwilę milczała, aż w końcu powiedziała:
- Nie mogę uwierzyć, że Ty to nie Ty...to tak jakby porwało Cię ufo...
- Odbiło Ci?! Przecież to wciąż ja! Tylko nie znam swojego pochodzenia i nazwiska...Ale spoko, kto by się tym przejmował...- paplałam zrezygnowana.
- I co teraz?- spytała Kate.- Pogadasz z rodzicami?
- Nie.- rzuciłam krótko.- Nie mam zamiaru się do nich odzywać.
- Do kogo??- usłyszałam czyiś głos i po chwili zobaczyłam niesforną czuprynę mojego najlepszego przyjaciela, którą tak uwielbiałam. Jednym zgrabnym susem wszedł na górę i usiadł po mojej lewej stronie.- Co jest grane?
Nie chciało mi się zaczynać znowu tej samej historii, ale cóż...Dla Sama zrobiłabym wszystko. Gdy po raz drugi opowiadałam moją mrożącą krew w żyłach historię, Sam zdawał się być bardziej przejęty od Kate.
- Zawsze coś takiego przeczuwałem...może i miałem tylko 7 lat, ale nie byłem głupi. Małżeństwo, które mieszka tu od zawsze, nagle ma dwuletnie dziecko?- mówił Sam.- To było zbyt podejrzane.
- Szkoda, że wcześniej mi tego nie powiedziałeś.- jęknęłam zrezygnowana.
- A uwierzyłabyś?- spytał z niedowierzaniem Sam.
- Tobie na pewno.- zapewniłam go. Zapadła cisza, a po chwili dodałam: - Muszę się stąd wynieść...
- Że co?- zdziwił się Sam.
- Nie mogę tu zostać.- wyjaśniłam.- Poza tym jestem już pełnoletnia, czas zacząć samodzielne życie.
- Oj daj spokój, przecież dużo młodych ludzi mieszka jeszcze z rodzicami i nie ma w tym nic dziwnego.- przekonywał nie Sam.
- Ty już od 19 roku życia mieszkasz sam.- zarzuciłam mu.
- Ale ja mieszkam z rodzicami.- wtrąciła Kate.
- No widzisz, nie jesteś sama.- pocieszył mnie Sam.
- Super, też mi pocieszenie...- zadrwiłam.- Tylko fajnie by było wiedzieć kim są moi rodzice...
- Mam nadzieję, że ich znajdziesz...- mruknął Sam. Chwila ciszy...
- Kate, dokąd zawsze chciałaś pojechać?- spytałam znienacka.
- Eee...co? Och, w mnóstwo miejsc! Do Seattle, Las Vegas, Memphis...ooo i do Atlanty i Miami...i do Nowego Jorku i Detroit...- wyliczała Kate.
- Nowy Jork! Właśnie tam pojadę!!- zawołałam ucieszona, a Kate i Sam popatrzyli na mnie jak na wariatkę, którą zresztą jestem.
- Nie gadaj głupot!- sprowadził mnie na ziemię Sam.- To ponad 4 tysiące kilometrów stąd! Jak chcesz się tam dostać? I co będziesz tam robić?
- Zacznę nowe życie.- powiedziałam z uśmiechem.
- Ale czemu aż tak daleko?- zdziwiła się Kate.
- Właśnie o to chodzi. Jak najdalej od tego co było.- wyjaśniłam jej.- Zaoszczędziłam sporo kasy, samochód mam, w prawdzie jego stan jest wątpliwy, no ale dojadę. Będę robić przerwy...
- To brzmi wszystko pięknie i wspaniale, ale nierealnie.- sprowadził mnie na ziemię Sam.- Myślisz, że rodzice cię puszczą?
- Nie mają już nic do gadania.- skwitowałam to krótko. Sam westchnął, ale nic nie powiedział, za to Kate ten pomysł przypadł do gustu.
- Nowy Jork...super! Jadę z Tobą!
- Naprawdę?- ucieszyłam się, że będę mieć towarzysza podróży. Wolałam, żeby był to Sam, ale nie mogłam wymagać, że wszystko dla mnie rzuci. Nie mogłam zmarnować mu życia. To było trudne, nie potrafię się z nim rozstać. To samolubne, ale prawdziwe. Więc może lepiej zostać i udawać, że wszystko jest ok? Jestem kiepską aktorka...



                                                   

To było szaleństwo. Prawdziwe szaleństwo. Pod osłoną nocy, spakowane, pozbawione resztek godności, bez żadnego uprzedzenia wsiadłyśmy do samochodu Kate i ruszyłyśmy przed siebie. Wtedy jeszcze nie czułyśmy wyrzutów sumienia. Cieszyłyśmy się z naszego triumfu. Dawno nie byłyśmy tak szczęśliwe, nic nas tu nie trzymało. Przynajmniej tak się nam wydawało.
Kiedy przejeżdżałyśmy przez Phoenix ok godziny 9, nagle zadzwonił mój telefon. Byłam przekonana, że to rodzice zaczynają nie szukać.
- Kto to?- spytała przestraszona Kate.
- Spokojnie, to tylko Sam.- uspokoiłam ją.
Tylko Sam? Tylko?! Sam to mój najlepszy przyjaciel od zawsze! Moja bratnia dusza, moje słońce! To właśnie jego najbardziej mi brakowało po ucieczce. Nawet przez wzgląd na niego myślałam o tym by zostać. Na pewno poczuł się zraniony przez to, że wyjechałam bez pożegnania...może uznałam ,że tak będzie łatwiej...nie wiem czemu tak postąpiłam. Ludzie czasem popełniają błędy wcale się nad nimi nie zastanawiając.
- Cześć Sam.- przywitałam się smutnym głosem.
- Nie mogę uwierzyć że jednak to zrobiłaś. Wiem, że jesteś nienormalna, ale nie wiedziałem, że aż tak.- powiedział Sam, a tylko to spotęgowało moje rosnące poczucie winy.- Ale żeby ze mną się nie pożegnać?
- Wybacz...- szepnęłam do telefonu.- Nie potrafiłam inaczej. Myślałam że jak zrobię to szybko i niespodziewanie to będzie mniej bolało...
- Tak sądzisz? Bo nie sadzę, żeby to robiło jakąś różnicę. Tak czy inaczej będzie mi ciężko po twoim wyjeździe.- wyrzucił z siebie Sam.- Bez Ciebie to już nie będzie to samo.
- Nie mów tak, bo czuje się jeszcze gorzej.- prosiłam go.
- Jessie Willys ma wyrzuty sumienia? No nie wierzę!- zaśmiał się Sam.- I z kim ja teraz zbędę grzebał w silnikach?
- Na pewno znajdziesz jeszcze lepszego pomocnika ode mnie.- zapewniłam go, ale na wspomnienie godzin spędzonych w warsztacie jego taty, poczułam ogromną pustkę w sercu. No cóż, kiedyś będzie trzeba czymś ją załatać...
- O nie, z tym się nie zgodzę. Nie da się zastąpić, niezastąpionej.- Sam nie dawał za wygraną.- Ty masz to we krwi.
- Ok. Z Tobą nie wygram.- poddałam się.
- Założę się, że na pewno jest z Tobą Kate. Nie zmieniłyście zdania?- spytał Sam.- Nowy Jork?
- Tak.- bałam się to powiedzieć.- Nie zmieniłyśmy planów.
- To daleko. Bardzo daleko.- przyznał Sam. Też zdał sobie sprawę z tego, że nie będziemy się często widywać. Może nawet wcale. Nasze ścieżki, które zawsze były splecione, miały się teraz rozłączyć. Każdy miał pójść w swoją stronę.
- Wiem...uznałam, że to najlepsze miejsce.- powiedziałam z żalem. Nastała cisza. Żaden z nas nie chciał odezwać się pierwszy.
- Zobaczymy się jeszcze?- spytał po chwili Sam.
- Mam nadzieję.- wyznałam.- Jeśli naprawdę będziemy tego chcieli, to się jeszcze zobaczymy.
- Trzymam Cię za słowo.- powiedział. Chyba go rozchmurzyłam tą myślą.
- No to do zobaczenia.- powiedziałam cicho. Ledwo przeszło mi to przez gardło.
- Będę o Tobie codziennie myślał.- rzucił na pożegnanie.
To była najtrudniejsza rozmowa jaką kiedykolwiek przeprowadziłam. A przynajmniej wtedy tak myślałam. Nie tak łatwo jest stracić przyjaciela...
- Czego chciał?- wyrwała mnie z zadumy Kate.
- Pożegnać się.- wyjaśniłam.

 


                                                    

Ściemniało się. A im ciemniej się robiło, tym bardziej chciało mi się spać. Powieki stawały się coraz cięższe, ale ja musiałam skupić się na drodze. Kate chrapała obok mnie, a ja marzyłam o tym by być na jej miejscu. Może jednak nie był taki dobry pomysł, myślałam, ale zaraz przypominało mi się to wszystko co się wydarzyło. Ale mimo wszystko tęskniłam...i to bardzo. Za domem, za rodzicami, za znajomymi, za tymi wszystkimi zakątkami, które z radością odwiedzałam...no i za Samem. Zastanawiałam się co robi, o czym teraz myśli, czy jest szczęśliwy? Mam nadzieję, że tak. To naprawdę bolesne myśleć o nim tak, jakby był kimś obcym. Im więcej kilometrów przybywało na liczniku w moim samochodzie, tym bardziej czułam, jak nieuchronnie oddalam się od mojego najlepszego przyjaciela. Ale to nie koniec świata, są telefony, maile, może będziemy mogli się odwiedzać. Próbowałam się pocieszyć, ale na próżno. Przecież to są ponad 4 tysiące kilometrów! Niby w jaki sposób mielibyśmy się spotykać?
Westchnęłam ciężko i spojrzałam na zegar. Była 9. To znak, że trzeba się zatrzymać. Wskazywało na to moje zmęczenie i ilość benzyny w baku. Mam nadzieję, że gdzieś w tej okolicy jest jakaś stacja benzynowa. Szczerze w to wątpiłam patrząc na to miejsce. Wokół nas same pustkowia, które można by nazwać pustynią. I tylko prosta droga i od czasu do czasu jakieś zabudowania. A teraz nic. Kompletna pustka. To dołujące. Gdyby coś się wydarzyło, nikt by nawet o tym nie wiedział i znikąd pomocy. Nikt nawet nie zauważyłby naszego zniknięcia. Nie! Stop! Jessie Willys, skąd u Ciebie takie destrukcyjne myślenie?!
Szybko otrząsnęłam się z tych nieprzyjemnych myśli i zaczęłam zastanawiać się co dalej. Będziemy nocować w samochodzie? Niezbyt to wygodne. I bezpieczne. Nie mamy nawet namiotu. I gdy zaczęłam rozważać spanie pod gołym niebem, nagle znikąd na horyzoncie zauważyłam jakieś budynki. Odetchnęłam z ulgą. To oznaczało, że może tak znajdziemy kogoś kto nam pomoże.
Szarpnęłam lekko Kate, ale ta nie reagowała, więc trzepnęłam ją mocniej w ramie.
- Hej!- zerwała się zaspana Kate. Rozejrzała się dookoła i spojrzała na mnie z wyrzutem.- Oby to było coś ważnego! Miałam taki piękny sen...
- Zaraz będziesz mogła go kontynuować. Chyba zbliżamy się do jakiegoś miasta.- wskazałam na zbliżające się domy.- Może znajdziemy tak miejsce do spania.
- O tak, w końcu łóżko!- powiedziała Kate z nadzieją.- Jak długo spałam?
- Całe 6 godzin.- odparłam.- Strasznie nadawałaś. Jak nakręcona.
- Cóż, po 10 latach znajomości powinnaś przyzwyczaić się do tego, że mówię przez sen.- zaśmiała się Kate.- Mogłaś mnie obudzić, wtedy bym Cię zastąpiła. Prowadzisz już od dobrych 12 godzin.
- Z przerwami.- zauważyłam.
- No tak, ale nie wiem gdzie Ci się tak śpieszy.- ciągnęła dalej Kate.- Przed czym tak uciekasz? Nikt nas nie goni.
- Wiem. Ale po co marnować czas. Ta podróż już teraz zaczyna mnie męczyć, a końca nie widać.- wyjaśniłam.
- No dobrze.- Kate nie chciała drążyć tematu. Chociaż raz. Zazwyczaj woli wyciągnąć na zewnątrz wszystkie brudy.
Właśnie dojeżdżałyśmy do pierwszych zabudowań. To małe miasteczko wyglądało jak opustoszałe, tylko w niektórych domach paliły się światła. Stare drewniane budynki były brudne i zakurzone od pyłu pustynnego piasku, na którym stały.
- Niezbyt zachęcające.- skwitowałam.
- Zjedź na pobocze, musimy się rozejrzeć.- poleciła Kate.
Ale nie musiałyśmy zbyt długo szukać. Stanęłyśmy prawie pod samym, prawdopodobnie jedynym, hotelem w tym miejscu. Wystarczyło jedno moje spojrzenie, by spisać to miejsce na straty. Stałyśmy przed rozpadającym się drewnianym domem, który sprawiał wrażenie jakby stał tu od wielu, wielu lat. Na dodatek wyglądał jakby miał się za chwilę rozpaść na kawałki. Miał brudne okna, ze ścian odpadały deski, w dachu były liczne dziury, a fundamenty były w opłakanym stanie. Z zardzewiałej tabliczki, gdzie kiedyś widniała nazwa hotelu, teraz nie dało się nic odczytać. Wpatrywałam się w to miejsce z lekkim niesmakiem. Nie budziło mojego zaufania.
- Chyba nie skorzystamy z gościnności jego właścicieli.- mruknęłam wracając do samochodu.
- Jessie, pomyśl logicznie. Jesteśmy tu same, jest ciemno, zimno, mamy pełno bagaży i jesteśmy wykończone.- przekonywała mnie Kate.- I zdaje się, że to jedyny hotel w tej okolicy.
- Kate...- jęknęłam.
- Nie marudź, jak sama mówiłaś, szkoda czasu. Nie marnujmy go na szukanie lepszego noclegu, bo to nie ma sensu.- powiedziała Kate. Nie cierpiałam, gdy miała racje. Kiwnęłam tylko głową i zaczęłyśmy wyciągać walizki z bagażnika.
Weszłyśmy do niewielkiego holu. Zaraz obok znajdowała się recepcja, za której ladą drzemał jakiś staruszek. Wpatrywałam się w niego dziwnie i szepnęłam do Kate:
- A może on nie żyje?
- Co Ty! Nie wygłupiaj się, przecież słychać, że chrapie!- zaśmiała się Kate.
- Może to taki odruch pośmiertny?- zastanawiałam się.
- Już nie kombinuj.- Kate podeszła do lady i uderzyła w dzwoneczek, który na niej stał.- Dobry wieczór!
Nie poskutkowało, bo staruszek nadal smacznie spał.
- Przepraszam bardzo, ze przerywam drzemkę, ale chcemy wynająć pokój!- zawołała Kate.- też chętnie ucięłybyśmy sobie drzemkę, najlepiej w miękkim łóżku.
Widocznie staruszek nie miał zamiaru przerywać swojego wypoczynku.
- On zaczyna mi grać na nerwach.- mruknęła do mnie Kate.
- Już, już, chwileczkę.- dobiegł nas głos zza naszych pleców, na który momentalnie się odwróciłyśmy. Dobiegał z drzwi prowadzących do kuchni. Chwilę później wyszedł z niej wysoki, umięśniony przystojniak, z grzywą czarnych włosów, które opadały mu na czoło. Właściwie to nawet nie zauważyłam tego czy jest przystojny, do czasu gdy dostrzegłam rozanielony wyraz twarzy Kate i ten jej maślany wzrok. No nie, tylko nie to...
- Przepraszam was za mojego dziadka, biedaczek coraz gorzej słyszy.- wyjaśnił chłopak podchodząc do nas.
- Och, nic nie szkodzi!- zawołała Kate strzelając zalotnie rzęsami.- To słodkie, że tak dbasz o swojego dziadka.
- Robię co mogę, teraz to ja zajmuję się hotelem.- wzruszył ramionami nieznajomy.
- Jestem Kate, a to Jessie.- przedstawiła nas Kate z uśmiechem.
- Hunter.- oznajmił, ukazując rząd prostych, śnieżnobiałych zębów w czarującym uśmiechu.
- Miło mi Ciebie poznać.- Kate chyba zapomniała o liczbie mnogiej. I odpowiadało mi to.
- Więc, chcecie wynająć pokój?- spytał Hunter z lekkim niedowierzaniem. Pewnie od dawna nie mieli żadnych gości.
- O tak! Na tę jedną noc. Chyba, że tak nam się spodoba, że postanowimy zostać na dłużej. - potwierdziła Kate z entuzjazmem, ale gdy ujrzała moje mrożące spojrzenie dodała:- Ale tak naprawdę musimy już jutro ruszać w dalszą drogę.
- Dobrze, akurat mamy...eee...dużo wolnych pokoi.- rzekł niepewnie Hunter stając za ladą i wystukując coś na komputerze.- Podać wam rano śniadanie?
- Taa...- zaczęła Kate, ale nadepnęłam jej boleśnie na stopę. Miałyśmy ograniczać zbędne wydatki.- Auuć...to znaczy nie, dziękujemy, ale zrezygnujemy ze śniadania.
- No dobrze.- powiedział zdziwiony Hunter, a Kate podała mu banknot.- Wasz pokój znajduje się na 1 piętrze, po lewej. Zaprowadzić was?
- Pewnie, możesz zacząć od wniesienia naszych walizek na górę.- mruknęłam, zanim Kate zdążyła cokolwiek dodać.
- Do usług!- rzekł Hunter, mrugając do mnie. Wytrzeszczyłam na niego oczy ze zdziwienia.- Chodźcie za mną. To powiedziawszy chwycił 4 walizki i skierował się ku schodom. Zachwycona Kate, która widocznie niczego nie zauważyła, pobiegła za nim. A ja, zniesmaczona, chcąc nie chcąc powlokłam się za nimi. Zatrzymaliśmy się na końcu korytarza na 1 piętrze. Hunter otworzył drzwi i wstawił walizki do środka.
- Czujcie się jak u siebie.- powiedział Hunter, utkwiwszy we mnie swoje spojrzenie, a ja uparcie odwracałam wzrok. Czy ten koleś jest upośledzony?!
- Wielkie dzięki!- zawołała z entuzjazmem Kate, szczerząc do niego zęby.
- A jeśli będziecie czegoś potrzebowały, to jestem na dole.- oznajmił Hunter, wychodząc i nie przestając się na mnie gapić.
- Tak jasne, dzięki.- warknęłam, wyrywając mu z ręki klucz i zamykając mu drzwi przed nosem.
- Jessie odbiło Ci?- spytała zaskoczona Kate, gdy w końcu zostałyśmy same.
- Nie czemu? Po prostu coś mi w nim nie pasuje.- odparłam wymijająco.
- Dziwna jesteś.- Kate pokręciła głową.
- Bo nie odbija mi na widok pierwszego lepszego kolesia? Rzeczywiście muszę coś ze sobą zrobić.- zakpiłam.
- Ale on na mnie leci...muszę się z nim jeszcze dziś spotkać.- mówiła Kate z rozmarzeniem, nie słuchając mnie.
- A rób sobie co chcesz.- machnęłam ręką, rozglądając się po pokoju. Było w nim wiele przedmiotów, które były w rozsypce. Pod oknem stały dwa duże łóżka pokryte kurzem, a obok nich małe stoliki na których stały stare przedpotopowe lampy. Naprzeciwko okna stał stary telewizor, który pewnie i tak od dawna nie działał, a tuż obok ogromna szafa w której coś podejrzanie chrobotało. Znajdowały się też drzwi do łazienki, do której wolałam na razie nie zaglądać. Całość przykrywała gruba warstwa kurzu, bo pewnie od dawna nikt tu nie sprzątał.
- Mogło być gorzej no nie?- stwierdziła Kate.
- No w sumie...- przygryzłam wargę zamyślona.- Chyba przeżyjemy.
- Chyba, że ten kurz nas dopadnie w nocy, gdy będziemy spać.- zaśmiała się Kate.- Ok, to ja pójdę się wykąpać, marzę o gorącej kąpieli...
- Ja bym tak nie ryzykowała...- rzekłam przyglądając się niepewnie drzwiom łazienki.
- Daj spokój!- żachnęła się Kate, wchodząc do łazienki.- Ej nie jest tak źle!
- Żadnych robali?- spytałam z nadzieją.
- Żadnych. Jest nawet wanna...i woda!- zawołała Kate z wnętrza łazienki.
Przez następne pół godziny pluskała się w wannie, a ja w tym czasie poszukałam czystych ubrań na następny dzień, po czym rzuciłam się na łóżko. Byłam już tak zmęczona, ale nie chciałam zasnąć. Obawiałam się, że znowu nawiedzi mnie ten sam koszmar co przez kilka ostatnich dni. Przynajmniej, gdy prowadziłam, mogłam skupić się na drodze, a nie na dręczących mnie obrazach. Na moje nieszczęście łóżka były tu niezwykle wygodne, więc już po kilku minutach odpłynęłam...




Było całkiem ciemno. Szłam długim ciemnym korytarzem. Nie. Ja biegłam. Cisza otaczała mnie ze wszystkich stron, była niemal namacalna, jedyne co się przez nią przebijało to mój stłumiony oddech. Spojrzałam za siebie. Zobaczyłam tylko nieprzeniknioną ciemność. Nic do czego mogłabym wracać. Teraz tym bardziej ciągnęło mnie do światła. Marzyłam o tym by jego ciepłe, kojące promienie spłynęły na mnie. Czułam się tak, jakbym miała skrępowane ręce i nogi, jakbym była przez coś ograniczana, ale mimo to mogłam biec dalej. Moim celem było światło na końcu korytarza. Nie wiedziałam co się tam znajduje, ale intuicja mówiła mi że właśnie tam powinnam się udać. Mięśnie bolały mnie ze zmęczenia, ale biegłam dalej. Mimo iż tyle przebiegłam, wcale nie zbliżałam się do światła, wręcz przeciwnie, zdawało się oddalać. Nie mogłam na to pozwolić. Nie mogłam pozwolić by tak po prostu zniknęło. Co bym wtedy zrobiła? Czując, że mam jakiś cel, dalej walczyłam. Czas upływał. Sekundy wlokły się w nieskończoność. A ja tu tkwiłam. Sama. Całkiem sama.
Nagle coś się zmieniło. Wydawało mi się, że nie biegłam już korytarzem, ściany otaczające mnie z dwóch stron po prostu zniknęły. Jak mogłam tego wcześniej nie zauważyć? Znajdowałam się na otwartej przestrzeni. Chyba na drodze. Wciąż biegłam, ale było inaczej. To nie ja zbliżałam się do światła, ale to ono nieuchronnie zmierzało w moim kierunku. To tak jakbym biegła w miejscu. Bezcelowa walka. Więc poddałam się, bo co mogłam zrobić. Wykończona, oddychając ciężko, oparłam ręce na kolanach, pochylając się. Spojrzałam przed siebie. Czekałam tylko na to aż tajemnicza poświata pochłonie mnie całą. Czy to będzie bolało? Nie boję się bólu.
Światło rozdzieliło się na dwa, mknące obok siebie. Nie wiedziałam jakie jest ich źródło. Intrygowało mnie to. Jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w nie. Oślepiły mnie. Czyli były coraz bliżej. Zbliżały się.
Gdy znalazły się kilka metrów ode mnie, niespodziewanie wyminęły mnie i popędziły dalej. Nie tego oczekiwałam. Nie takie nadzieje z nim wiązałam. Zaskoczona odwróciłam się, ale widziałam wszystko niewyraźnie. W tym samym momencie coś z całej siły uderzyło w źródło owych świateł. Nic nie zobaczyłam, bo było to poza zasięgiem mojego wzroku. Usłyszałam przerażający zgrzyt metalu, przerywający ciszę i rozbijane szkło. I krzyki. Obok mnie ktoś cierpiał, a ja nawet nie wiedziałam co się dzieje. Ktoś umierał, czułam to. Musiałam coś zrobić. Byłam jak dziecko we mgle. Zmysł wzroku odmówił mi posłuszeństwa. Byłam zdana na słuch. Chodziłam tam i z powrotem nie wiedząc co robić. Chciałam krzyczeć, wołać o pomoc, ale głos ugrzązł mi w gardle. Dlaczego plątał mi się język? W takim momencie? Łzy spływały mi po policzkach. Bezradność mnie przytłaczała. Nie chciałam być odpowiedzialna za czyjąś śmierć.
Poczułam znajomy zapach rdzy. Krew. Była wszędzie. Miałam nadzieję, że nie jest za późno. Wciąż można ich uratować. I właśnie wtedy poczułam ból. Ogromny ból. Zgięłam się w pół, chwytając się za brzuch. Co się dzieję? Spojrzałam na swoje dłonie, były całe od krwi. Byłam ranna. Co ze mną zrobiło to dziwne światło? Ból mnie otumaniał. Padłam na ziemię. Miałam dreszcze. Dopiero teraz poczułam lęk. Że zostanę tu sama i nikt nie będzie o mnie pamiętać. Z nikim się nie pożegnałam. Ale kim jestem? Przecież nie mam nikogo. Sama na tym świecie.
Wszystko było coraz bardzie rozmyte i niewidoczne. Ból mnie opuszczał, ale czułam, że ja też opuszczałam to miejsce. Nie czułam swojego ciała, jakby było obce i nie należało do mnie. Coś mną szarpnęło i to była ostatnia rzecz którą poczułam. Zanim odeszłam...

                                                 


 

- Jessie?! Jessie proszę, obudź się!
- Potrzebują pomocy...
- Co?! Kto?! Proszę cię, otwórz oczy!- głos był znajomy.
Otworzyłam oczy. Oślepiło mnie światło, wpadające do pokoju przez okno. Nade mną wisiała Kate, wpatrująca się we mnie przerażona. Powoli przyzwyczajałam się do światła, po przebywaniu w kompletnych ciemnościach przez kilka godzin. Usiadłam na łóżku, kręciło mi się w głowie. Czemu ona się tak gapi?
- Co się stało?- spytałam.
- Co się stało?! To chyba ja powinnam Ciebie o to spytać!- zawołała Kate, siadając obok mnie.- Rzucałaś się po całym łóżku! Krzyczałaś!
- C-co?- zdębiałam. O czym ona mówi?
- Próbowałam Cię obudzić, uspokoić, ale w ogóle nie reagowałaś. Byłaś jak w transie.- relacjonowała Kate.- Ciągle powtarzałaś: "Muszę im pomóc, muszę ich uratować". Przerażałaś mnie.
- To tylko sen.- mruknęłam, ale zaczęłam się zastanawiać. To było takie prawdziwe...
- Śni Ci się to od jakiegoś czasu czy dopiero dziś był pierwszy raz?- spytała Kate.
- Pierwszy raz.- skłamałam. Nie chciałam jej straszyć.
- To dobrze.- westchnęła Kate.- Ale naprawdę byłaś przerażająca.
- Wybacz.- powiedziałam cicho.- Nie chciałam Cię przestraszyć.
- Daj spokój! To nie twoja wina.- zaśmiała się Kate.- Chyba nie da się Ciebie zaprogramować tak, żebyś nie miała koszmarów.
- A było by miło.- uśmiechnęłam się. W końcu odeszłyśmy od tematu.
- To co? Pakujemy się i spadamy z tej dziury?- spytała Kate, wstając.- Jeszcze po drodze jakieś śniadanie i kawa.
- Jasne, wynośmy się stąd.- udzielił mi się jej entuzjazm. Szybko wstałam, ale po chwili opadłam z powrotem na łóżko. Zawroty głowy wróciły.
- Hej!- zawołała Kate, podchodząc do mnie.- Co się stało? Głowa? Znowu Cię coś boli?
- Spokojnie Kate, tylko trochę kręci mi się w głowie.- uspokajałam ją.
- Jessie, Ty masz dreszcze, więc mi tu nie ściemniaj.- powiedziała oskarżycielskim tonem, kładąc mi rękę na czole.- Może zawieziemy Cię do lekarza?
- Żadnych lekarzy!- syknęłam zrywając się z łóżka. Tym razem udało mi się ustać na dwóch nogach dłużej niż 5 sekund. A to już coś.
- No ok, ok. Ale jakby coś się działo, to mów mi od razu.- Poprosiła Kate.
- Jasne...- mruknęłam, ale po chwili mnie olśniło.- Czekaj, co powiedziałaś?
- No...że jak znów się źle poczujesz to...- zaczęła Kate, ale przerwałam jej:
- Nie, nie, chodzi mi o to co mówiłaś wcześniej. Jak to znowu coś mnie boli?
- Gdy się tak rzucałaś po łóżku, trzymałaś się za brzuch i jęczałaś z bólu.- wyjaśniła Kate.- Bałam się, że coś Ci się stało, ale byłaś cała i zdrowa.
- Ciekawe...- zamyśliłam się. Dziwne, że nie pamiętałam takich szczegółów.
- Ja bym to określiła jako przerażające.- poprawiła mnie Kate.- Dobrze, skoro czujesz się już lepiej, to ja już zniosę nasze bagaże, a Ty się w końcu ubierz. Za pięć minut na dole!
Zostałam sama w pokoju. Ponownie opadłam na łóżko. Co się ze mną dzieje? Może już wariuję...Zbyt wiele rzeczy się ostatnio u mnie zmienia. Ale takie usprawiedliwianie samej siebie mi nic nie da. To nie był zwykły sen. Takie koszmary nie śnią się pięć nocy z rzędu. I to jeszcze za każdym razem pojawiają się kolejne szczegóły i wszystko jest bardziej wyraźne. W pewnym momencie nie wiedziałam kim jestem i byłam przekonana, ze to rzeczywistość. To było takie rzeczywiste. Choć nie wszystko udaje mi się zapamiętać. O niektórych rzeczach, o których wspomniała Kate, po prostu nie pamiętałam. Nie rozumiałam czemu mi się to śni. Nigdy nie oglądałam horroru o takiej tematyce, choć z Samem obejrzałam już wszystkie możliwe filmy. Gdyby on tu był, na pewno razem rozwiązalibyśmy tę zagadkę. Pocieszyłby mnie. A tak...Jestem sama. Kate tego nie zrozumie. Kocham ją jak siostrę, ale czasem nie wszystko potrafię jej powiedzieć. 
Westchnęłam ciężko i zaczęłam się ubierać. Wychodząc z pokoju coś mi się przypomniało. Tamten krzyk. Byłam pewna, że to była kobieta. I choć to absurd, miałam wrażenie, że zawiodłam. Że to przeze mnie cierpiała. Bo nie pomogłam, tylko biegałam przerażona jak dziecko.


Już nigdy nie zasnę...

 



Głosuj (5)

jessie1 00:11:44 8/07/2010 [Powrót] Pozostaw po sobie ślad


podoba mi sie pomysł i charakter pisania. masz to "coś". ;)
flavie 13:44:15 11/08/2010
host-193-106-129-17.lan.net.pl | brak www IP: 193.106.129.17

No,no:D
Fajne;p A szczególnie ten jej koszmar;p
Hihi za dużo się horrorów naoglądałyśmy po nocach;p Podoba mi się postać Sama;)Ogólnie ciekawy pomysł nie mogę się doczekać ciągu dalszego:p I kim tak naprawdę okaże się główna bohaterka;p
Tofficzek 12:55:46 11/07/2010
apn-77-114-61-228.dynamic.gprs.plus.pl | brak www IP: 77.114.61.228

Muszę przyznać, że poruszyłaś dość ciekawy temat- adoptowane dziecko szukające swoje miejsca, pytające o to kim tak na prawdę jest. Dla nas- tych, których wychowują i wychowywali biologiczni rodzice- takie pytanie wydają sie absurdalne, ale dla takich dzieci(nie znających własnych korzeni)to bardzo ważna sprawa.
Będę śledziła losy Twojej bohaterki. Jestem ciekawa "kim ona tak na prawdę jest"
Pozdrawiam :)
Eternity 22:30:09 10/07/2010
zalogowany | http://eternity.blog4u.pl/ IP: zalogowany




Nawet tam gdzie wszystko się kończy, ja odnajdę swój początek...



|| Szablon wykonała Jessie tylko i wyłącznie dla Nawet tam, gdzie wszystko się kończy, ja odnajdę swój początek... ||

Historia Jessie Willys

Pojawiło się 10077 dusz...


Jestem wodą...do której raz włożywszy dłoń, nigdy nie zdołasz jej zapomnieć...


Avatar


Balansując na krawędzi życia, mamy 3 możliwości dalszej drogi: możemy się cofnąć, stać w miejscu lub skoczyć w przepaść. Mając całe życie w swoich rękach, którą drogę mam wybrać?


Dodaj do Ulubionych Duszyczek


Księga zbłąkanych dusz:

Przeglądaj Księgę
Zostaw po sobie ślad w Księdze


To już było:

2012
Kwiecień
Luty
Styczeń
2011
Grudzień
Listopad
Sierpień
Lipiec
Maj
Kwiecień
2010
Grudzień
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec



Moje ulubione duszyczki:

sharley.blog4u.pl
the-hills.blog4u.pl
inanotherlife.blog4u.pl
dracantra-dragon.blogasek.pl
odnalazlem-samego-siebie.blog4u.pl
dzieci-mafii.blog4u.pl
wieksze-dobro.blog4u.pl
hogwart-harry-ron-hermiona.blog4u.pl
eternity.blog4u.pl
demony-duszy.blog4u.pl
crying-star.blog4u.pl
odmiency-others.wjo.pl
cullens-diary.wjo.pl
pamietniklily.blog4u.pl
bloody-landscapes.blog4u.pl
rozpieszczona-ksiezniczka.blog4u.pl
non-celibacy-century.blog4u.pl
shadow-poison.blog4u.pl
milosc-i-poswiecenie.blog4u.pl
rozowydlugopis.blog4u.pl
monisiaaa.blog4u.pl
zniesmaczona.wjo.pl
hermiona-draco-story.blog4u.pl
the-fallen-angel.blog4u.pl
not-givin-up.blog4u.pl
o-tym-i-owym.blog4u.pl
lenasthinking.blog4u.pl
iwillfindyou.blog4u.pl
scarlet-moon.blog4u.pl
moj.dziennik.blog4u.pl
the-truth.blog4u.pl
.
lacrimosa.blog4u.pl
obrazy-slowem-malowane.blog4u.pl
try-to-love-me.wjo.pl
felieton.blog4u.pl



A to lubię:

Autorka
Don't try to fix me' I'm not broken...
Moje ;)
Obrazy słowem malowane
Opowiadania
http://juneau.mylog.pl
http://naughty.mylog.pl
http://morbid.mylog.pl
Szablony
Szablony Scarlett
mks.yzoja
Cioccolato szablony
Thecoracje - szablony
Al for you
Szablony.blogowicz
Potterowskie